Miasto przeklęte

Miasto przeklęte

Dodano: 1
Przy dworcu kolejowym w Workucie stoi dzisiaj parowóz, który w 1944 r. zabrał pierwszy transport węgla do wyzwolonego Leningradu
Wbrew intencji ówczesnych władz radzieckich stał się on dziś symbolem masowych deportacji ludzi niemal ze wszystkich stron świata... W archiwach workuckiego "Memoriału" możemy odnaleźć nazwiska Anglików, Amerykanów (złapanych przez NKWD nad Łabą), Hindusów, Irańczyków, Szwajcarów czy Finów. Jeszcze w 1954 r. przywieziono tutaj studentów z Niemieckiej Republiki Demokratycznej skazanych na 25 lat łagru za udział w antykomunistycznej organizacji. Po trzyletnim pobycie w obozie udało im się wyjechać do RFN.

Początkowe szacunki dotyczące liczby zesłanych tutaj Polaków mówiły o 2-3 tys. Tymczasem do końca lutego tego roku w archiwach doliczono się ich już ponad 10 tys. Wśród nich natrafiliśmy na dokumenty Stanisława Okowickiego, który mieszka dziś w Poznaniu. Był żołnierzem Armii Krajowej, aresztowano go w Lidzie na Kresach Wschodnich w 1951 r. Został wówczas oskarżony o zdradę ojczyzny (Związku Radzieckiego) i próbę wskrzeszenia Polski w granicach sprzed 1939 r. Trybunał wojskowy skazał go na karę śmierci, po czym wyrok zamieniono na 25 lat łagru. W Workucie - jak wspomina - mróz był niesamowity, obóz ogrodzony drutem kolczastym, cały oświetlony, wyszki (wieżyczki) takie jak gołębniki, a na nich żołnierze z karabinami. Początkowo pracował przy wydobyciu węgla. Pewnego razu przygniótł go walący się strop, po wypadku chodził z trudem, ale zwolnienia z pracy nie otrzymał. Później zgłosił się na kurs gazomierszczika - i jak mówi - to prawdopodobnie uratowało go od śmierci. Od tej pory jego zadaniem był pomiar stężenia metanu w kopalni. Posługiwał się starą lampą naftową, a wysokość tlącego się w niej płomienia wskazywała na ilość gazu. Stanisławowi Okowickiemu udało się wrócić do kraju w 1956 r. W przekazanym mu przez archiwum dokumencie czytamy: "Zaświadczenie wystawiono na podstawie dokumentów osobowych archiwum i razem z dokumentem o rehabilitacji stanowi podstawę do ubiegania się o zaliczenie tego okresu do stażu pracy". - Często zastanawiamy się, czym różniły się obozy hitlerowskie od sowieckich - mówi Witalij Troszyn, szef workuckiego oddziału "Memoriału". Różnica polegała - jego zdaniem - na tym, że w łagrach sowieckich celem samym w sobie nie było zabijanie. - Najpierw należało wycisnąć z człowieka wszystkie soki, zniszczyć go moralnie i psychicznie - mówi, a po namyśle dodaje: - Tak, to jedyna różnica.
"Na budowie podjęto zobowiązanie wypełnienia dziennej normy w 200 procentach. Dwa kilometry gotowej drogi w dzień! Kluczową rolę odgrywali komuniści i komsomolcy. Hasło dnia brzmiało: ťPracować za dwóch! za siebie i za towarzysza wezwanego na frontŤ. Apel ten spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem wśród tysięcy budowniczych północnopeczorskiej magistrali kolejowej. Na ich czele stali... komuniści!". Tak radziecka propaganda lat 60. przedstawiała historię budowy linii kolejowej łączącej Konoszę z Workutą. Za tą pompatyczną frazeologią kryła się jednak przerażająca rzeczywistość. W nieludzkich warunkach - na mrozie sięgającym 50 stopni Celsjusza, na nieprzebytych bagnach, a dalej na wiecznej zmarzlinie - zmuszono ludzi do budowy ponad dwóch tysięcy kilometrów torów. Początkowe plany zakładały ukończenie tego projektu w ciągu dziesięciu lat. Wkrótce skrócono ten termin do lat... dwóch. Przy budowie pracowało przeszło pięćdziesiąt tysięcy więźniów. Przeżył co piąty z nich. Znaczny odsetek łagierników stanowili Polacy, przywiezieni tutaj z Kresów Wschodnich zajętych przez Armię Czerwoną w 1939 r.
Nikt nie zajmował się chorymi, a poważnie osłabionych i niezdolnych do pracy zwyczajnie dobijano - wspomina Andriej Kuusinen, jeden z więźniów. Codziennie o zmierzchu specjalne brygady znosiły ciała poległych do zbiorowych mogił. Mieszkańcy Workuty mówią dzisiaj, że pod każdym podkładem "tej przeklętej drogi" spoczywa człowiek.
Pierwsze łagry pojawiły się na miejscu dzisiejszej Workuty na początku lat 30., zaledwie rok po tym, jak ekspedycja naukowa pod kierunkiem prof. Czernowa odkryła w tym miejscu węgiel. 180 km za kołem polarnym, w bezkresnej tundrze, którą do niedawna wędrowały koczownicze plemiona Nieńców, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać obozy. Przywiezieni tutaj łagiernicy wybudowali pierwsze kopalnie. Od tego momentu węgiel stał się przekleństwem Workuty.
Aby zrealizować projekty industrializacji kraju, potrzeba go było coraz więcej. Nie nadążano z dowozem kolejnych partii ludzi. W 1943 r. w Workutłagu (zespół łagrów tego regionu) pracowało 25 tys. więźniów, w 1946 r. - 59 tys., a w 1950 r. - już ponad 72 tys. Z czasem poza kopalniami zaczęły powstawać inne zakłady: budownictwa drogowego i mieszkaniowego, remontowe, cegielnie, tartaki itd. W 1938 r. otwarto zakłady mechaniczne zajmujące się między innymi "odzyskiem gwoździ". Z łopat, których wówczas nie brakowało, należało umiejętnie powyciągać wszystkie gwoź- dzie; były one towarem deficytowym. Śmiertelność w workuckich łagrach była niezwykle wysoka. Ludzie umierali, nie wytrzymując przeraźliwego zimna i głodowych racji żywnościowych oraz ulegając (głównie w kopalniach) wypadkom. W każdym baraku mieszkało od 40 do 300 więźniów. Pracowali po dwanaście godzin dziennie (były okresy bez dni wolnych od pracy). Dwa razy dziennie otrzymywali bałandę (wodnistą strawę z pastewnej rzepy) oraz porcję czarnego chleba. Prace w kopalniach prowadzone były mimo ostrych mrozów i szalejących co pewien czas syberyjskich burz śnieżnych - purg (wiatr pędzący z prędkością ponad 100 km/h i niosący z sobą ogromne masy śniegu). Jeszcze dzisiaj przerażające wrażenie wywołuje krajobraz z setkami rozrzuconych w tundrze krzyży.
Nieliczni śmiałkowie podejmowali desperackie próby wyrwania się stąd, zdając sobie sprawę, że czeka ich pewna śmierć. Ważne było jednak nie to, czy uda im się przebrnąć w śniegu setki kilometrów i wrócić do ojczyzny - liczyło się zyskanie kilku dni wolności. Ich koniec był tragiczny. Pojmanych zazwyczaj od razu rozstrzeliwano, a nagie zwłoki układano na śniegu przed bramą obozu. Administracja traktowała to jako "środek wychowawczy", który miał zniechęcić pozostałych do podejmowania kolejnych prób ucieczek. Wśród wielu takich historii znany jest dotychczas tylko jeden wypadek, kiedy ucieczka zakończyła się sukcesem. Brała w niej udział grupa wyższych oficerów niemieckich, którzy - odpowiednio przygotowani (dwóch z nich było lekarzami) - przedostali się do Norwegii.
Warunki bytowania w obozach poprawiły się nieco po śmierci Stalina, kiedy w Workutłagu wybuchło kilka buntów. Władze obozowe, coraz bardziej niepewne swojej przyszłości, często godziły się na drobne ustępstwa. Więźniowie otrzymali prawo do korespondencji raz w miesiącu, baraki pozostawiano na noc otwarte, zdejmowano kraty z okien, wreszcie za pracę zaczęto wypłacać wynagrodzenie. Jeszcze kilka lat wcześniej podobne wystąpienia kończyły się masakrą. Przykładem może być strajk głodowy podjęty w 1939 r. przez więźniów workuckiej cegielni. "Zmusił" on władze obozu do pozornych ustępstw. Wszystkich więźniów odpowiednio nakarmiono i wydano im ciepłą odzież. Ludzie wyprowadzeni następnego dnia do pracy nigdy jednak z niej nie powrócili. Około 1200 osób spoczęło w zbiorowej mogile, której miejsce do dzisiaj pozostaje nieznane.
Również w 1953 r. nie wszystkie strajki kończyły się pomyślnie dla więźniów. Najtragiczniejszy przebieg miały wydarzenia, jakie rozegrały się w łagrze przy kopalni nr 29. Górnicy, domagając się poprawy warunków życia i pracy, odmówili rano wyjścia z baraków. Władze obozu, nie osiągnąwszy porozumienia, postanowiły siłą zgasić bunt. Oddziały wojska użyły broni. Zginęło 66 osób, wielu zostało rannych.
Chlubą dzisiejszej Workuty stał się Teatr Dramatyczny, założony już w 1943 r. Jego początki doskonale odzwierciedlają tragiczną historię miasta. W zawszonych i stęchłych barakach odnaleziono najznamienitszych rosyjskich aktorów, reżyserów, kompozytorów, choreografów itd. Wśród nich byli między innymi Borys Aradiewicz Mordwinow, główny reżyser Teatru Wielkiego w Moskwie, oraz Natalia Iwanowna Gliebowa, aktorka rostowskiego Teatru Muzycznego. Do teatru za każdym razem prowadzono ich pod eskortą. W uszytych przez siebie kostiumach grali odtwarzane z pamięci przedstawienia teatralne oraz operetki. Po spektaklu zapędzano ich z powrotem do łagrów. Tak wyglądało "krzewienie radzieckiej kultury".
Staraniem byłych łagierników od niedawna powstają w Workucie kolejne pomniki. Są wśród nich dwa ogromne polskie krzyże postawione w 1997 r., jest pomnik ukraiński, litewski oraz niemiecki. Władze "Memoriału" starają się teraz o budowę miejsca pamięci pod nazwą "Cierniowy wieniec Rosji". Dotychczas nie udało się zrealizować najważniejszego projektu: budowy muzeum i archiwum poświęconego łagrom. Witalij Troszyn z goryczą wspomina, że - mimo wcześniejszych deklaracji - zachodni sponsorzy wycofali się z jego realizacji, a miasta na to zwyczajnie nie stać. - Przecież z przyczyn finansowych zamykane są szkoły i przedszkola - dodaje.
Poszukiwanie śladów byłych łagrów nastręcza dzisiaj wiele trudności. Ostatnie wyszki przewróciły się tutaj rok temu, śnieg starannie przykrył wrośnięte w ziemię druty kolczaste, a część baraków służy nadal jako skromne mieszkania. Na obszarach obozów powstały nowe domy, ulice, szkoły czy kopalnie. Próby ocalenia tych miejsc jako namacalnych dowodów popełnionych tu zbrodni spełzają na niczym. Potwierdza się historia łagrowego baraku w osadzie Oktjabrskaja. Pomysł przekształcenia go w muzeum spotkał się ze sprzeciwem lokalnej społeczności, która nie chciała być jako jedyna kojarzona z łagrami. Barak ten przy "spontanicznej pomocy" mieszkańców osady szybko popadł w ruinę.
Za co najmniej dziwną uchodzi tutaj prośba o wskazanie miejsc po byłych łagrach. Zazwyczaj odpowiedź bywa jedna: "Ależ tu wszędzie były łagry!". W końcu jednak w osadzie Siewiernyj znajdujemy to, czego szukamy. Wszystko się zgadza: baraki, wieżyczki, drut kolczasty. Są nawet wartownicy i ujadające psy. - W tym miejscu nie było żadnych łagrów - mówi zdecydowanym głosem naczelnik. - Tutaj znajduje się kolonia karna o zaostrzonym reżimie.
Miejsce robi przygnębiające wrażenie. Sypiący śnieg, przeraźliwy mróz i ujadające za drutami psy przywodzą na myśl smutne skojarzenia. Obóz ten - jak się późnej dowiadujemy - jest kolonią karną, w której wieloletnie wyroki odsiadują recydywiści, terroryści i inni niebezpieczni przestępcy. Jej obszar pokrywa się częściowo z terenem byłego łagru, po którym pozostał już tylko barak naczelnika.
Workutłag pogrąża się w odmętach zapomnienia. Zacierają się ślady tamtych miejsc, odchodzą ludzie, którym dane było go przeżyć. Workuta żyje problemami dnia codziennego: nie- regularnie wypłacane pensje, rosnące ceny, bezrobocie. Tylko niewielka grupa zapaleńców z rosyjskiego "Memoriału" stara się ocalić od zapomnienia bolesną przeszłość.

Okładka tygodnika WPROST: 13/1999
Więcej możesz przeczytać w 13/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • bez-nazwy IP
    Bardzo poruszają mnie wspomnienia więżniów z Workuty,ponieważ przeżywałam to osobiście słuchając opowieści mojego taty, który spędził w tych obozach 13 lat,podczs wypadku w kopalni urwało mu rękę, ale nadal wykonywał tą ciężką pracę.