Bilet pierwszej klasy

Bilet pierwszej klasy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z JOSEPHEM BIDENEM, senatorem USA
Tadeusz Zachurski: - Kiedy w Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się dyskusja o rozszerzeniu Paktu Północnoatlantyckiego, miał pan wiele wątpliwości. Delikatnie mówiąc, nie był pan entuzjastą tej koncepcji. Co wpłynęło na zmianę pańskiego stanowiska?

Joseph Biden (ur. w 1942 r.) po raz pierwszy został wybrany do Senatu Kongresu Stanów Zjednoczonych w 1972 r. Obecnie sprawuje już piątą sześcioletnią kadencję. Od stycznia 1997 r. jest najwyższym rangą demokratą w Senackiej Komisji Stosunków Zagranicznych. Jest także wpływowym członkiem Komisji Sądownictwa. Uważa się go za jednego z najwybitniejszych ekspertów w dziedzinie polityki międzynarodowej na waszyngtońskim Kapitolu. Był współprzewodniczącym Senackiej Grupy Obserwacyjnej NATO, powołanej do zbadania zasadności i konsekwencji rozszerzenia paktu na wschód, a także sprawozdawcą rezolucji o ratyfikowaniu zmian w traktacie waszyngtońskim pozwalających na przyjęcie Polski, Węgier i Czech do sojuszu.

Joseph Biden: - Moje podstawowe zastrzeżenie wiązało się z tym, że istniało wiele niewiadomych. Na przykład, jaki wpływ miałoby rozszerzenie NATO na bardzo kruche stosunki amerykańsko-rosyjskie. Inna sprawa to zakres realistycznego, opierającego się na znajomości faktów, poparcia dla tej idei w społeczeństwach Polski, Czech i Węgier. Niewątpliwie w waszym kraju było ono ogromne, tyle że ludzie nie wiedzieli, do czego się zobowiązują. Kolejną niewiadomą była cena rozszerzenia: czy dodatkowe korzyści dla Stanów Zjednoczonych są proporcjonalne do kosztów związanych z przyjęciem trzech nowych członków? Wybrałem się do krajów kandydackich, a także do Rosji. Wróciłem przekonany, że istnieje sposób pozwalający rozsądnie kształtować stosunki amerykańsko-rosyjskie. Dzięki niemu nie pozwoli się Moskwie zawetować decyzji NATO, a jednocześnie rozszerzenie nie będzie dawało "brunatnym" i "czerwonym" w Dumie argumentów do podkopania kruchej, dopiero wykluwającej się demokracji. W Helsinkach przy udziale Javiera Solany, sekretarza generalnego NATO, wypracowaliśmy porozumienie z Rosją. Wszystkie trzy państwa starające się o członkostwo przekonały mnie, że są na to zdecydowane i mają środki, dzięki którym podołają tym zobowiązaniom. W końcu zostałem przekonany, że koszty związane z rozszerzeniem nie będą dla Stanów Zjednoczonych aż tak wielkim obciążeniem. W przyszłości przyjęcie nowych członków w ogóle nie powinno być ciężarem, lecz wartościowym wkładem. Doszedłem do wniosku, że z finansowymi trudnościami rozszerzania NATO można sobie poradzić. Szczerze mówiąc, jest to problem mniejszy niż ten, czy nasi dotychczasowi sojusznicy zrealizują swoje zobowiązania dotyczące modernizacji sił zbrojnych.
- Wspomniał pan, że duży wpływ na zmianę pańskiego stanowiska miała wizyta w przyszłych państwach członkowskich. Jakie wrażenia wyniósł pan z Polski?
- W waszym kraju spotkałem się z szefem sztabu, oficerami, ministrami spraw zagranicznych i obrony. Doszedłem do wniosku, że brakuje zrozumienia rzeczywistych problemów związanych z rozszerzeniem NATO. Zapytałem między innymi, jak zamierzacie za to zapłacić? Usłyszałem, że roczny wzrost PKB wynosi 6 proc., dzięki czemu znajdą się fundusze. Ponadto - stwierdził jeden z ministrów - Niemcy nie lubią waszych manewrów na swoim terytorium. Gdy zagadnąłem, jak ten problem zostanie rozwiązany, odpowiedział: "My wam za to policzymy". "Co pan mówi?" - żachnąłem się. "Panowie - dodałem - chciałbym wskazać, że mówienie nam, iż będziemy musieli zapłacić za przeprowadzenie manewrów w waszym kraju, nie jest sposobem umożliwiającym wejście do NATO". Ten przykład potwierdza, jak bardzo niewyrafinowana była postawa Europejczyków starających się o przyjęcie do sojuszu. Dlaczego myślicie, że Amerykanie będą spali spokojniej, wiedząc, że Polska jest członkiem paktu i każe nam płacić za prawo do przeprowadzenia manewrów na swoim terenie? Jest to wyrwany z kontekstu przykład na to, jak bardzo początkowa euforia związana z wejściem do NATO nie łączyła się ze świadomością tego, że przystąpienie do sojuszu jest zobowiązaniem, jakie podejmują Polska, Węgry i Czechy. "Chcemy członkostwa pierwszej klasy" - słyszałem w Republice Czeskiej i na Węgrzech. Muszę przyznać, że rzadziej słyszałem to w Polsce. Jeśli chcesz lecieć pierwszą klasą, musisz kupić bilet pierwszej klasy - odpowiadałem. NATO nie jest organizacją charytatywną. To najbardziej skuteczny sojusz militarny, jaki kiedykolwiek mieliśmy i nie chcemy go "rozwodnić", umniejszyć jego znaczenia jako organizacji militarno-politycznej.
- Czy rzeczywiście Polska, Węgry i Czechy spełniły surowe kryteria członkostwa w Pakcie Północnoatlantyckim?
- Bardzo uważnie obserwowałem, które państwa są gotowe do przystąpienia do NATO. Uważam, że jednym z nich - jeśli chodzi o kryteria członkostwa - była na przykład Słowenia. Czechy niezbędne warunki spełniły tak jak Polska. W wypadku waszego kraju poważnym źródłem obaw było to, czy nad wojskiem będzie sprawowana kontrola cywilna. Zaledwie dwa tygodnie przed moim przyjazdem do Polski w marcu 1997 r. rząd pozbył się szefa sztabu generalnego. Wykazano w ten sposób, że władze poważnie traktują swoje zobowiązania. Gdyby tego nie uczyniły, niezależnie od mojej przychylności dla Polski nie głosowałbym za przyjęciem jej do NATO. Wątpię, by wasz kraj wprowadził cywilną kontrolę nad armią, gdyby nie dobijał się do drzwi sojuszu.
- Czy to samo można powiedzieć o unormowaniu stosunków polsko-niemieckich?
- Właśnie! A jeszcze bardziej o stosunkach czesko-niemieckich. To wielka sprawa! Spójrzmy na przykład na Rumunię. Gdybyśmy pięć lat temu powiedzieli, że nie ma szans na to, by Rumunia przystąpiła do NATO, nie jestem pewny, czy moglibyśmy osiągnąć taki postęp w normalizacji stosunków z Węgrami.
- Czy nie sądzi pan, że istotnym elementem w batalii o poparcie rozszerzenia NATO była ewolucja nastawienia opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych? Ratyfikacja była możliwa w maju ubiegłego roku. Czy byłaby osiągalna także dziś?
- Tak. Będę szczery w tej kwestii z powodu Polski. Większość polityków jest przekonana, że nie możemy ponownie pozostawić Polski, Węgier i Czech w roli narodów zniewolonych poza obszarem, który Amerykanie traktują jako teren objęty ich ochroną. Nie jest to rejon obronny Stanów Zjednoczonych. Jest to obszar chroniony przez NATO. Z drugiej strony, gdyby chodziło o inne kraje, nie mające tak znaczącej reprezentacji etnicznej w Stanach Zjednoczonych, to - podejrzewam - nie byłoby takiej euforii, jeśli chodzi o rozszerzenie. Myślę, że podjęliście istotne zobowiązanie, które będziecie musieli wypełnić. Jeśli za dwa lata okaże się, że żadne z nowych państw członkowskich nie podoła swoim zobowiązaniom dotyczącym modernizacji armii, nakładów budżetowych na obronę itd., dobre samopoczucie, jakie obecnie mają Amerykanie w związku z ekspansją NATO, rozpłynie się dość szybko.

W Polsce na pytanie o przystąpienie do sojuszu powszechnie padała odpowiedź: "Tak, NATO!"

- Często podczas debaty podkreślał pan moralny wymiar przyjęcia Polski, Węgier i Czech do sojuszu. Czy dostrzegł pan różnicę w podejściu do rozszerzenia NATO między pana pokoleniem, ukształtowanym przez doświadczenia wojny wietnamskiej, a tym, które przeżyło II wojnę światową?
- To fascynujące zagadnienie. Pozornie osoby, które przeżyły II wojnę światową, silniej popierają NATO niż pokolenie wojny wietnamskiej. Co ciekawe, najsilniej rozszerzeniu NATO sprzeciwiali się jednak senatorowie będący przedstawicielami generacji II wojny światowej, np. Daniel Moynihan, John Warner. Wprawdzie głosowali za przyjęciem rezolucji ratyfikacyjnej, nie byli jednak przekonani, że jest to rzeczywiście ważne. Wielu przedstawicieli starszego pokolenia obawiało się, że powiększając sojusz, "rozwodnimy" go, że w ten sposób inni europejscy członkowie paktu znajdą wymówkę, by nie być już tak oddanymi paktowi. Moja generacja ostatecznie poparła rozszerzenie, chociaż oczywiście zaistniały podziały. Nie przebiegały one jednak między pokoleniami, jakby się mogło początkowo wydawać. O wiele ważniejsza była dyskusja tocząca się w USA przez ostatnie dwieście lat. Dotyczyła ona tego, czy w ogóle powinniśmy się angażować w sprawy Europy. Jeden z profesorów Uniwersytetu Warszawskiego powiedział mi, że za przyjęciem Polski do NATO przemawiał fakt, iż właśnie tutaj - w środku Europy - rozpoczęły się wszystkie wojny. Przyznałem mu rację! Ale jak to wytłumaczyć przeciętnemu Amerykaninowi mieszkającemu na przykład w stanie Iowa albo w Teksasie? Ci ludzie patrzą na to bardzo prosto. Przeciętny farmer powie: "Zaraz, zaraz Joe! Mówisz mi, że będę miał mniejsze szanse pójść na wojnę, ponieważ państwa, które zawsze były wplątane w wojny, będą teraz naszymi sojusznikami i my będziemy odpowiedzialni za ich bezpieczeństwo na podstawie artyku- łu V, że użyjemy broni atomowej w ich obronie?". Dla takiego Amerykanina problem nie sprowadza się do pytania, czy Polska, Węgry i Czechy powinny być w NATO, ale czy w ogóle powinno być NATO!
- Wspominał pan o naszym symbolicznym "bilecie do NATO". Czy rzeczywiście kupiliśmy bilet pierwszej klasy?
- Ależ oczywiście! A przynajmniej zobowiązaliście się go kupić. Nabyliście go na kartę kredytową, ale jeszcze nie zapłaciliście za niego. Kiedy spotkałem się z Vaclavem Havlem, zrobiło na mnie wrażenie to, jak bardzo realistycznie podchodził do sprawy kosztów i jak był zdecydowany, by im podołać. Havel uważał, że członkostwo w NATO jest koniecznością polityczną, potrzebą zakotwiczenia swojego kraju na Zachodzie. Szczerze mówił o debacie w Czechach dotyczącej tego, czy wejście do NATO jest mądrą decyzją. W Polsce na pytanie o przystąpienie do sojuszu - niezależnie, czy skierowane było do taksówkarza, czy faceta w garniturze za 500 USD - powszechnie padała odpowiedź: "Tak, NATO, NATO, NATO!".

Rozmowę przeprowadzono przed rozpoczęciem operacji NATO w Jugosławii.
Więcej możesz przeczytać w 17/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0