Władcy nietoperzy

Władcy nietoperzy

Dodano: 
Taternictwo jaskiniowe nie jest sportem dla zapaleńców
Uwielbiają się tarzać w błocie i wisieć na linach. Największą przyjemność sprawia im przeciskanie się przez wilgotne, ciemne i zimne korytarze. Wolny czas spędzają w miejscach, których inni się boją. Wszystko po to - jak mówią - by zjednoczyć się z naturą, znaleźć się tam, gdzie ludzka stopa jeszcze nie stanęła i odkryć własne psychiczne i fizyczne możliwości. Grotołazi często są na co dzień właścicielami firm, informatykami, urzędnikami, studentami i dziennikarzami. Ich pasję podziela coraz więcej młodych ludzi.


Większość z nich pierwszy kontakt z taternictwem jaskiniowym miała w czasie studiów. - Trzykrotnie próbowałem skończyć kurs organizowany przez klub speleologiczny. Gdy wreszcie mi się to udało, byłem w miarę doświadczonym grotołazem. Życia nauczyłem się na wyprawach - wspomina Piotr Rynkowski, właściciel firmy informatycznej, 32-latek, który w głąb ziemi udaje się od ponad dziesięciu lat.
- Wszystko odbywało się w absolutnej tajemnicy przed rodzicami. Baliśmy się im powiedzieć, że wisimy na linach na pionowej ścianie i opuszczamy się do "dziur". W końcu po kilku wyprawach pokazaliśmy im zdjęcia. Byli zszokowani i źli, ale nas zrozumieli. O nasze zdrowie boją się jednak do dziś - uśmiecha się Grzegorz Kołak, 26-latek, absolwent inżynierii środowiska na Politechnice Warszawskiej, od ponad roku specjalista w firmie zajmującej się oczyszczaniem wód gruntowych z zanieczyszczeń chemicznych.
Czy to, co robią, jest niebezpieczne? Nie - mówią zgodnie. - Oczywiście, że zdarzają się wypadki i potłuczenia, ale zwiedzanie jaskiń jest zdecydowanie bezpieczniejsze niż jeżdżenie samochodem. Zagrożenia powodują ludzie, którzy nie umieją się obchodzić ze sprzętem, lekceważą sytuację i popisują się brawurą. Zawały w jaskiniach zdarzają się niezwykle rzadko - twierdzi Krzysztof Kołak, starszy brat Grzegorza, informatyk w prywatnej firmie komputerowej. - Wchodzenie do jaskiń jest niebezpieczne przede wszystkim dla osób nie przeszkolonych. Nie znający podstawowych technik wspinaczkowych nie powinni się bawić w speleologię sportową - uważa Izabella Luty, instruktor taternictwa jaskiniowego Polskiego Związku Alpinizmu.
Odkrywanie głębin ziemi wymaga od grotołazów dużej sprawności fizycznej. Muszą mieć silne ręce; większość z nich więc biega i chodzi do siłowni. Zdecydowaną przewagę mają ludzie wygimnastykowani i szczupli. Dużo łatwiej jest im się przecisnąć przez tzw. zaciski (wąskie szczeliny między korytarzami). Niezbędne są również spokój i opanowanie. - Zaklinowanie się to jeszcze nie tragedia. Cały czas trzeba myśleć o tym, co się robi i gdzie się idzie. Strach, który czasami odczuwamy, stymuluje wyobraźnię i powstrzymuje przed lekkomyślnością - uważa Krzysztof Kołak. Grotołazami nie mogą być na pewno osoby cierpiące na klaustrofobię, bojące się ciemności i mające lęk wysokości. Do jaskini nie wejdzie także ktoś, kto nie toleruje nietoperzy i pająków. - Dla reszty wstęp wolny - zachęcają grotołazi.
Jaskinie są dla nich miejscami magicznymi. Wielu z nich właśnie kilkadziesiąt metrów pod ziemią lubi myśleć o życiu i analizować codzienne problemy. - Słowami nie da się opisać wyglądu jaskini. Trzeba ją zobaczyć - twierdzą miłośnicy podziemnych wędrówek. Jednak tym, co wszystkich uderza w głębi ziemi, jest cisza, ciemność i wilgoć. - Zawsze, gdy jestem pod ziemią, wyłączam latarkę. Niesamowite uczucie. Oczy próbują oszukać mózg i przekazują zapamiętany obraz. Ale przecież tak naprawdę nic nie widać - mówi Piotr Rynkowski. - Fascynująca jest również cisza. Nie słychać żadnego dźwięku oprócz własnego oddechu. Tylko co jakiś czas spadnie kropla - dodaje.
Wśród grotołazów są także miłośnicy kulturowej roli jaskiń. - Groty zawsze fascynowały mnie jako archetypy świętości w przeróżnych, czasami bardzo odległych kulturach. Dla ludzi są symbolem przemiany i inicjacji. Człowiek, który wychodzi z jaskini, jest inny od tego, który do niej wszedł. W przeróżnych zakątkach świata, m.in. w Tajlandii, Grecji i Etiopii, znajdują się podziemne świątynie i kaplice, w których wciąż medytują mnisi - mówi Edi Pyrek, globtroter i dziennikarz, często schodzący pod ziemię.
W polskich jaskiniach w Jurze oraz Tatrach nieczęsto można zobaczyć ogromne stalaktyty i stalagmity. Są tam półki, które rosną w bok i nacieki zaprzeczające prawom fizyki. Czasami grotołazi fascynują się zapierającymi dech w piersiach odkryciami - choćby zieloną paprocią rosnącą przy wejściu do jaskini, podczas gdy na zewnątrz leży śnieg.
Mekką początkujących grotołazów jest Jura Krakowsko-Częstochowska. Zaliczenie jaskiń Olsztyńskiej, Koralowej, Wszystkich Świętych, Maurycego, Studniska, Piętrowej Szczeliny należy do niepisanych obowiązków kandydata na zdobywcę podziemi. Do niektórych grotołazi wchodzą bez zezwoleń. - Zaczynałem od prostych jaskiń poziomych, dobrze opisanych w książkach i przewodnikach. Aby do nich wejść, wystarczyło mieć latarkę, kombinezon, dobre buty, rękawice i ciepłe ubranie nie krępujące ruchów. Później, gdy zgromadziłem bardziej profesjonalny sprzęt (liny, uprzęże, karabińczyki, kaski), mogłem się zmierzyć z "dziurami" o rozwinięciu pionowym. Kto chce je zwiedzić, musi umieć się wspinać - mówi Krzysztof Kołak.
Po zdobyciu jaskiń Jury grotołazi mierzą się z "dziurami" w Tatrach. - Jaskinie tatrzańskie są zdecydowanie trudniejsze, głębsze, ale i piękniejsze. Aby je zwiedzać, należy spełnić pewne warunki. Grotołaz musi być przeszkolony, mieć kartę taternika i uzyskać zezwolenia z Tatrzańskiego Parku Narodowego - zastrzega Izabella Luty. Najwięksi miłośnicy takich wypraw, którzy mają pieniądze lub znaleźli zamożnego sponsora, organizują eskapady zagraniczne. Marzeniem każdego grotołaza jest odkrywanie jaskiń w Alpach i Stanach Zjednoczonych.
Oprócz zdobywania jaskiń odwiedzają również bunkry i stare kopalnie. W Górach Sowich popularne są kompleksy umocnień, gdzie w trakcie II wojny światowej hitlerowcy mieli produkować rakiety V-2. Poniemieckie bunkry, które sięgają dziewięciu kondygnacji w głąb ziemi, znajdują się także w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym. Grotołazi uważają je jednak za wyjątkowo niebezpieczne i niechętnie się tam zapuszczają. Przy wejściach do części jaskiń zamocowane są stalowe kraty. Niektórzy lekceważą jednak zakazy. Omijając strażników, próbują wchodzić nieznanymi wejściami.
Hobbyści uważają swoje wyprawy za niepowtarzalne. Początek każdej przygody jest zawsze taki sam. - Opuszczając bazę (kwaterę), trzeba zostawić informację dla tych, którzy nie idą. Na kartce należy wpisać dwa terminy - przewidywany czas powrotu i nieprzekraczalny czas powrotu. Jeśli uczestnicy wyprawy nie wracają, mimo że upłynął nieprzekraczalny czas powrotu, wzywane jest Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe - mówi Piotr Molski, właściciel firmy fotograficznej, od prawie dziesięciu lat pasjonujący się wycieczkami do jaskiń.
Grotołazi tworzą zintegrowane środowisko. - Wymieniamy uwagi na temat jaskiń, dzielimy się spostrzeżeniami dotyczącymi zacisków i technik pokonywania korytarzy. Uczestniczymy we wspólnych imprezach. Ta pasja łączy - przekonuje Piotr Rynkowski. Po mieście chodzą w polarach, traperkach i obowiązkowo ze sportowym plecaczkiem. Starają się nie palić, uprawiać jogging, żyć w zgodzie z naturą. Niektórzy przyznają się do fascynacji ruchem ekologicznym.
- Są wśród nas także prawdziwi odkrywcy, których nazywamy eksploratorami. Dla nich najważniejsze jest odkrycie nowej jaskini, nieznanego korytarza lub szczeliny. Potrafią godzinami kopać w glinie niczym bohaterowie filmów uciekający z więzienia. Spodziewają się bowiem, że za tą warstwą odkryją dalszą część jaskini - opowiada Grzegorz Kołak. - W Tatrach wciąż pozostało wiele nie odkrytych przejść podziemnych - potwierdza Izabella Luty.
Przed kilku laty uprzęże jaskiniowe grotołazi szyli sami, łamiąc przy tym dziesiątki igieł i nakłuwając palce. Z rąk do rąk przekazywali sobie kartkę z instrukcją, jak się to robi. Szczęściarzami byli wówczas ci, którzy mieli wielu przyjaciół, tak jak oni zafascynowanych jaskiniami. Mogli bowiem wzajemnie pożyczać sobie sprzęt. Dziś jest on ogólnie dostępny w sklepach turystycznych. Najdroższe są liny: pięćdziesięciometrowa kosztuje 500-800 zł, a trzeba mieć ich kilka. Do tego taśmy, uprzęże, klamry, latarki, hełm, karabińczyki. Niektórzy myją wieżowce i malują słupy wysokiego napięcia. Jak twierdzą, początkujący "jaskiniowiec" może w ten sposób zarobić całkiem dużo pieniędzy, które przeznaczy na zakup sprzętu i wyjazdy.
W naszym kraju funkcjonuje ponad 20 klubów i sekcji taternictwa jaskiniowego zrzeszonych w Polskim Związku Alpinizmu. Działa w nich ponad 700 osób. Kluby organizują kursy i wyprawy. To tam początkujący grotołaz uczy się, jak należy się zachowywać w ekstremalnych sytuacjach. - Kurs składa się z kilku etapów i nie jest łatwy. Dużo osób odpada w trakcie szkolenia. Przychodzą do nas studenci i licealiści, ale także ojcowie z synami - mówi Izabella Luty.
Kurs dla grotołazów zaczyna się od wykładów i wyjazdów "na bunkry". Kolejnym etapem jest wyprawa w skałki Jury Krakowsko-Częstochowskiej, poznawanie technik wspinaczkowych i asekuracyjnych. Potem dwutygodniowy obóz letni, na którym organizowane jest szkolenie z ratownictwa. Dopiero po zaliczeniu tego etapu wyjeżdża się na obóz w Tatry. - Koniec szkolenia jest najtrudniejszy. Wyjeżdżamy na zgrupowanie zimowe, podczas którego uczymy się, jak poruszać się po śniegu i lodzie i wykorzystywać sprzęt zimowy - wyjaśnia Izabella Luty. Żeby być grotołazem, trzeba się uczyć również tego, jak być cierpliwym. Taternictwo jaskiniowe nie jest sportem dla chwilowych zapaleńców, którzy spróbowali już spadochroniarstwa, nurkowania czy wspinaczki i wciąż poszukują nowej podniety .
Okładka tygodnika WPROST: 13/1999
Więcej możesz przeczytać w 13/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0