Czekanie na Pivota

Czekanie na Pivota

Dodano: 
Kultura w telewizji polskiej
Każdy, kto kiedykolwiek widział w TV legendarny program "Apostrophes" Bernarda Pivota, emitowany przez ponad piętnaście lat na francuskiej Antenne 2 (1975-1990), "Boulion de culture" (1990-1999) czy równie słynny "Kwartet literacki" Marcela Reicha-Ranickiego, ma prawo poczuć upokorzenie lub przynajmniej zażenowanie, spoglądając na polskie programy poświęcone literaturze. Omówienia książek i wywiady z pisarzami, pasjonujące we Francji i w Niemczech, w Polsce są nudne jak przysłowiowe flaki z olejem i płytkie jak letnia kałuża, zasługując sobie co najwyżej na miano spolegliwych recenzji lub grzecznych przepytywanek. Natomiast porywające za granicą starcia krytyka z autorem w wersji ? la polonais są uprzejmymi, pozbawionymi intelektualnych pazurów monologami pisarza nad głową skwapliwie przytakującego dziennikarza. Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy: niespotykana w skali światowej charyzmatyczność Pivota i Ranickiego, brak polskiej szkoły publicystyki kulturalnej (literackiej), kamienne serce kierownictwa krajowej telewizji publicznej (a tym bardziej sieci prywatnych) dla kultury, nieusuwalny garb tradycji czy jakieś psychologiczne skażenie po upadłym niedawno systemie? Każde z tych pytań jest już w jakiś sposób sugestią odpowiedzi, ale zarazem z góry nie urzeka swoimi diagnostyczno-poznawczymi konsekwencjami. Dlaczego? Ponieważ boleśnie godzi w poczucie dumy narodowej, zakładając możliwość nieuleczalnego anachronizmu polskich elit intelektualnych, niezdolnych do podporządkowania sobie nowoczesnych technologii, ponieważ insynuuje im niski, poza- europejski poziom dynamiki intelektualnej i nieumiejętność wyłonienia indywidualności zdolnych do twórczego fermentu w sztuce wizualnej, ponieważ dopuszcza myśl o wytworzeniu się w kulturze zarówno elitarnej (symbolizowanej przez literaturę), jak i masowej(symbolizowanej przez elektroniczne media) postaw przystosowawczych, spychających na dalszy plan krytycyzm, kulturę intelektualnego sporu, publicznego pojedynku na myśli. Gdyby ktoś zadał sobie odrobinę trudu i chłodnym, beznamiętnym okiem przyjrzał się wszystkim programom telewizyjnym poświęconym literaturze, bez względu na to, czy powstają w Europie, czy na kontynencie amerykańskim, łatwo dojdzie do wniosku, że produkcje typu "Apostrophes" bądź "Kwartet literacki" nie są normą telewizji zachodnich, lecz odstającymi od niej wyjątkami, wręcz ewenementami w skali świata. Ocenianie literackich produkcji TVP za pomocą tak wyśrubowanego kryterium jest więc miłą i godną szacunku ambicją, ale drastycznie rozmija się z realiami życia i pracy telewizyjnej. Mało kto zdaje sobie sprawę z organizacji cyklu produkcyjnego telewizyjnego programu i wynikających stąd konsekwencji dla jego wartości merytoryczno-poznawczych. Zacznijmy od rzeczy podstawowej. Redagowanie programu literackiego wymaga kompetencji podobnych do tych, które ma redaktor czasopisma literackiego, pomnożonych jednak o umiejętności realizacyjne. Niestety, istnieje fundamentalna niekoherencja między rytmem przygotowawczym programu i jego konfiguracją administracyjno-personalną a potrzebami merytorycznymi. Programy literackie, przynajmniej te o ustabilizowanej pozycji na antenie, to na ogół tygodniki (dwutygodniki). Według przeciętnych standardów, na przygotowanie programu trwającego 30 minut trzeba trzech dni zdjęciowych, trzydziestu godzin montażowych (a zatem również trzech dni), dnia na przygotowania do montażu (przeglądanie VHS-ów, spisywanie time-codów etc.), co w efekcie daje tydzień pracy. Tu musi paść elementarne pytanie: kiedy redaktor programu ma przeczytać książki, wyselekcjonować je z aktualnej oferty rynku, przygotować się do rozmowy z pisarzem (czasem kilkoma pisarzami)? Człowiek nie znający realiów pracy TV powie: rozdzielić pracę między kilku redaktorów. Niestety, mówiąc krótko, budżety wszystkich programów kulturalnych, a szczególnie literackich, są tak skalkulowane, by wymuszać maksimum pracy od minimalnej liczby pracowników. Jest to po prostu zasada kapitalistyczna. Nawet w tak rozrzutnej etatowo instytucji jak telewizja publiczna zmusza ona do drakońskich oszczędności, zwłaszcza w będących piątym kołem u wozu programach kulturalnych, które coraz częściej przygotowywane są w systemie produkcji zewnętrznej, a zatem kapitalizmu jadowitego. W wypadku programu literackiego jest to rytm zabójczy, ponieważ tu fundamentem efektu są dziesiątki godzin zainwestowane w ciągu tygodnia w czytanie, bo redaktor staje nos w nos nie tylko z pisarzem i jego nową książką, ale z całym jego dotychczasowym dorobkiem. A zatem istnieje elementarna sprzeczność pomiędzy sposobem funkcjonowania telewizyjnego systemu a poznawczymi potrzebami programu: rytm produkcyjny pożera - jak mawiają w TV - "merytorykę". Efekty widoczne są na ekranie. Czy ta absurdalna sytuacja ma racjonalne uzasadnienie? Spoglądając na sprawę okiem kierownictwa TV, muszę przyznać, że niestety tak. Tajemnicą poliszynela jest głęboka nieufność, wręcz pogarda dyrektorskich gremiów dla środowisk naukowo-akademickich jako potencjalnych współpracowników. Zdaniem redaktorów prowadzących i zamawiających, uczeni humaniści są jak najgorszym materiałem medialnym. Świetnie przygotowani merytorycznie, niezdolni są jednak do wykorzystania swojej wiedzy przed kamerami: nie umieją i nie chcą budować wypowiedzi krótkich, unikają jak ognia konkretu i wartościowania, nie potrafią podjąć publicznego sporu o postawy i wartości, uparcie próbując przeszczepiać zwyczaje przejęte z sal wykładowych i konferencyjnych. Honor świata nauki ratują językoznawcy Jan Miodek i Jerzy Bralczyk.


Telewizyjne omówienia książek i wywiady z pisarzami, pasjonujące we Francji i Niemczech, w Polsce są nudne jak flaki z olejem

Każdy, kto choć raz był na konferencji naukowej, pamięta hektolitry słów wylewanych na wiwat, niemal zawsze nie ? propos wypowiedzi innych referentów i dyskutantów. Mając widocznie jak najgorsze doświadczenia z tego typu "opiniodawcami", w "Pegazie" (pod redakcją Mirosława Spychalskiego) wprowadzono wewnętrzny zakaz korzystania z wypowiedzi uczonych akademickich, ze szczególnym uwzględnieniem pracowników Instytutu Badań Literackich. W efekcie normą jest powierzanie programów literackich młodym, czującym prawa obrazu dziennikarzom, zupełnie nie przygotowanym merytorycznie do poruszania się po minowym polu literatury, a zarazem zamawianie ekspertyz u reprezentantów środowisk dziennikarskich, nie zaś akademickich. Nic więc dziwnego, że środowiska intelektualne (a szczególnie pisarskie i naukowe) są głęboko krytyczne wobec działań telewizji w dziedzinie literatury czy - szerzej - kultury. Nie zdarzyło mi się w ciągu ostatnich dziesięciu lat usłyszeć z ust wybitnych pisarzy i uczonych ani jednego pozytywnego głosu na temat istniejących programów o literaturze. Mamy zatem sytuację paradoksalną: pomiędzy środowiskami, które są sobie niezbędne i powinny zawrzeć alians, rozciąga się front. Niestety, wygląda na to, że rozejm nie przyjdzie łatwo ani prędko, bo elity intelektualne z pogardą i wyższością traktują telewizję, a co gorsza, system rządzących nią mechanizmów i język, jakim się posługuje, z góry uznając jej działania w obszarze kultury za "spłyciarstwo". Pracownicy mediów dyskredytują zaś owe elity jako sektor niereformowalny, niezdolny do zrozumienia reguł, jakie narzuca technika filmowa i telewizyjna końca XX wieku, i podporządkowania się im. Niestety, obie strony mają rację: telewizja istotnie jest rodzajem medium z najwyższym trudem znoszącym wyrafinowane konstrukcje myślowe, rządząc się dyktatem emocji, szybkości i obrazu, a literatura jako gałąź sztuki wpisująca w jedyne w swoim rodzaju układy słów i zdań najbardziej złożone i subtelne treści ludzkiej psychiki oraz intelektu jest bodaj ostatnią sferą kultury nadającą się do medialnego zawłaszczenia. Wiele wskazuje na to, że mariaż sztuki masowej ze sztuką elitarną jest rodzajem wyjątkowo kwadratowego koła. Obserwowane więc niekiedy w środowiskach literackich przekonanie, że chcąc otrzymać interesujący program kulturalny, należy wyeliminować denerwujące, przeszkadzające w koncentracji, nie mające żadnego związku z tematem "obrazki", usunąć "niepotrzebną" muzykę i pozwolić monologować "gadającym głowom", jest niebezpieczną iluzją, wynikającą z przekonania, że technologia jest czymś, co można przyhamować jak rozpędzony zbytnio samochód, a człowiek niezależnym od niej homeostatem, który w swoim sposobie funkcjonowania, kojarzenia i odbioru świata pozostaje niezmienny, nie zapisany jak w rajskich gajach lub na bezkresach lądolodu. Wydaje się jednak, że język telewizji nie jest czymś całkowicie zewnętrznym w stosunku do swego, nawet niechętnego i opornego odbiorcy, lecz "wrasta" w niego, zmieniając go, uzależniając od siebie, przekształcając jego sposób widzenia świata i odbioru sztuki. Wielkość środków przeznaczonych na programy literackie, pomijając sytuacje osobliwe (układy polityczne lub osobiste), jest odzwierciedleniem ich oglądalności, która w zasadzie nigdy nie przekracza progu 5 proc., a w rzeczywistości balansuje między 1,5- 3 proc. Ich opłacalność jest zatem żadna. Utrzymuje się je na antenach państwowych (w godzinach niższej oglądalności) wyłącznie z racji wyższej użyteczności społecznej. Na antenach komercyjnych praktycznie ich brakuje. Jak widzimy, bieda sprzęgła się tu z nieszczęściem: symboliczny budżet uniemożliwia realizację bogatego i gęstego obrazowo programu, a zatem przyciągnięcie większego grona widzów, brak widowni masowej (co jest immanentną cechą programów literackich, szczególnie aspirujących do gustów elitarnych) uniemożliwia uruchomienie środków specjalnych, skazując ich autorów na realizacyjne ubóstwo. W efekcie normą stają się recenzenci perorujący na tle regałów, pisarze monologujący przy dwu-, trzyosobowym stoliku na tle wypożyczonych z innych programów dekoracji oraz kilka wariantów przejazdów kamery po okładkach, skrzydełkach i przewracanych w różnym tempie kartkach. Od czasu do czasu materiał uzupełniają zdjęcia uliczne lub plenery z pobliskiego parku. Bezradny cynizm reżysera nieraz trudno odróżnić tu od bohaterskiego artyzmu. Oczywiście widzowie tego typu programów mają silne poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, słusznie uważając, że nakłady na kulturę powinny być pochodną wartości (jak mierzonej?) intelektualno-artystycznej, nie zaś rynkowej. Przy założeniu, że dysponentem mediów jest jednak ten, kto za nie płaci (a zatem abonent i reklamodawca), łatwo zaobserwujemy zatrważającą dysproporcję. Praktycznie niemal każde gospodarstwo domowe w Polsce wyposażone jest w odbiornik telewizyjny pracujący przez trzy, cztery godziny dziennie. Oznacza to, że widzów jest - pomijając niemowlęta i cichociemnych starców - ponad 25 mln. Czytelników książek - według badań CBOS - nie ma więcej niż 5 proc., a zatem 1,3 mln. Z tej grupy, niestety, należy odjąć czytelników romansów (16 proc.), kryminałów (13 proc.), poradników (14 proc.), literatury młodzieżowej (7 proc.), science fiction (7 proc.). Otrzymamy ok. 700 tys., a zakładając sprawiedliwy, demokratyczny podział mediów, trzeba powiedzieć, że aktualnie odzwierciedla on rzeczywiste zapotrzebowanie odbiorców. Jeśli 25 mln rodaków potrzebuje niskiej, łatwej, jarmarcznej rozrywki (czego dowodzą wszystkie sondaże i wyniki oglądalności), nie zaś intelektualnych dysput, nie ma sposobu narzucenia im tego rodzaju menu. Jeśli naród głównie je kluski, rynkiem zawładną producenci makaronu, a nie wytwórcy rzadkich serów francuskich. Koneser naturalnie ma prawo i obowiązek zachwalać swoją kuchnię, ale nie ma możliwości narzucenia pławiącej się w płyciznach złego smaku większości obcego jej jadłospisu.

Okładka tygodnika WPROST: 22/1999
Więcej możesz przeczytać w 22/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0