Kapitał pomysłów

Kapitał pomysłów

Czy polscy przedsiębiorcy mają szanse w rywalizacji z zachodnią konkurencją?
Pierwszym Polakiem, który kilka lat temu pojawił się w rankingu amerykańskiego magazynu "Forbes" - przedstawiającego najbogatszych ludzi świata - był Jan Kulczyk. Potem na tę ekskluzywną listę trafił Zygmunt Solorz. Do grona najzamożniejszych obywateli globu powinien być również zaliczony Aleksander Gudzowaty, współwłaściciel firmy Bartimpex, wycenianej na 340 mln USD. Czy po kilkudziesięciu latach "równego dzielenia biedy" - jak socjalizm zdefiniował Henry Kissinger - i po zaledwie dziesięciu latach wolnego rynku nad Wisłą trzech Polaków wśród kilkuset naj- bogatszych Ziemian to dużo, czy mało? Czy nasi biznesmeni mają szansę, by już dziś skutecznie rywalizować z zachodnią konkurencją? Ilu potrafi pomnażać zyski tylko dzięki niejasnym powiązaniom ze światem polityki, a ilu osiągnęło sukces wyłącznie dzięki własnej inwencji i kreatywności? Ilu po szybkim zdobyciu fortuny przedwcześnie spoczęło na laurach i stało się de facto rentierami, a dla ilu nasz rynek okazał się już za ciasny i dlatego poszukują oni pomysłów na dalszą ekspansję - tym razem poza granice kraju? Wiele, niestety, wskazuje na to, że drugą grupę tworzy garstka ludzi.
Większość prywatnych potentatów polskiej gospodarki zaczynała od małych spółek handlowych lub wręcz od państwowej posady. Pod koniec lat 80. Aleksander Gudzowaty stracił pracę w państwowej centrali handlu zagranicznego. W 1990 r. założył własną firmę. Do dziś zarobiła ona na czysto prawie 200 mln USD, a Gudzowaty stał się najbogatszym Polakiem. W latach 80. Zygmunt Solorz prowadził nie do końca jasne transgraniczne interesy handlowe, polegające m.in. na przywożeniu w walizkach niedostępnych w Polsce towarów. Dziś roczny zysk jego firm (w tym telewizji Polsat) wynosi 300 mln zł.

Najlepszymi przedsiębiorcami są ci, którzy dziesięć lat temu uwierzyli, że gospodarka nakazowo-rozdzielcza przechodzi do historii


Niektórzy z najdynamiczniejszych dziś przedsiębiorców zaczynali działalność jeszcze w poprzedniej dekadzie, w czasach gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Udało się im przetrwać okres limitowania dostaw surowców i zatrudnienia oraz państwowego monopolu w handlu zagranicznym. W latach 80. prawie nikt nie słyszał o firmie ITI Jana Bohdana Wejcherta. Mało znaczący interes prowadził wówczas Rudolf Skowroński. Ryszard Pieńkowski wydawał lokalną gazetkę dla rzemieślników. Dziś obracają oni setkami milionów złotych. Tomasz Sielicki pracował wtedy w małym przedsiębiorstwie przygotowującym oprogramowanie. Teraz ComputerLand, którym kieruje, jest jedną z największych polskich firm informatycznych. Na początku lat 90. stocznie ze Szczecina i Gdyni pogrążone były w długach i przewidywano ich rychłe bankructwa. Obecnie szczecińska jest jedną z najlepszych stoczni na świecie, a gdyńska zamierza wykupić swojego zagranicznego konkurenta. Rzeszowski Zelmer z firmy o lokalnym znaczeniu stał się europejskim potentatem w produkcji sprzętu AGD. Podobną ewolucję przeszła Amica z Wronek.

ALEKSANDER GUDZOWATY
współwłaściciel PHZ Bartimpex SA


Polski kapitał prawie nie istnieje. Jest o wiele za mały w stosunku do możliwości firm i banków z Zachodu. W ostatnich dziesięciu latach żaden rząd nie stworzył warunków do jego umocnienia. Rodzimi przedsiębiorcy nie otrzymują na przykład preferencji przy prywatyzacji majątku narodowego, a tak się dzieje w innych krajach. Co więcej, w wielu wypadkach - a mam na to dowody - wręcz stwarza się im utrudnienia. W efekcie polska gospodarka jest coraz bardziej zdominowana przez kapitał zagraniczny i jesteśmy już traktowani przez niektóre koncerny jak ich prowincjonalne oddziały. Tymczasem obcy kapitał nie jest aż tak zbawienny dla gospodarki, jak oczekiwano. Często działa u nas na zasadzie odkurzacza - wysysa za granicę wypracowane w Polsce zyski, nie reinwestuje i funkcjonuje tak, by płacić minimalne podatki. Nie zamierzam jednak nawoływać do krucjaty przeciwko niemu. Ale należy stworzyć takie warunki, by krajowy biznes mógł się lepiej rozwijać, natomiast obcym koncernom opłacało się inwestowanie, a nie wywożenie zarobionych u nas pieniędzy. Czym prędzej należy więc znacznie obniżyć podatki od osób fizycznych. 34-procentowy podatek dochodowy, jaki dziś płacą przedsiębiorstwa, zniechęca do wykazywania zysku. Dążący do obniżenia podatków wicepremier Leszek Balcerowicz jest coraz bardziej osamotniony. Trzeba dać Polakom choćby szanse. Aby ułatwić naszemu kapitałowi udział w prywatyzacji, należy zwiększyć rolę giełdy i wprowadzić preferencyjny system finansowy, na przykład gwarantowane przez państwo akcje objęcia w przyszłości pozostałego kapitału przez sprawnych inwestorów. W oczekiwaniu na okrzepnięcie rodzimego kapitału można by również bez szk-ody dla gospodarki spowolnić proces prywatyzacji. Teraz wpływy ze sprzedaży majątku państwowego przeznaczane są głównie na łatanie dziur w budżecie, czyli na klajstrowanie błędów i nieudacznictwa polityków. Lepiej byłoby je wydać na inne cele, jak narodowy fundusz aktywizacji gospodarki. Szanse musi również otrzymać średni kapitał, zwłaszcza rodzinny, a także gospodarstwa wiejskie. Aby rodzina czuła potrzebę bogacenia się i rozwoju, należałoby na przykład zlikwidować zniechęcający do tego podatek spadkowy. Nie pora też na wprowadzenie podatku katastralnego. Poza tym Polacy muszą zrozumieć, że bogacenie się najbardziej sprawnych i zaradnych to nowe miejsca pracy dla innych, a więc stwarzanie możliwości bogacenia się coraz większym grupom społeczeństwa. Gospodarka musi być rządzona najprostszymi metodami, a państwo powinno zostawić sobie możliwość kształtowania w zasadzie jedynie polityki podatkowej i celnej. Teraz politycy dzielą społeczeństwo i osłabiają gospodarkę, a powinni dążyć do umacniania się kraju. Instytucje rządowe działają jakby na oślep, bez wyobraźni i dalekosiężnej strategii, tylko po to, by się utrzymać przy władzy. Tymczasem bariera wyobraźni jest barierą możliwości.


Co sprawiło, że jeszcze parę lat temu nikomu nie znane firmy zasłynęły nie tylko w Polsce? - Najważniejszy jest pomysł na biznes. Gdy okaże się trafny, potrzebna jest niezwykła uczciwość w jego prowadzeniu i czytelność gry. Tylko w ten sposób zdobywa się wiarygodność - opowiada Gudzowaty. Jego przedsiębiorstwo zaczęło od wymiany barterowej: w zamian za rosyjski gaz dostarczało towary przemysłowe i żywność dla Moskwy. Potem powstały inne przedsięwzięcia - Bank Współpracy Europejskiej i towarzystwo ubezpieczeniowe. Przez ponad osiem lat firma zajmowała skromny lokal. Dopiero w tym roku przeprowadziła się do reprezentacyjnego budynku. - Czułem, że zaczyna się stagnacja, że muszę zrobić coś nowego. Ale gdzie? W kraju? Za granicą? - wyznaje Gudzowaty.
Na listach najlepszych przedsiębiorców i firm znajdują się ci, którzy dziesięć lat temu uwierzyli, że przemiany gospodarcze mają trwały charakter i gospodarka nakazowo-rozdzielcza przechodzi do historii. Gdy na początku lat 90. zmieniły się warunki dla biznesu, Rudolf Skowroński zainwestował wszystko, co zarobił w rzemiośle, w firmę zajmującą się wyposażeniem sklepów. - To była naprawdę ciężka praca i tysiące godzin spędzonych w samochodzie w podróżach po Polsce i Europie - wspomina Skowroński. Potem zaczęła się działalność developerska - najpierw dla zagranicznych sieci handlowych. Jego InterCommerce zatrudnił ponad 600 osób, a roczne przychody przedsiębiorstwa przekroczyły 300 mln zł. Choć firma ITI Jana Wejcherta (jego wspólnikiem jest Mariusz Walter)
przeżywała na początku trudności związane z załamaniem się rynku sprzętu audiowizualnego, szybko stała się holdingiem około dwudziestu spółek zajmujących się m.in. mediami, produkcją i dystrybucją artykułów spożywczych, wynajmem i sprzedażą budynków. Jej wartość ocenia się na kilkaset milionów dolarów. - Pionierski i romantyczny okres w gospodarce mamy za sobą. Teraz potrzeba naprawdę dużego profesjonalizmu, starannego przygotowania i przemyślanej koncepcji przyszłych działań. Stabilizacja oznacza dla firmy śmierć - uważa Wejchert. W 1991 r. ComputerLand dysponował kapitałem 100 tys. USD. - To było naprawdę niewiele, nawet jak na ówczesne realia - wspomina Sielicki. Po pierwszym miesiącu działalności wykazał jednak 170 tys. USD zysku. Na początku lat 90. ComputerLand był pierwszą polską firmą, której pracownicy mieli obowiązek chodzić w garniturach i biegle władać angielskim. Urządzono efektowny salon wystawowy i sprzedawano tylko drogi sprzęt informatyczny dobrych marek. - Zagraniczni inwestorzy, którzy potrzebowali komputerów, u nas czuli się jak u siebie w domu. I kupowali głównie w naszej firmie - wyznaje Sielicki. ComputerLand przygotował rozwiązania systemowe dla wielkich firm i instytucji państwowych.
Nie tylko handel i produkcja zaczęły na początku lat 90. przynosić spore profity. Wydawnictwo Infor Ryszarda Pieńkowskiego rozrastało się z miesiąca na miesiąc. O polski rynek prasy, także ekonomicznej, zaczęły jednak walczyć znacznie bogatsze koncerny zagraniczne. - Tu nic nie pomoże narzekanie na obcą ekspansję i tworzenie lobby w celu jej administracyjnego ograniczenia - mówi Pieńkowski. Kilka miesięcy przed planowanym ukazaniem się należącego do szwedzkiego Bonniera "Pulsu Gospodarki" (tak miał się pierwotnie nazywać obecny "Puls Biznesu") Pieńkowski zaczął wydawać mający podobny profil i szatę graficzną "Twój Biznes", a w "Prawie i Gospodarce" powstał dział nazwany "Pulsem Gospodarki". W efekcie Szwedzi musieli zmienić nazwę swojej gazety, a "Twój Biznes" bardzo utrudnił im ekspansję. Potem Pieńkowski przelicytował Bonniera w jego zabiegach o kupno "Gazety Bankowej". Dziś Infor wydaje ok. 50 periodyków o tematyce gospodarczej, prawnej, samorządowej itp. Obroty firmy zbliżyły się do 170 mln zł.
Pogorszenie się koniunktury na przełomie lat 80. i 90. najbardziej dotknęło państwowe przedsiębiorstwa nastawione przede wszystkim na współpracę z państwami RWPG. Pod koniec lat 80., gdy załamały się rynki w ZSRR i NRD, Amica z Wronek znalazła się w sytuacji kryzysowej. - Nie poddaliśmy się, zaryzykowaliśmy, choć nazywano nas kamikadze - mówi prezes spółki Wojciech Kaszyński. Zakład poprawił jakość wyrobów, stworzył gęstą sieć dystrybucji (także za granicą, w tym w zdawałoby się niedostępnych dla polskiej firmy Niemczech). Wyroby z Wronek trafiają także do Norwegii, Szwecji, Francji, Holandii, Korei Południowej i Izraela. Produkcja wzrosła do miliona sztuk sprzętu AGD, z czego jedna trzecia trafia za granicę.
Również Stocznia Szczecińska w minionej epoce żyła głównie z dostaw do ZSRR. Upadek imperium mógł oznaczać plajtę fabryki. W 1991 r. wybudowano jedynie pięć statków o wartości 65 mln USD. Przedsięwzięcie to przyniosło ogromne straty. Początkowo prawie nikt nie wierzył, że optymistyczne wizje, jakie roztaczał przed stocznią jej nowy - 41-letni wówczas - prezes Krzysztof Piotrowski, kiedykolwiek się spełnią. W połowie 1992 r. straty firmy wynosiły już 260 mln USD i kwalifikowała się ona do ogłoszenia upadłości. - Próba ratowania stoczni była eksperymentem - wspomina Piotrowski. Najpierw udało się zredukować i spłacić większą część zadłużenia. Przez sześć lat wychodzenia z dołka w Szczecinie zbudowano prawie sto kontenerowców. Takiego wyniku nie osiągnęła żadna stocznia na świecie. W ubiegłym roku jej przychód wynosił 580 mln USD. Dziś jest uznawana za jedną z najlepszych i najbardziej efektywnych stoczni na świecie.
W jeszcze gorszej sytuacji niż szczecińska znalazła się Stocznia Gdynia. Jej straty powiększały się z każdym rokiem (w 1996 r. wyniosły 115,7 mln zł). Planowano już włączenie jej do holdingu projektowanego wokół Stoczni Szczecińskiej. W 1997 r. prezesem przedsiębiorstwa został Janusz Szlanta, a większościowym udziałowcem - będący prywatną własnością Stoczniowy Fundusz Inwestycyjny (Szlanta ma w nim połowę udziałów). Pierwszy rok działalności zrestrukturyzowana firma zakończyła zyskiem w wysokości ponad 50 mln zł. W 1998 r. przekroczył on 113 mln zł. Stocznia ma zamówienia na 37 statków o wartości 850 mln USD. W fazie negocjacji są kolejne kontrakty o wartości 900 mln USD. W ubiegłym roku przedsiębiorstwo Szlanty wraz z grupą EVIP przejęło upadającą Stocznię Gdańską.
- Biznes to góra, która nie ma szczytu. Przyjemność należy czerpać z ciągłej wspinaczki, a nie szukać ostatecznego celu, bo go nie ma. Należy natychmiast iść za ciosem i wykorzystać sukces - dodaje Sielicki. W 1995 r. ComputerLand trafił na warszawski parkiet, a rok później został uznany za najlepszą polską spółkę giełdową. W 1999 r. zyskał prestiżowy certyfikat Cisco Gold Partner (mają go tylko dwie polskie firmy), który daje dostęp do światowych rynków. Bartimpex Gudzowatego zainwestował w Niemczech 100 mln DM w budowę gazociągu. Jest to pierwsze przedsięwzięcie realnie uniezależniające nas od rosyjskich dostaw. Infor ma wkrótce wydawać periodyki również za granicą. InterCommerce Skowrońskiego rozpoczął budowę tzw. Nowych Mikołajek - rekreacyjnych osiedli składających się z prawie tysiąca apartamentów. Inwestycja jest warta 100 mln USD. Amica zaczyna walczyć w świecie o uznanie własnej marki. - Zyskaliśmy certyfikat ISO 9001, zaczynamy być obecni na największych imprezach wystawienniczych, w tym w Paryżu i Kolonii - mówi prezes Kaszyński. Telewizja TVN Wejcherta i Waltera coraz bardziej zagraża wszechwładnym do niedawna stacjom publicznym i pozycji Polsatu. Ale i stacja Solorza nie przeszła do defensywy. Niedawno kupił on za kilka milionów dolarów 50 proc. akcji litewskiej telewizji Baltijos. Stocznia Szczecińska ma zamówienia na budowę 35 statków o wartości 1,3 mld USD dla odbiorców z Niemiec, Singapuru, Chile, Grecji, Holandii i Włoch. Zapewni to pracę na najbliższe dwa lata. W trakcie negocjacji są kolejne kontrakty. Stocznia Gdynia jest zainteresowana zakupem dwóch mających problemy finansowe stoczni fińskich, specjalizujących się w bardzo opłacalnej produkcji statków wycieczkowych i promów. Należą one do norwesko-brytyjskiej grupy Kvaerner. Możliwe, że gigant z Gdyni zrealizuje tę transakcję razem z walczącym o to samo konsorcjum z Finlandii. Czy Szczecin i Gdynia będą niedługo konkurowały z azjatyckimi gigantami - stoczniami japońskimi i koreańskimi? 
Okładka tygodnika WPROST: 49/1999
Więcej możesz przeczytać w 49/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0