KATASTROFA LOTNICZA

KATASTROFA LOTNICZA

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kto jest winien agonii WSK Mielec?
WSK Mielec, a zwłaszcza jej największa część - Zakład Lotniczy - znalazła się na skraju bankructwa. Może to oznaczać jedno: upadek niemal całego polskiego przemysłu lotniczego. Do niedawna wydawało się, że mimo katastrofalnej sytuacji ekonomicznej, w ciągu kilku lat Mielec stanie na nogi. Miała tam być ulokowana produkcja związana z tzw. offsetem przemysłowym, wynikającym z planowanych polskich transakcji lotniczych (zakup około stu samolotów wielozadaniowych dla lotnictwa wojskowego, nowych samolotów pasażerskich dla LOT-u, samolotów dla rządowego pułku specjalnego i dla wojskowego pułku transportowego). Wartość tych transakcji ocenia się na kilka miliardów dolarów. Koncern British Aerospace, który na gwałt szuka u siebie "mocy przerobowych" w związku z produkcją europejskiego supermyśliwca Eurofighter, miał powierzyć Mielcowi montaż finalny swojego słynnego samolotu szkolno-bojowego Hawk 100. Oznaczałoby to miejsca pracy dla 500-1000 osób oraz transfer  najnowocześniejszych technologii. Obecnie WSK Mielec straciła chyba szanse na przejęcie intratnych zamówień. Nieoficjalnie mówi się, że sąd, przy cichej aprobacie Ministerstwa Skarbu, już przygotowuje wniosek o upadłość Zakładu Lotniczego.
O tym, że w Mielcu dzieją się dziwne rzeczy, mówiło się od dawna. Członkowie Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego z Mielca twierdzą, że już w grudniu ubiegłego roku napisali list do wiceministra skarbu Jacka Ambroziaka, informując o nieprawidłowościach w Zakładzie Lotniczym. Ambroziak miał odpisać, że nie będzie ingerował w sprawy, za które odpowiadają rady nadzorcze i zarządy WSK oraz ZL. - Nie udzielam odpowiedzi na pytania związane z Mielcem - mówi dziś Ambroziak.
Mielec jest zaszokowany tym, co się tam ostatnio stało. Ci, którzy wiedzieli coś na ten temat albo siedzą w areszcie, albo udają, że nic nie wiedzą - bo, ich zdaniem, ten, kto wie, to następny do aresztowania. Akcja przeprowadzona przez komandosów w WSK była rzeczywiście spektakularna i funkcjonariusze UOP skutecznie zastraszyli pracowników. Mimo to dyskusje prowadzone są nie tylko na łamach konkurujących z sobą pism lokalnych, ale także na murach i słupach ogłoszeniowych. Kto ile ukradł, kogo następnego zamkną? A "kandydatów" do aresztu jest coraz więcej. W zasadzie częstotliwość wymieniania nazwisk w kontekście afery można przełożyć na popularność członków mieleckiej elity. Nie być na społecznej liście do aresztu ? znaczy nie istnieć w świadomości miasta.
W spółkach holdingu sprawa wywołuje jednak więcej lęku niż ciekawości. Zarządowi i związkom udało się stworzyć bardzo wygodny dla siebie scenariusz. Oto UOP wszedł do fabryki i sparaliżował pracę właśnie wtedy, gdy pojawiły się perspektywy jej rozwoju. Twierdzą oni, że Brytyjczycy przestraszyli się i montażu samolotu Hawk nie będzie. Nie będzie offsetu. Nie będzie pieniędzy, nie będzie produkcji i z winy UOP zakład padnie. Równocześnie pojawia się odrobina nadziei, że skoro znaleziono winnych, to już teraz może być tylko lepiej. Nawet dzisiaj, gdy większość ludzi zwolniono, powszechne jest przekonanie, że WSK nie może upaść.
W sprawy Mielca zaangażowali się związkowcy oraz politycy reprezentujący niemal wszystkie opcje. Pracownicy holdingu uważają jednak, że politycy wykorzystali instrumentalnie WSK, a związkowcy zostali "spacyfikowani" przez poprzedni zarząd. Nikogo więc nie dziwi, że Jan Płatek, związkowiec i członek rady nadzorczej, nie pytał na posiedzeniach rady o tajemniczą firmę z Liechtensteinu Grand Ltd., podejrzewaną o wyprowadzenie z zakładu kilkudziesięciu milionów złotych oraz próbę przejęcia przedsiębiorstwa. Równocześnie to właśnie Płatek miał w imieniu związków (bez ich wiedzy) wyrazić aprobatę dla kandydatury Ryszarda Grochowskiego na nowego prezesa WSK. Mieleckich związkowców udało się "zneutralizować" poprzednikowi Grochowskiego, Wiesławowi Pastule. Bogusław Biernecki, były szef OPZZ w firmie, został na przykład członkiem zarządu. Dziś związkowcy inaczej przedstawiają sytuację: - To "Solidarność" wystąpiła o kontrolę NIK. To my alarmowaliśmy, że w Zakładzie Lotniczym źle się dzieje - mówi Marian Kokoszka z Komisji Zakładowej "Solidarności". Daje do zrozumienia, że jeśli ktoś z zakładowej "Solidarności" jest winny "współpracy z zarządem", to tylko Płatek. Zdaniem Kokoszki, kryzys zakładu widoczny był jak na dłoni już w lutym 1997 r. Posłowie SLD, przede wszystkim Stanisław Janas i Wiesław Ciesielski, robili jednak wszystko - jak twierdzi - aby rzeczywistą kondycję zakładu utrzymać w tajemnicy.
W październiku 1997 r. Komisja Zakładowa NSZZ "Solidarność" oskarżyła zarząd o "wiele błędnych decyzji i zaniedbań oraz fatalne zarządzanie i kierowanie zakładem". Zdaniem związkowców, charakteryzowało się ono m.in. "arogancją, nieudolnością i zakłamaniem. Sformułowano postulat dokonania gruntownych zmian organizacyjnych i personalnych w zarządzie i kadrze kierowniczej". Przerażeni tym, co się stało, działacze mieleckiej "Solidarności" wystosowali list otwarty do premiera Buzka, w którym piszą, że "z niepokojem obserwują szum informacyjny wokół Mielca". Winą obarczają przede wszystkim resorty skarbu państwa oraz gospodarki - każdy z nich ma trzech członków w radzie nadzorczej. "Jak wypełniane były dotychczas obowiązki właścicielskie i nadzorcze?" - pytają. "Pewne nadzieje wiązaliśmy ze zmianą na stanowisku dyrektora generalnego WSK PZL Mielec. Działania pana Ryszarda Grochowskiego, niestety, poza kilkoma apelami do załogi o zachowanie spokoju i cierpliwości oraz tendencyjnym, naszym zdaniem, konkursem na zarządzanie ZL nie spowodowały wymiernych efektów wewnątrz spółki" - informują premiera.
Jeden z szefów mieleckiej "Solidarności" twierdzi, że Marian Krzaklewski obiecał, iż po Pastule prezesem zarządu Mielca będzie Władysław Ortyl, szef Mieleckiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Podobno Krzaklewski przekonywał do tego pomysłu ministra skarbu Emila Wąsacza. Tymczasem niespodziewanie na stanowisko to powołano Ryszarda Grochowskiego. Niespodziewanie, bo sytuacja WSK, a zwłaszcza Zakładu Lotniczego, była fatalna; sprawująca nadzór właścicielski rada nadzorcza WSK jest wszakże za to też odpowiedzialna. Grochowski zaś był jej przewodniczącym. Sam Grochowski o swoim mianowaniu powiada: - Ściągnęli mnie w nocy do Ministerstwa Skarbu. A byłem akurat bezrobotny.
Kim jest Ryszard Grochowski? O swojej drodze zawodowej nie mówi zbyt dużo: - Byłem prostym naprawiaczem w Łabędach i prostym prezesem Huty Stalowa Wola. Jest przekonany, że pomógł obu tym zakładom. - Na pewno Stalowa Wola była w lepszej kondycji, gdy odchodziłem, niż wówczas, gdy przyszedłem - uważa. W 1992 r. prasa informowała o skandalu związanym ze sprzedażą polskich czołgów do Birmy. Pojawiły się podejrzenia o nieformalny przepływ dużych pieniędzy. Grochowski znalazł się w areszcie, wkrótce odszedł z Łabęd. Potem został prezesem zarządu HSW.
Od 22 marca do 15 kwietnia 1993 r. przebywał, pod zarzutem zagarnięcia mienia, w areszcie Prokuratury Rejonowej w Stalowej Woli. O zarzutach dotyczących jego działalności naprawczej nie chce mówić. Nie jest też zdziwiony, że został prezesem, mimo iż był przewodniczącym rady tolerującej praktyki zarządu. - Rada nadzorcza WSK nie ma bezpośredniej możliwości kontroli zarządu ZL. Od wniosku do realizacji minęłyby ze trzy miesiące - mówi pytany o to, czy go nie dziwiły kontrakty z braćmi Gajami, pełnomocnikami Grand Ltd. Kto sprowadził Gajów do Mielca? - Wiem, ale nie powiem. W moim zawodzie im się mniej wie, tym się lepiej śpi - odpowiada Grochowski. Przed aresztowaniem były prezes Mielca Wiesław Pastuła miał opowiadać, że Grand Ltd. poleciła mu znana lotnicza centrala handlowa. Twierdził, że zwrócił się do niej o pomoc w rozwiązaniu problemu z fabryką z Kijowa, która blokowała eksport skytrucków. Nasz informator z prokuratury uważa, że następnym gościem tej instytucji będzie Grochowski. Ten odpowiada z uśmiechem - Naprawdę? Nie sądzę.
Co naprawdę stało się w Mielcu? Według wysokiego urzędnika państwowego, holding stał się miejscem dwóch kampanii. Jedna to wojna między producentami broni a centralami handlowymi. Miała ona swoją kulminację podczas dyskusji sejmowej w poprzedniej kadencji o ustawie o obrocie sprzętem specjalnym. Projekt zakładał, że zgodę na handel bronią mogą mieć tylko podmioty nie będące dłużnikami skarbu państwa. Wykluczało to więc wszystkich producentów. Projekt został odrzucony. Mimo to najpoważniejsi polscy producenci (czyli firmy, przez które przeszedł Grochowski) i tak pozostawali w kontrowersyjnym Polskim Konsorcjum Obronnym. Do tej pory nie zawarło ono żadnych kontraktów, a ponadto sprowokowało walkę na zagranicznych rynkach pomiędzy polskimi centralami oferującymi te same produkty. Druga domniemana wojna ? między UOP a WSI o "pieczę" nad handlem bronią - może być bardziej brzemienna w skutki.
W mieleckim Zakładzie Lotniczym niemal zamarła praca; montuje się tylko kilka samolotów rolniczych Dromader i transportowych skytrucków. Część kierownictwa znajduje się w areszcie. Prawdopodobnie niebawem pojawi się zarzut prowadzenia przez jeden z zagranicznych koncernów zbrojeniowych szpiegostwa przemysłowego. Zadłużenie holdingu wynosi najprawdopodobniej niemal 400 mln zł. Prokuratura zablokowała pracę administracji przedsiębiorstwa. Nie ma przypływu pieniędzy, mielecka WSK znalazła się w fazie agonii.
Więcej możesz przeczytać w 27/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0