Wojna słów

Wojna słów

Dodano: 
Wojna o Kosowo jest pierwszą, w której rządom nie udało się skutecznie zablokować kanałów przekazywania informacji
Jeśli uznać, że najważniejszym medium II wojny światowej było radio, a wojny w Wietnamie - telewizja, kryzys w Kosowie błyskawicznie ujawnił polityczno-wojskowe znaczenie nowych technologii, zwłaszcza Internetu. - Propagandową wojnę w cyberprzestrzeni prowadzą obie strony konfliktu - mówi Richard Dinnick z branżowego pisma "Internet Magazine". - Ale to nie jest tylko wojna na słowa. Serwer Kwatery Głównej NATO został zaatakowany przez hakerów z Belgradu. Linia była kompletnie zablokowana przez napływającą bez przerwy pocztę elektroniczną. Ostatecznie naliczono 2000 wiadomości, a większość z nich zawierała różnego rodzaju wirusy. W ostatnich wojnach rządom udawało się skutecznie blokować nie tylko kanały przekazywania informacji, ale i samą informację. Dziś wielu politologów porównuje upowszechnienie dostępu do Internetu do zburzenia muru berlińskiego. Łatwość tworzenia stron internetowych i dostępność nowych technologii powoduje, że relacje świadków nawet najbardziej dramatycznych wydarzeń mogą się pojawiać na ekranie komputera tak szybko jak na ekranie telewizora i to bez żadnej cenzury. W sytuacji, w której zachodni dziennikarze nie mają dostępu do Kosowa, ich relacje z Belgradu są cenzurowane, a jugosłowiańskie media nadają wyłącznie propagandę, Internet stał się nieomal jedynym źródłem informacji o tym, co naprawdę dzieje się na Bałkanach. Nie oznacza to jednak, że relacje mediów są dzięki temu pełniejsze, bardziej kompetentne i obiektywne. Konflikt ten udowodnił, że kiedy media idą na wojnę, pierwszą ofiarą jest zazwyczaj prawda. Niemal natychmiast po rozpoczęciu ataków lotniczych NATO rząd w Belgradzie zamknął niezależną radiostację B-92 i aresztował jej redaktora naczelnego. Jeszcze tego samego dnia dziennikarze B-92 rozpoczęli nadawanie w Internecie. Kilka dni później oficerowie II Armii Jugosłowiańskiej pojawili się w Podgoricy w redakcjach Radia Wolna Czarnogóra, Radia Antenna i magazynu "Monitor", starając się doręczyć redaktorom naczelnym wezwania do natychmiastowego stawienia się przed trybunałem wojskowym. Wcześniej obie radiostacje odmówiły przerwania retransmisji audycji Głosu Ameryki i Radia Wolna Europa. - Wojsko chce nas zastraszyć - mówi Milka Tadić, redaktor naczelny "Monitora". - Z pewnością chodzi o nasze publikacje dotyczące czystek etnicznych w Kosowie. Redakcje otrzymały ostatecznie silną ochronę czarnogórskiej policji, ale stawka w tej grze była poważniejsza. Według wywiadu brytyjskiego, Serbia planowała zamach stanu, mający doprowadzić do obalenia prezydenta Milo Djukanovicia, który po wybuchu konfliktu odmówił wprowadzenia w Czarnogórze stanu wojennego i wezwał Milos?evicia do zaprzestania represji wobec Albańczyków. Wydał także zgodę na retransmisje zachodnich stacji telewizyjnych. Programy te mogły być odbierane również w niektórych rejonach Serbii, dzięki czemu cenzura i oficjalna propaganda Belgradu nie są w pełni skuteczne. Odpowiedzią NATO na te działania było pojawienie się nad Serbią samolotu Lock- heed EC-130, znanego jako Commando Solo. To latające studio radiowo-telewizyjne, należące do 193. Skrzydła Operacji Specjalnych US Air Force (wcześniej wykorzystywane w operacjach w Grenadzie, Panamie i Haiti), brało także udział w wojnie w Zatoce Perskiej, gdzie z powietrza nadawano audycje mające skłonić irackich żołnierzy do kapitulacji. Podczas lotów nad Serbią zadaniem jedenastoosobowej załogi było opanowanie częstotliwości używanych przez jugosłowiańskie radio i telewizję i przekonywanie o bezsensowności odrzucania przez władze w Belgradzie żądań wspólnoty międzynarodowej. Na Jugosławię zrzucono także 19 mln ulotek propagandowych NATO. Sterowane przez Milos?evicia media postanowiły jednak podjąć rękawicę w "wojnie słów" z NATO. Kiedy dwa tygodnie temu należący do sojuszu myśliwiec F-16 zaatakował konwój, w którym - jak się potem okazało - znajdowali się także cywile, w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego w Belgradzie wyemitowano materiał sugerujący, że rozkaz "polowania" na uchodźców wydał amerykański sekretarz obrony William Cohen. Według serbskiej telewizji, prezydent Clinton chciał później zdymisjonować gen. Wesleya Clarka, głównodowodzącego NATO w Europie, za to, że ataku nie udało się utrzymać w tajemnicy. Następnego dnia na antenie serbskiej telewizji i na internetowym serwerze rządu w Belgradzie pojawił się zapis rzekomej rozmowy pilota F-16 z samolotami dowodzenia Awacs, z którego miało wynikać, że otrzymał on rozkaz ataku, mimo jednoznacznej identyfikacji konwoju jako cywilny. Zarówno oficerowie NATO, jak i niezależni eksperci po zapoznaniu się z nagraniem uznali, że jest to mistyfikacja. Dzienniki telewizyjne w Serbii pełne są informacji o kolejnych strąconych samolotach NATO oraz danych o zabitych i rannych po stronie paktu. Wszystko to komentują ubrani w mundury polowe oficerowie serbskiej armii, którzy przekonują swe społeczeństwo, że "pokonanie technologicznego potwora, jakim jest NATO, jest jedynie kwestią czasu". W programach SRT regularnie emitowano przerywniki, w czasie których róża wiatrów, będąca symbolem NATO, zamieniała się w swastykę, a amerykańską sekretarz stanu Madeleine Albright pokazywano z zębami wampira na tle płonących budynków. Dramatyczny zwrot w tej wojnie nastąpił 23 kwietnia o godz. 2.06, kiedy dwa pociski samosterujące uderzyły w budynek radia i telewizji w Belgradzie, gdzie znajdowało się ok. 150 dziennikarzy, producentów i techników pracujących na nocnej zmianie. Ekrany telewizorów w Jugosławii zgasły dokładnie w połowie nadawania wywiadu, jakiego Milos?ević udzielił lokalnej telewizji z Houston w Teksasie. Pod gruzami budynku zginęło 16 osób, a 19 zostało ciężko rannych.


Telewizja - jeden z filarów władzy Milosevicia. Jugosławia musi być przedstawiana jako ofiara agresji NATO, w Kosowie nie ma wojny domowej, Albańczycy uciekają przed bombami NATO - to dziennikarskie przykazania w Serbii

Mimo ostrzeżeń kierowanych pod adresem SRT przez rzecznika prasowego NATO Jamiego Shea i komandora RAF Davida Wilby?ego, żaden z dziennikarzy akredytowanych w Kwaterze Głównej NATO nie wierzył, że sojusz może rzeczywiście zaatakować siedzibę telewizji w Belgradzie. Ci, którzy liczyli na ubolewanie Brukseli lub Waszyngtonu, srogo się jednak zawiedli. "Serbska telewizja jest taką samą częścią zbrodniczej machiny Milos?evicia jak armia i dlatego stała się naszym celem. To uderzenie w jeden z filarów jego władzy" - powiedział Ken Bacon, rzecznik Pentagonu. Stało się jasne, że dobre stosunki pomiędzy NATO a tradycyjnie liberalnymi mediami zostały narażone na szwank. Zaprotestowała Amnesty International i organizacja Reporterzy bez Granic. Na zwołanej w Brukseli konferencji prasowej sekretarz generalny Międzynarodowego Stowarzyszenia Dziennikarzy Aidan White powiedział, że "zabijanie dziennikarzy nie pomaga wygrywać wojny lub budować demokracji. Wzmacnia tylko ignorancję, cenzurę i strach". Nowojorski Komitet Obrony Dziennikarzy napisał w liście do Javiera Solany: "Decyzja o zaatakowaniu budynków nadawczych nie tylko zwiększyła zagrożenie życia reporterów pracujących w Jugosławii, lecz także stawia pod znakiem zapytania postanowienia konwencji genewskiej, zgodnie z którą dziennikarze nie są traktowani jako strona konfliktu". Robert Fisk, reporter wpływowego brytyjskiego dziennika "The Independent", obecny w budynku telewizji krótko przed atakiem, napisał: "Kiedy zaczynamy zabijać ludzi, bo nie podoba nam się to, co mówią, to zmieniamy zasady, według których toczy się ta wojna. A to właśnie zrobiliśmy w Belgradzie". Nie ulega jednak wątpliwości, że - choć oficjalnie nikt tego nie przyzna - również NATO ma bardzo poważne zastrzeżenia merytoryczne do sposobu relacjonowania przez media przebiegu konfliktu. Zdaniem polityków i wojskowych sojuszu, media w pogoni za sensacją są w stanie w istotny sposób narazić na szwank bezpieczeństwo i powodzenie całej operacji. Jako jeden z przykładów takiego działania rzecznik Pentagonu podał opublikowanie w jednym z najbardziej wpływowych dzienników amerykańskich "The Washington Post" zdjęć Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Belgradzie i informacji, że może być ono obiektem ataku. "Kiedy dwa dni później zaatakowaliśmy te obiekty, były już kompletnie opróżnione. Serbowie zostali ostrzeżeni przez amerykańskie media, tymczasem nasz pilot ryzykował życie podczas tej misji" - powiedział Ken Bacon. Specjaliści od komunikacji masowej podkreślają, że niezależnym mediom nie udało się dotychczas poinformować opinii publicznej, jak bardzo mieszkańcy Bałkanów ucierpią na skutek tego konfliktu w sensie cywilizacyjnym. Brakuje relacji ukazujących rozmiar tragedii narodu wypędzonego z własnych domów, często z dobytkiem całego życia ukrytym w jednym tobołku. Reporterzy, którzy znajdują się w Belgradzie, są skazani na wyjazdy w teren, organizowane przez biuro prasowe armii jugosłowiańskiej. Jeśli chce się w nich uczestniczyć, trzeba w swych relacjach podporządkować się określonym zasadom. Po pierwsze - Jugosławia musi być przedstawiana jako ofiara agresji NATO. Po drugie - w Kosowie nie ma wojny domowej. Serbskie siły bezpieczeństwa zwalczają "bandy terrorystów", a nie ruch narodowowyzwoleńczy. Po trzecie - Albańczycy uciekają przed bombami NATO, a nie represjami Serbii. Po czwarte - wszystkich ataków przemocy i gwałtów na ludności cywilnej dokonuje Armia Wyzwolenia Kosowa. I wreszcie - dziennikarzom nie wolno relacjonować jakichkolwiek wydarzeń, których nie byli świadkami. - Na przykład w Pris?tinie, stolicy Kosowa, mogliśmy do woli filmować serbski cmentarz zburzony przez NATO, ale nie mogliśmy nawet spojrzeć na płonące kilkanaście metrów dalej składy paliw - mówi Jim Maceda, korespondent amerykańskiej telewizji NBC. - Kiedy zapytaliśmy, gdzie podziali się wszyscy mieszkańcy tego dwustutysięcznego miasta, odpowiedziano nam, że dzień i noc siedzą w schronach, obawiając się bombardowań NATO. Gdy chcieliśmy zobaczyć taki schron, wepchnięto nas do autobusu i zawieziono na inne rumowisko. Nasze korespondencje siłą rzeczy są niekompletne i jednostronne. To zawodowa cena, jaką płacimy za to, by mieć jakiekolwiek informacje w dzienniku. Uważny obserwator codziennych briefingów prasowych w Brukseli, transmitowanych przez CNN i Euronews, z pewnością może zauważyć, że w walce o akceptację dla swych działań ze strony międzynarodowej opinii publicznej najpoważniejszym przeciwnikiem NATO jest armia dziennikarzy akredytowanych w Kwaterze Głównej. Coraz częściej wygłaszają oni opinie, że zarówno konferencje prasowe w Brukseli, jak i w Pentagonie oraz Departamencie Stanu to czysta propaganda wojenna, nie zawierająca żadnych istotnych informacji. Zwłaszcza dziennikarze amerykańscy, dla których wzorem profesjonalizmu były codzienne briefingi podczas wojny w Zatoce Perskiej, organizowane w Rijadzie, stolicy Arabii Saudyjskiej, twierdzą, że NATO marnuje nie tylko szansę wyeksponowania swych sukcesów wojskowych, ale też możliwość przekonania podatników z państw członkowskich paktu, że ich pieniądze są wydawane w słusznej sprawie. Z relacji Charlesa Sabine?a, korespondenta NBC News, amerykańscy telewidzowie mieli się okazję dowiedzieć, że rzecznik NATO, 45-letni Brytyjczyk Jamie Shea, doktorant z Oksfordu, z którego media zrobiły gwiazdę, wygląda i mówi jak wykładowca w murach swej Alma Mater. - Jego wywody o złożonej sytuacji na Bałkanach nie zawierają jednak niczego, co mogłoby trafić na czołówki gazet lub otworzyć nasz dziennik - Sabine ze swoistą szczerością i prostotą rysuje główny problem w stosunkach między NATO a mediami. Polega on na tym, że dziennikarze domagają się po prostu danych operacyjnych, których ujawnienie mogłoby nie tylko narazić na szwank powodzenie operacji sojuszu, ale i zagrozić życiu żołnierzy NATO na Bałkanach. Przedstawiciele najbardziej wpływowych redakcji, którzy przez miesiąc zadawali pytania o to, na jakim pułapie latają samoloty bombardujące Belgrad, czy na terenie Kosowa działają oddziały specjalne Delta Force i SAS albo czy niezależne źródła potwierdzają czystki etniczne w tej prowincji, nie dali jednak za wygraną i doprowadzili do zmiany wojskowego rzecznika NATO, komandora Davida Wilby?ego. Po atakach na rzeczników NATO w zachodnich mediach pojawiły się utyskiwania na warunki pracy w Kwaterze Głównej: stoły dla prasy ustawiono w korytarzu, udostępniono zaledwie jeden telewizor, za mało jest linii telefonicznych, a po godzinie 18, kiedy zamyka się kantynę, dziennikarzom pozostaje automat z sokami i napojami. Uwaga jednego z rosyjskich reporterów, że w jego kraju dostępna jest jedynie woda z kranu w toalecie, wywołała poruszenie wśród amerykańskiego korpusu prasowego, podobnie jak fakt, że - jak to określił Charles Sabine - "po 50 latach czekania na wojnę większość urzędników NATO nie przyszła do pracy w święta wielkanocne". Z wypowiedzi amerykańskich dziennikarzy można by wnioskować, że sytuacja przypomina atak na Pearl Harbour - w czasie narady sztabowej na temat sposobu poinformowania społeczeństwa o tej tragedii jeden z generałów powiedział: "Nie mówić im nic, dopóki wojna się nie skończy. Potem powiedzieć im, kto wygrał". Chodzi o to, że o ile główną wojskową siłę NATO podczas kampanii w Kosowie stanowią USA, o tyle sprawami związanymi z publicznym wizerunkiem sojuszu zajęli się Brytyjczycy. Po medialnej burzy, jaką wywołało zbombardowanie konwoju z uchodźcami, do Brukseli przyjechał specjalny zespół kierowany przez niezwykle sprawnego rzecznika premiera Blaira, Alastaira Campbella. Jego zadaniem było poprawienie sposobu, w jaki NATO komunikuje się z mediami. Philip Dewhurst, prezydent londyńskiego Institute of Public Relations, zrzeszającego 6 tys. firm doradczych, uważa, że Amerykanie celowo pozostają w cieniu: - Nie chcą nagłaśniać swojej roli w tym konflikcie. To ma wyglądać na porządkowanie własnego podwórka przez Europejczyków. Jednak dla krajów naszego kontynentu to ciągle bardzo trudne zadanie.

Okładka tygodnika WPROST: 22/1999
Więcej możesz przeczytać w 22/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0