Rosyjski przyczółek

Rosyjski przyczółek

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rosja, sukcesorka byłego ZSRR, użytkuje w Warszawie i innych miastach naszego kraju - Gdańsku, Poznaniu, Szczecinie oraz Krakowie - 21 nieruchomości
Tylko osiem z nich ma uregulowany status prawny. W wypadku innych mamy do czynienia z komplikowaniem tego statusu, gmatwaniem stosunków własnościowych i dzierżawnych, nie kończącymi się odwołaniami od decyzji organów samorządowych i skarbowych. "Można przypuszczać, że środki te służą m.in. prowadzeniu penetracji wywiadowczej naszego kraju. Służby wywiadowcze Federacji Rosyjskiej mają bowiem statutowy obowiązek utrzymywania się za granicą z działalności gospodarczej" - można przeczytać w jednym z dokumentów rządowych. - Rosja ciągle jest państwem imperialnym, realizującym politykę głównie przez działalność swoich służb wywiadu. Istnieje podejrzenie, że wiele budynków zajmowanych przez Rosjan może być wykorzystywanych do celów wywiadowczych, do działań przeciwko Polsce. Tym bardziej że nieruchomości te znajdują się w pobliżu newralgicznych instytucji naszego państwa, w sąsiedztwie budynków rządowych - twierdzi Marek Biernacki, przewodniczący sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych.

Gdy w styczniu 1997 r. po raz pierwszy napisaliśmy we "Wprost" o rosyjskich nieruchomościach w Polsce, osoby zarządzające budynkami zachowywały się tak, jakby znajdowały się na eksterytorialnej wyspie. Przepędzano stamtąd dziennikarzy i pracowników władz lokalnych. Obecnie administratorzy nieruchomości - europejsko prezentujący się biznesmeni - nie bronią dziennikarzom i ludziom interesu wstępu na ich teren. Także kontrolerzy władz gminnych w każdej chwili mogą tam wejść. Nie zmieniła się jednak, mimo podejmowania wielu akcji dyplomatycznych, sytuacja prawna nieruchomości. Jak stwierdził jeden z przedstawicieli władz lokalnych, "oni mają tak dobrych prawników, że nic nie możemy zrobić".
- W styczniu tego roku, podczas wizyty ministra Bronisława Geremka w Moskwie, poruszono w rozmowach także kwestię nieruchomości pozostających w gestii strony rosyjskiej. Ustalono, że sprawa ta będzie przedmiotem dalszych negocjacji, a strona rosyjska wyraziła chęć prowadzenia takich rozmów, co jest już osiągnięciem, ponieważ wcześniej Rosjanie nie wyrażali takiej gotowości - mówi Paweł Dobrowolski, rzecznik prasowy MSZ. Problemem jest jednak to, że do skutku nie doszła wizyta premiera Jewgienija Primakowa w Polsce, podczas której miał być podjęty temat rosyjskich nieruchomości. Premier podał się do dymisji i sprawa "uległa zamrożeniu".
Nadal więc Rosjanie zajmują działki o powierzchni 116,31 tys. metrów kwadratowych, czerpiąc dochody z ich wynajmu i nie płacąc przy tym ani podatków, ani karnych odsetek. MSZ ocenia, że roczne dochody z wynajmu tych nieruchomości sięgają miliona dolarów. Z kolei według szacunków Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie, zaległe opłaty (jedynie za lata 1990-1998) wynoszą 7,26 mln USD. Należy do tego dodać 20 mln USD zaległości, jakie narosły od 1978 r. Mimo że rządy Polski tylko w latach 1975-1992 podjęły ok. 50 akcji dyplomatycznych w tej sprawie, żadna z nich nie doprowadziła do wyjaśnienia co najmniej dwuznacznej sytuacji ani do uregulowania zobowiązań wobec skarbu państwa.
Rosjanie zapomnieli, że porozumienia międzypaństwowe podpisane w latach 70. zakładały ekwiwalentność, czyli przekazanie Polsce terenów w Moskwie i Sankt Petersburgu, o identycznej powierzchni jak warszawskie nieruchomości oddane do ich dyspozycji. Tak się nigdy nie stało. Istotne jest również to, że gdy spojrzy się na mapę Warszawy z zaznaczoną lokalizacją rosyjskich posiadłości, okazuje się, iż znajdują się one w kluczowych punktach stolicy: na wschodzie i zachodzie miasta (przy trasach wylotowych) oraz w samym jego centrum - na zapleczu kancelarii premiera i obok Nuncjatury Apostolskiej. Gdy po raz pierwszy podjęliśmy temat rosyjskich nieruchomości w Warszawie i innych polskich miastach, Konstanty Miodowicz, były szef kontrwywiadu UOP, stwierdził: "Wiele obiektów pozostających w dyspozycji rosyjskiego rządu lub jego przedstawicielstw stanowiło przyczółek do pracy wywiadowczej na naszym obszarze. Pracy wymierzonej w nasz kraj lub państwa trzecie". Antoni Macierewicz, szef MSW w 1992 r., zażądał nawet sprawdzenia, czy jego gabinet może się znajdować w zasięgu urządzeń podsłuchowych zainstalowanych w użytkowanym przez Rosjan obiekcie przy al. Szucha.
Pierwszy budynek Rosjanie kupili w Warszawie tuż po wojnie. 14 października 1946 r. Siergiej Małow, reprezentujący Przedstawicielstwo Handlowe ZSRR, nabył od Marii z Dowgiałłów Wilskiej pięciopiętrową kamienicę przy al. Szucha 8 za 36,7 mln zł. Takie uregulowanie spraw majątkowych było jednak wyjątkiem. Następne nieruchomości "załatwiono" bowiem na drodze dyplomatycznej. W listopadzie 1953 r. ambasadzie ZSRR przekazano budynek przy ul. Kieleckiej 45 (przed wojną dom należał do Jana Kiepury). Pod decyzją podpisał się szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Przypomnijmy, że ministrem obrony był wówczas Konstanty Rokossowski, rosyjski marszałek. Zgodnie z umową Rosjanie przejęli nieruchomość "w bezterminowe i bezpłatne użytkowanie". Eksperci MSZ twierdzą obecnie, że umowa ta ma wyłącznie charakter cywilnoprawny, a nie międzypaństwowy. Mimo to w centrum stolicy nadal działa rosyjska szkoła średnia, która za użytkowanie budynku nie płaci ani grosza.
Po przejęciu budynku przy ul. Kieleckiej "ekspansja" Rosjan w Warszawie została na 20 lat zahamowana. Nowe umowy zaczęto podpisywać dopiero za rządów Edwarda Gierka. Trudno dociec, czy ówczesny I sekretarz KC PZPR chciał w ten sposób odpłacić Kremlowi za przyzwolenie na otwarcie Polski na Zachód. 11 lipca 1972 r. podpisano porozumienie w sprawie ambasad, 27 grudnia 1974 r. - w sprawie przedstawicielstw handlowych, a 3 października 1978 r. - w sprawie ośrodków technicznych. Umowy te, zawarte na podstawie art. 21 konwencji wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych, nakładały na ZSRR obowiązek przyznania identycznych terenów w Moskwie i Leningradzie. Ani ZSRR, ani Rosja nie wywiązały się z tych zobowiązań do dzisiaj. Polska nie otrzymała terenów, których wartość rynkowa wynosi obecnie co najmniej 250 mln USD.


Rosjanie zajmują w Polsce działki o powierzchni ponad 116 tysięcy metrów kwadratowych

Na podstawie dekretu prezydenta Rosji z 8 lutego 1993 r. państwo to stało się sukcesorem mienia ruchomego i nieruchomego ZSRR. Mimo to w dalszym ciągu ignoruje napomnienia rządów Polski, w szczególności dotyczące przestrzegania art. 32 konwencji wiedeńskiej. W prasie rosyjskiej opublikowano nawet swoistą wykładnię tego sporu, podpisaną przez niejaką Natalię Bon: "Faktem jest, że znaczna część nieruchomości - do 90 proc. - posiada status dyplomatyczny i znajduje się w jurysdykcji konwencji wiedeńskiej o stosunkach konsularnych, która zabrania wykorzystywania ich do celów komercyjnych. Jednakże nie jest to główna przeszkoda przy określaniu sposobów ich efektywnego, komercyjnego przeznaczenia. Następnym krokiem może być rezygnacja z nadania tym obiektom statusu dyplomatycznego".
Natalia Bon (?), a za nią kolejne rządy Rosji, nie zapoznała się widocznie z postanowieniami konwencji wiedeńskiej. Wyraźnie napisano tam bowiem, że zakaz nakładania opłat (za wynajem, dzierżawę itd.) nie rozciąga się na działalność komercyjną. Także art. 1 porozumienia polsko-sowieckiego expressis verbis stwierdza, że wynajmowany lokal nie może być przedmiotem zamiany, nie może być podnajmowany lub udostępniany bezpłatnie. Tymczasem tylko w siedzibie Stankoimportu (przy ul. Ostrobramskiej 101 w Warszawie) wynajęto pomieszczenia aż 30 firmom handlowym. Sam Stankoimport zajmuje się "realizacją prac koniunkturalno-ekonomicznych z zakresu kompleksowego badania rynku Polski pod względem stosunku do towarów znajdujących się w wykazie wyrobów Stankoimportu oraz przygotowaniem odpowiednich informacji".
Potężnym kompleksem rosyjskiego przedsiębiorstwa administruje polska firma Tarus Holding Poland, której prezes nie chciał na ten temat rozmawiać. Wiele wskazuje na to, że dokonujący się w ostatnich miesiącach proces tzw. holdingizacji firm i spółek ulokowanych na terenach administrowanych przez Rosjan ma służyć skomplikowaniu tytułów własności i najmu.
Budynek przy al. Szucha 8 został wynajęty polskiej firmie Fart, której prezesi - porozumiewając się przez pośrednika - odmówili udzielenia jakichkolwiek informacji, zasłaniając się nawałem prac związanych z wizytą Jana Pawła II w Polsce (nieruchomość ta sąsiaduje z Nuncjaturą Apostolską, gdzie zatrzymał się papież). Awtoeksport, mieszczący się przy ul. Połczyńskiej 10, działa podobnie jak Stankoimport. Jeszcze w 1997 r. firma podnajmowała pomieszczenia kilku przedsiębiorstwom, choć w dokumentach gminy Warszawa-Bemowo nie było nawet śladu jej istnienia.


Rosja do dziś nie wywiązała się z obowiązku przyznania Polsce terenów, których wartość rynkowa wynosi co najmniej 250 mln dolarów

Pewności siebie spadkobiercom ZSRR dodaje praktyka minionych 45 lat. Decyzje z 1978 r. o przyznaniu działek "radzieckim sojusznikom" podpisał premier Piotr Jaroszewicz. Dokument ten zawiera stwierdzenia pozwalające przypuszczać, że wiele obiektów zostało wzniesionych na koszt państwa polskiego. W 1988 r. polski MSZ wystąpił z kolei do Urzędu Stołecznego Miasta Warszawy o zgodę na budowę przez ambasadę ZSRR domu mieszkalnego przy ul. Beethovena. Dwunastopiętrowy blok stanął przy ulicy, której nigdy nie ustanowiono uchwałą rady miasta. W Wydziale Geodezji i Nieruchomości Urzędu Gminy Warszawa-Centrum ulica ta jeszcze dwa lata temu miała kuriozalną metryczkę: "ulica Beethovena bez nazwy".
Rosjanie twierdzą, że są właścicielami wszystkich nieruchomości. Tymczasem - według przepisów polskiego kodeksu cywilnego - ich właścicielem jest ten, kto posiada tytuł prawny do gruntu, na którym postawiono budynki. A tytuł ten należy do skarbu państwa bądź warszawskich gmin. Ostatnio ze względu na międzynarodowy kontekst sprawy Janusz Tomaszewski, szef MSWiA, anulował niektóre decyzje komunalizacyjne dotyczące terenów, na których położone są rosyjskie nieruchomości. Dzięki temu stroną w negocjacjach może być polski rząd, a nie organ samorządu terytorialnego.
O wartości warszawskich działek (nie tylko materialnej) doskonale wiedzą funkcjonariusze GRU oraz Federalnej Służby Wywiadu Rosji (spadkobierczyni KGB). Być może dlatego tej sprawy od lat nie można załatwić. Będzie to jeszcze trudniejsze teraz, gdy Polska jest członkiem NATO, a dla służb specjalnych Rosji utrzymanie agentury na naszym terytorium stało się priorytetowym zadaniem. Potwierdzają to doniesienia BND - wywiadu Niemiec. Rosjanie proponują obecnie, by dokonać "oddyplomatycznienia" statusu centrów handlowych działających na spornych terenach i ich legalizacji jako firm komercyjnych. Na to Polska - jako członek NATO - nie może się oczywiście zgodzić.
W przeprowadzonym niedawno plebiscycie "Gazety Wyborczej", TVP 1 i radiowej Jedynki za największy sukces ostatniego dziesięciolecia Polacy uznali ujawnienie prawdy o Katyniu i wyprowadzenie wojsk radzieckich. Pierwsza kwestia pozostaje poza dyskusją. Przy drugiej można się spierać: jeśli za wojsko uznać tylko służby mundurowe, uczestnicy plebiscytu są dobrze zorientowani. Nie jest jednak pewne, czy wszyscy rosyjscy żołnierze opuścili terytorium Polski. Niektórzy być może tylko zamienili wojskowe mundury na eleganckie garnitury biznesmenów.

Jacek Szczęsny
Współpraca: Ryszard Kamiński
Piotr Kudzia
Grzegorz Pawelczyk



Polska kolonia

Jedyną polską nieruchomość w Moskwie stanowi teren ambasady RP: duży i położony w atrakcyjnym punkcie dawnej stolicy carów. Z ambasady jest niedaleko do Dworca Białoruskiego, skąd ruszają pociągi do Warszawy, oraz do reprezentacyjnej ulicy Twerskiej (dawniej Gorkiego), którą szczególnie interesuje się mer Jurij Łużkow. Na terenie polskiej placówki mieści się również rezydencja ambasadora, blok mieszkalny dla dyplomatów oraz przyzwoity i niedrogi hotel. Ulokowano tam także plajtujący obecnie oddział krakowskiej restauracji Hawełka i należący do tej samej firmy sklep z krajowymi produktami. Całego, otoczonego ogrodzeniem kompleksu strzegą rosyjscy policjanci, co jest ważne w Moskwie, zagrożonej bandytyzmem. Być może nigdy już nie odzyskamy kościoła katolickiego, wybudowanego w czasach caratu przez polską wspólnotę. Znajduje się on nieopodal ambasady RP. Okazuje się, że w Rosji nawet wspierana przez państwo Cerkiew prawosławna nie stała się dotychczas prawnym właścicielem nieruchomości sakralnych. Odbudowa świątyni, sprawnie prowadzona pod kontrolą polskich księży, nabrała ostatnio tempa. Jedynie moskiewskie władze czasem czynią drobne złośliwości. Ostatnio kościół "nawiedziła" ekipa strażaków. Główny ogniomistrz upierał się przy tym, aby jak najszybciej powleczono drewniane rusztowania ogniotrwałą, kosztowną substancją. Mimo tych trudności, być może już tej jesieni obiekt zostanie oddany do użytku i konsekrowany przez polskich biskupów. Na razie msze odprawiane są w piwnicznej kaplicy. Polscy dyplomaci w Moskwie pragnęliby, aby Kreml jak najszybciej uregulował kwestię braku parytetu we wzajemnych rozliczeniach majątkowych. Starał się o to również minister Bronisław Geremek, gdy w styczniu tego roku odwiedził Moskwę. Rozmówcy szefa naszej dyplomacji "z uwagą odnotowali poruszoną przez niego sprawę". Dotychczas jednak nie ma odzewu i konkretnych propozycji rozstrzygnięć ze strony rosyjskiego MSZ. Nie skutkują ponaglenia i monity wysyłane przez naszą ambasadę. Rosjanie sprawiają wrażenie ludzi nie rozumiejących, jak ważne byłoby dla Polaków rozwiązanie tego problemu, negatywnie wpływającego na atmosferę polityczną w kontaktach Warszawy z Moskwą. Opieszałość Rosjan wywołuje nad Wisłą przypuszczenia, że nie wyzbyli się oni jeszcze imperialnego, a więc wyniosłego i lekceważącego traktowania Polaków. Rodzi też podejrzenia o wykorzystywanie rosyjskich nieruchomości w Warszawie do działań mało mających wspólnego z dyplomacją i handlem. 

Więcej możesz przeczytać w 25/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.