Czy to warto?

Czy to warto?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Warto przestrzec kandydatów na prezydenta, że nawet w czasie urlopu nie jest to łatwy kawałek chleba. Żadne Mauritiusy. Najlepiej siedzieć w kurnej chacie, żeby potem nie było, że się ma lepiej niż obywatele
Nie jest dobrze opublikować artykuł, za który trzeba przepraszać. Tygodnikowi "Paris Match" udał się jednak wyczyn jeszcze bardziej żenujący: wydrukował artykuł, za który trzeba było przepraszać, zanim pismo ukazało się w kioskach, bo redakcja za późno się zorientowała, że palnęła bzdury, by możliwe było wniesienie poprawek lub wycofanie nakładu ze sprzedaży. Co gorsza, tekst nie dotyczy jakiejś gwiazdeczki czy sfrustrowanej arystokratki, tylko prezydenta Chiraca. "Paris Match" opublikował na początku maja bardzo ciepły reportaż o prezydenckich wakacjach wiosennych, opatrzony m.in. jeszcze cieplejszym zdjęciem przedstawiającym szefa państwa z wnukiem na plaży. Fotograficzna oprawa tekstu - ukazująca Chiraca jako troskliwego dziadka, człowieka "na luzie" i bliskiego zwykłym ludziom - przysporzyła prezydentowi, zdaniem specjalistów, wiele sympatii w oczach opinii publicznej. Do tego stopnia, że - jak twierdzi AFP - zdjęcia te "głęboko zirytowały niektórych bliskich premiera Lionela Jospina, którzy dostrzegli w nich rozpoczęcie kampanii przed przyszłymi wyborami prezydenckimi".
Wybory wprawdzie dopiero za dwa lata, ale jakże trudno - och, jakże trudno! - znieść myśl o tym, że wyborcy w jakimkolwiek momencie mogliby się dowiedzieć, iż nasz potencjalny rywal ma jakieś dobre cechy! Że ma porządek w kolekcji znaczków pocztowych, umiejętnie wiąże krawat, pisze bez kleksów, kocha wnuki... Jeśli rywal jest już na tyle bezczelny, że ma jakieś pozytywne właściwości, to przynajmniej prasa powinna się powstrzymać od bezczelnego pisania na ten temat. Nie należy przesadzać. Już i tak cierpimy, a dręczyć cierpiących jest bardzo nieładnie.
Obserwator potrafiący się wczuć w sytuację emocjonalną "niektórych bliskich premiera Jospina" może zatem co najwyżej z umiarkowanym zdumieniem przyjąć wiadomość o tym, że zamieszczony przez "Paris Match" reportaż o letnich wakacjach Jacques'a Chiraca był utrzymany w innym tonie niż o wiosennych. Prezydent wystąpił tym razem w roli sybaryty, przepuszczającego pieniądze na wyspie Mauritius w towarzystwie żony, która "nigdy się nie targuje o cenę". Uwagę redakcji przyciągnęła także inna kobieta w wakacyjnym życiu szefa państwa - mianowicie jego masażystka. Jej poczynania z cielesną powłoką Chiraca są omówione szczegółowo, a przedstawiona jest jako "kobieta, która widziała prezydenta całkiem nagiego". Nie jesteśmy pewni, czy ten widok jest akurat najmocniejszą stroną dostojnego masowanego - w każdym razie strona z tym reportażem nie okazała się najmocniejszą stroną "Paris Match". W przededniu pojawienia się numeru w kioskach redakcja była zmuszona wydać komunikat, w którym uprzedza czytelników, że artykuł o wyspie Mauritius zawiera "nieścisłości", za które "przeprasza zainteresowanych, a szczególnie prezydenta". Komunikat nie określa treści tych "nieścisłości", ale AFP dowiedziała się ze źródeł zbliżonych do wydawcy pisma o dwóch. Wbrew temu, co napisano w artykule, tym razem w wakacjach Chiraca nie uczestniczył jego wnuk, a para prezydencka nie nabyła "czterech jedwabnych dywanów o wartości 400 tys. franków".
Kiedy już zaczynały nas ogarniać wątpliwości, czy pobyt Chiraca na wyspie Mauritius był aby na pewno naznaczony piętnem licznych grzechów, oświecono nas, że grzechem był w ogóle sam ów pobyt jako taki. Znana dziennikarka Christine Clerc - pisująca zazwyczaj w prasie stołecznej - tym razem zabrała głos w regionalnej gazecie "Le Télégramme". Ogólnie biorąc, zwraca ona prezydentowi uwagę na to, że nie powinien się pławić w dalekim ciepłym morzu, kiedy w Bretanii nie można się kąpać z obawy przed ropą z zatopionego tankowca "Erika". I pyta, czy szefowi państwa nie są znane rajskie okolice Bretanii, które mogłyby mu zastąpić uroki tropików. Co więcej, bez wahania bierze za dobrą monetę rewelacje "Paris Match" i sypie takimi oto perełkami: "Podobno tam, na Mauritiusie, każe pan sobie masować stopy, a my mamy ośrodki talasoterapii, gdzie opatulono by pana algami. (...) Podobno ceni pan sobie egzotyczne koktajle. Czy pan wie, że od najskromniejszego baru z naleśnikami po najznamienitsze restauracje, gdzie w niezrównany sposób przygotowuje się bretońskiego homara i okonia, wszyscy nasi kucharze przeszliby samych siebie, by zadowolić podniebienia pana i pańskiej żony?".
Nawet jeśli optymistycznie założyć, że Christine Clerc tylko żartuje, żarty te nawiązywałyby do całkiem poważnych społecznych postaw. Dlatego warto przestrzec kandydatów na prezydenta, że nawet w czasie urlopu nie jest to łatwy kawałek chleba. Żadne Mauritiusy, Seszele, wyspy Phi Phi czy Kalifornie. Podczas wakacji najlepiej siedzieć w kurnej chacie i dyskretnie zorganizować zanieczyszczenie okolicznych wód i powietrza, żeby potem nie było, że się ma lepiej niż tylu obywateli. We Francji mamy jeszcze dwa lata do wyborów, ale w niektórych krajach na decyzję o wycofaniu się z wyścigu o ten koszmar pozostało już osobom zainteresowanym przede wszystkim wypoczynkiem o wiele mniej czasu.
Więcej możesz przeczytać w 34/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0