Amant z workiem na kapcie

Amant z workiem na kapcie

Dodano: 
"Szkoła uwodzenia", kolejna ekranizacja "Niebezpiecznych związków", robi takie wrażenie, jakby "Hamleta" odgrywały dzieci z przedszkola
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, mamy jeszcze jedną ekranizację książki Pierre?a Choderlos de Laclos "Niebezpieczne związki". Kilka lat temu swoje wersje przedstawili Stephen Frears i Milos? Forman. Tym razem Roger Kumble proponuje wersję uwspółcześnioną pod zmienionym tytułem "Szkoła uwodzenia" i przenosi akcję w realia Nowego Jorku. Bohaterowie są... dziećmi bogatych rodziców z północnego Manhattanu. Powstaje więc pytanie generalne: czy ta opowieść o francuskiej arystokracji ma jakikolwiek sens przeniesiona do amerykańskiej współczesności, gdzie nie ma przecież arystokracji i mało kto wie, czym ona w ogóle była?
Zygmunt Kałużyński: - Rozszerzyłbym pana pytanie: co kino ma do roboty z tym klasykiem literatury francuskiej - drastycznym i kłopotliwym? Bo przecież oprócz tych filmów, które pan wymienił, jest jeszcze czwarta wersja, zrobiona przez Rogera Vadima, męża i odkrywcę Brigitte Bardot, w roku 1959. Jej akcja również była uwspółcześniona i rozgrywała się w wytwornym paryskim towarzystwie. Czy dramat moralny, jaki w swojej powieści przedstawił Laclos, we wszystkich tych czterech wersjach pasuje do nich i jak go dzisiaj odbieramy? Powiem panu szczerze, że uważam ten temat za związany ze swoim czasem.
TR: - Czyli z końcem XVIII wieku.
ZK: - Tak. Ze środowiskiem wielkiej arystokracji...
TR: - ... gdzie do mistrzostwa doprowadzono wyrafinowaną grę intryg. Dziś na takie zabawy nie starcza ani czasu, ani fantazji. Młodzi ludzie sprawę pójścia do łóżka załatwiają w sposób krótki i prosty.
ZK: - To jest pierwsza uwaga, która się nasuwa pod koniec XX wieku, ale przecież autorzy wszystkich tych dostosowań Laclosa do kina przywiązywali wagę nie tyle do samej intrygi, ile do charakterów. Byłoby więc ciekawe, aby w wypadku "Szkoły uwodzenia" zobaczyć, co się stało z oryginałem Laclosa. Przypomnijmy, że jego własne środowisko było prawdopodobnie najbardziej wyrafinowane i rozwinięte w historii Europy!
TR: - Dobrze w nim rozumiano znaczenie słowa "gra". Gra uczuć. Gra na uczuciach. Tymczasem w "Szkole uwodzenia" mamy działania tak proste, że aż prostackie: zemstę, rozpustę, agresję. XVIII-wieczna gra była być może okrutna, ale nie wulgarna!
ZK: - Dlatego, że w owym XVIII-wiecznym środowisku szło o jak najdalej posuniętą wolność - w tym znaczeniu, że nie ma granic perfidii, jeśli idzie o rozluźnienie rygorów obyczajowych. Przy czym główną postacią u Laclosa jest markiza Merteuil...
TR: - ...którą rewelacyjnie zagrała u Frearsa Glenn Close!
ZK: - I bodajże jej interpretacja najbardziej zbliżyła się do tego, co było u Laclosa: gra osobę, która włada w sposób bezwzględnie dyktatorski i amoralny swoimi najbliższymi. Ponieważ rozdrażnił ją kochanek, który zamierza poślubić pewną dziewczynę, nakłania ona Valmonta - równie jak ona sama perfidnego i amoralnego - żeby uwiódł tamtą osóbkę. W ten sposób chce się zemścić na swoim kochanku. Valmont wykonuje to bez trudu i z naiwnej Cecylii robi wręcz rozpustnicę, ale jego samego interesuje inna kobieta: niedostępna pani Tourvel, osoba cnotliwa i szanowana. Postanawia ją uwieść. I to mu się udaje, ale przy tym zakochuje się w niej. Gdy pani Merteuil dowiaduje się o tym, zmusza go, aby zerwał ten związek. Wtedy uwiedziona przez Valmonta pani Tourvel popada w rozpacz, a on cierpi, co jest dla niego samego zaskakujące, bo przecież wszystko powinno się odbywać bez uczuć. Pani Merteuil nie może znieść, gdy ktoś się zakocha. Ona właściwie jest przeciwna wszelkim uczuciom!
TR: - Bo uczucia to sprzeniewierzenie się zasadom gry.
ZK: - O to chodzi. Pani Merteuil powoduje śmierć Valmonta w ten sposób, że wyjawia narzeczonemu owej Cecylii całą intrygę, w wyniku czego dochodzi do pojedynku, w którym ginie Valmont. Pani Merteuil jest wcieleniem - być może w literaturze najbardziej absolutnym - tego, co można nazwać złem całkowitym. Żadnym innym interesem się nie kieruje. Jest osobą szalenie zamożną. Jeśli idzie o przygody, uczucia, amantów - bez trudu to zdobywa. Jej cała rozkosz życiowa to władza nad innymi i niszczenie miłości. Nie może znieść wokół siebie prawdziwych sentymentów. Reprezentuje zło w najczystszej postaci i dlatego powieść Laclosa była uważana za niepokojącą moralnie. Do tego stopnia, że w różnych okresach bywała zakazana. Jeszcze w XX wieku, w czasie I wojny światowej, uznawano ją za pornografię i zabraniano jej wydawania.
TR: - Tymczasem "Szkoła uwodzenia", którą mamy teraz na ekranach, być może z powodu uwspółcześnienia robi wrażenie naiwnej, niegroźnej ramotki emocjonalnej. Pani Merteuil nosi tu inne imię - Kathryn - i nie jest uosobieniem absolutnego zła. Raczej jest małą, złą dziewczynką z kompleksami. Inteligentną, zamożną, ale lubiącą ludziom robić świństwa i dość bezradnie tupiącą nóżką.
ZK: - No właśnie, to zastanawiające, panie Tomaszu, po co kino amerykańskie zajęło się tym tematem? Na mnie ten film robi takie wrażenie, jakby "Hamleta" odgrywały dzieci z przedszkola. Zresztą wszystkie filmy, o których mówimy, były w pewnym sensie fałszerstwem wobec Laclosa. Według mnie, najbliższy jeszcze był film Frearsa, właśnie z Glenn Close. Miał on zachowany program: markiza de Merteuil na pytanie, jak należy zachowywać się wobec mężczyzn, odpowiada, że należy wszystkich oszukiwać, bo kobieta zawsze jest ofiarą mężczyzny.
TR: - W tamtych czasach to mogła być nawet prawda.
ZK: - To jest zawsze prawda!
TR: - Czyżby?! Niech pan sobie przypomni histerię, jaka w USA towarzyszy problemowi molestowania seksualnego. Prowadzi to do tego, że mężczyzna nie może nawet dokładniej przyjrzeć się swojej koleżance z pracy. I to w czasach, gdy kobiety bywają dyrektorami i prezesami spółek, a więc mężczyzn mają za swoich podwładnych!
ZK: - Trzeba na to popatrzeć z punktu widzenia osobistej psychologii pani Merteuil. Ona mówi tak: mężczyzna, który nawet nas kocha, kiedyś przestanie nas kochać. A zatem kobieta zawsze pada ofiarą spustoszenia. Jedyny sposób obrony to nie darzyć uczuciem żadnego mężczyzny. A to jest przecież także program współczesnego feminizmu!
TR: - Główną ofiarą w "Niebezpiecznych związkach" jest Valmont, czyli mężczyzna. To nawet pasuje do współczesnych czasów, gdy coraz częściej mężczyźni stają się ofiarami dominujących kobiet.
ZK: - Dlaczego jednak Amerykanie umieścili ten temat w środowisku młodzieży studiującej?
TR: - Raczej wśród nowojorskich odpowiedników bohaterów serialu "Beverly Hills 90210".
ZK: - A przedmiotem zakładu między panią Merteuil (Kathryn) i Valmontem (Sebastianem) uczynili samochód - jaguara. To najlepiej pokazuje, jak bardzo cała sprawa została sprowadzona do poziomu bezwiednej parodii.
Okładka tygodnika WPROST: 29/1999
Więcej możesz przeczytać w 29/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0