O analfabetyzmie naukowym

O analfabetyzmie naukowym

Dodano:   /  Zmieniono: 
Sądzę, że prof. Łukasz Turski, pisząc swój artykuł "Świnie i rozum" (nr 17), miał na celu przede wszystkim wywołanie do tablicy następnych autorów chcących zabrać głos w sprawie sytuacji nauki polskiej
Jeśli tak było, doskonale mu się to udało. Wprawdzie odnoszenie sytuacji nauki polskiej do stanu nauki amerykańskiej i przytaczanie w charakterze przykładu przedsięwzięć amerykańskiej National Science Foundation (np. NSME-TEDL, a więc inicjatywy, na którą nie zdobył się żaden inny rozwinięty kraj świata) nie uważam za szczególnie fortunne. Podobnie niezbyt trafne wydaje mi się porównywanie budżetów nauki w krajach o tak odmiennym dochodzie narodowym. Poza tym zgadzam się niemal ze wszystkim, o czym prof. Turski napisał. Jestem przekonany, że znacznie ważniejsze od zwiększania funduszy na naukę jest doprowadzenie do sensownego wydawania tych pieniędzy, które nauka dostaje. Komitet Badań Naukowych - monopolista trzymający w garści wszystkie środki budżetowe - jest zaprzeczeniem współczesnych zasad gospodarowania. Działalność komitetu zwalnia organy założycielskie placówek badawczych od odpowiedzialności za postęp nauki, a jednocześnie KBN nie jest w stanie doprowadzić do takiej reorganizacji struktur nauki polskiej, które by odpowiadały społecznym i gospodarczym potrzebom kraju. Doprowadza jedynie do takich akcji jak apel Komitetu Ratowania Nauki Polskiej, który nie tylko niczego nie rozwiązuje, ale mąci w głowach mniej zorientowanym w sprawach nauki czytelnikom. Wielu osobom, zwłaszcza pracownikom nauki, wydaje się zdumiewające, że choć nazwiska prominentów z kolejnych rządów ozdabiają stopnie i tytuły naukowe, rozlegają się coraz głośniejsze wołania o zapaści polskiej nauki. Tymczasem jest to zjawisko oczywiste. Parlament jest emanacją społeczeństwa, a rząd emanacją parlamentu. Przyczyną takiej sytuacji nauki jest stan tego, co Anglosasi nazywają the public understanding of science i scientific literacy. Terminy te nie mają ścisłych odpowiedników w języku polskim, ale można je określić jako "społeczne rozumienie nauki" i - niejako ? rebours - "analfabetyzm naukowy". Otóż poziom społecznego rozumienia nauki jest u nas zastraszająco niski, a analfabetyzm naukowy - powszechny i niemal niezależny od warstwy społecznej. Wskazują na to wszystkie sondaże i badania opinii. Świadectwem tego może być choćby przerażający często poziom argumentacji używanej w wypowiedziach działaczy z lewej i prawej strony sceny politycznej. Jest on świadectwem zupełnego braku rozeznania stanu nauki i wiedzy przez nasze środowiska polityczne. A przecież ci działacze to na ogół ludzie wykształceni. Wydają się oni jednak przekonani, że tylko prymitywne argumenty trafiają do ich zwolenników i wyborców. Tymczasem doświadczenia choćby ostatnich pikników i festiwali nauki wskazują, jak wielkie jest społeczne zapotrzebowanie na informacje o nauce podawane w sposób przystępny.


Polski wyborca nie jest świadomy, jakie profity może czerpać z nauki

Rząd brytyjski opublikował w ostatnich latach dwie białe księgi dotyczące poziomu społecznego rozumienia nauki jako głównego czynnika kształtującego demokratyczne społeczeństwo. Powstały dwa cytowane na całym świecie raporty Bodmera i Wofendele?a, określające politykę upowszechniania nauki w społeczeństwie, których zalecenia są konsekwentnie realizowane choćby przez wprowadzenie - przeciwnie niż w Polsce - wymogu działalności popularyzacyjnej jako warunku awansu akademickiego. Podobna jest sytuacja w innych rozwiniętych krajach, gdzie wysiłek skierowany na likwidację analfabetyzmu naukowego i podniesienie poziomu społecznego rozumienia nauki poprzez jej upowszechnianie i popularyzację jest ogromny. Na przykład w Stanach Zjednoczonych wydatki na upowszechnianie nauki przekraczają wielokrotnie nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe w Polsce. Nawet małe kraje, jak Holandia, Irlandia czy Szwecja, uznają upowszechnianie nauki za zadanie politycznie priorytetowe. Istnieje bowiem w tych krajach przekonanie, że jedynie rozumiejące rolę nauki społeczeństwo może sprostać wyzwaniom współczesnego świata i w konsekwencji akceptować także hojniejsze finansowanie badań naukowych i oświaty. Tymczasem polski parlamentarzysta, nawet z profesorskim tytułem, stojący przed swymi wyborcami i zabiegający o ponowny wybór, nie może wyrażać poparcia dla finansowania nauki jako alternatywy (i tu nawiązuję do ostatniego akapitu wypowiedzi prof. Turskiego) dla dopłat do wołowiny, wieprzowiny czy zboża. Dzieje się tak dlatego, że wyborca nie jest świadomy, jakie profity może czerpać z nauki. Można więc przypuszczać, że losy nauki nie poprawią się w naszym kraju dopóty, dopóki nie będzie większego zrozumienia i powszechnej akceptacji dla społecznej funkcji nauki. I właśnie dlatego szczególny wysiłek uczonych winien być skierowany na podniesienie poziomu społecznego rozumienia nauki. Nic bowiem nie straciły na aktualności słowa wypowiedziane w końcu XVIII w. przez Thomasa Jeffersona: "Nie znam żadnego bezpieczniejszego sposobu, by zachować podstawowe prawa społeczeństwa, jak tylko przekazać straż nad nimi samym ludziom. A jeśli nie uważamy ich za dość oświeconych, by z praw tych korzystali rozważnie, zaradzić temu trzeba, kształcąc ich, nie zaś przez odbieranie im praw". I może właśnie dlatego nauka w USA wygląda tak, jak wygląda.

Więcej możesz przeczytać w 22/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0