GWIŻDŻ NA PRYSZCZ

GWIŻDŻ NA PRYSZCZ

Dodano: 
Dowcip polityczny III Rzeczypospolitej
Markowy dowcip polityczny skończył się w Polsce ze śmiercią Antoniego Słonimskiego i marcową emigracją Żydów polskich - głosi najpopularniejsza z teorii. Nieoczekiwanej reanimacji ta dziedzina twórczości ludowej dostąpiła z początkiem lat 90. za sprawą politycznych "egzotów", którzy w liczbie niespotykanej wcześniej ani później obsiedli prominenckie stołki. Dziennikarz Sławomir Kmiecik poświęcił tematowi żartu politycznego III RP wywiadowczo-antologiczną monografię "Chichot (z) polityka". Książka wydana tego lata jawi się jednak jako praca historyczna. Okazuje się bowiem, że od dobrych kilku sezonów na widok rodzimych polityków naszej publiczności bardziej do płaczu niż do śmiechu.

Lata przełomu uruchomiły w żarcie politycznym zjawiska dotychczas niewidziane. Politycy stracili już wygląd robotów zaprogramowanych na odczytywanie referatów, a nie zdążyli jeszcze zostać bezbarwnymi urzędnikami od mozolnego wdrażania szablonu demokracji. Konspiratorzy i wiecowcy przeniesieni wiatrem historii do ministerialnych gabinetów musieli śmieszyć, jak aktorzy w źle obsadzonej sztuce. Na kilka lat zdystansowali nie tylko kabaretowych rutyniarzy, ale nawet gwiazdy telewizji i filmu. Kiedy okazało się, że większość z nich w polityce najbardziej lubi teatr, żarty przestały dodawać otuchy, a nabrały jadu. Z upływem lat 90. było jeszcze gorzej. Publiczności odechciało się żartów w jakiejkolwiek formie. Leszek Moczulski, zapomniany dziś przedmiot dowcipów, wyraził to następująco: "Patrząc na Polskę, chce się bardziej płakać niż śmiać. Myślę zresztą, że w podobnej sytuacji jest w Polsce wiele milionów Polaków".
W dowcipie politycznym generalnie słabuje inwencja - panoszą się kalki. Stalinowski kawał, w którym "gienij ludstwa" dobrotliwie doradza chłopom spasającym wiosną świeżą trawę, aby pomyśleli o sianie na zimę, został przeadresowany na wicepremiera Balcerowicza. Współczesny dowcip o Ryszardzie Bugaju, cudownym dziecku polityki polskiej, które tyle wie o ekonomii dzisiaj, co wiedziało już w szkole podstawowej, był opowiadany trzydzieści lat temu o Gomułce. Kolejnego wznowienia doczekał się też żart telefoniczny. Tym razem do Leszka Millera dzwoni prezydent Litwy Brazauskas z pretensjami, że Polska na pokaz uznaje niepodległość Litwy, ale dzieci muszą tu wkuwać wierszyk zaczynający się od słów: "Litwo, ojczyzno moja". "Ale ten poeta już nie żyje" - tłumaczy się Miller. "I za to cię lubię!" - odpowiada Brazauskas.
Politycy poważnie zastanawiają się też nad wybujałą karierą dowcipu politycznego w minionym ustroju. "Dlaczego dowcip dawniej tak rozkwitał?" - powtarza za dziennikarzem pytanie Piotr Ikonowicz i sam sobie odpowiada: "Bo była głupia komunistyczna władza i mądre społeczeństwo, które sobie robiło z niej jaja. Natomiast w tej chwili mamy głupią niekomunistyczną władzę i jest dużo trudniej z niej się śmiać, ponieważ sami ją sobie wybieramy". Myśl teoretyczną uzupełnia z własnego doświadczenia Jerzy Jaskiernia: "Opowiadanie dowcipów nie jest już dzisiaj aktem odwagi", czy Janusz Lewandowski: "Dowcip polityczny był wyrazem bezsilności narodu".
Dowcipy z charakterystycznym udziałem polityków wymarły z połową lat 80. W tej epoce śmieszył jeszcze premier Pawlak, którym Japończycy interesowali się ze względu na łudzące podobieństwo do robota najnowszej generacji, a rodzimi chłopi ze względu na jego gospodarską troskę: "Z jednego hektara zbieram 55 kwintali pszenicy!" - pochwalił się jeden z nich. Pawlak przytakuje ze zrozumieniem, po czym pyta: "A z pozostałych hektarów?". Tadeusz Mazowiecki został uwieczniony w dowcipie dzięki charakterystycznemu temperamentowi. "Panie Tadeuszu, jak pan mógł do tego dopuścić?" - rozindyczył się kierownik zoo, w którym były premier miał pilnować terrarium z żółwiami. "Ach, to był moment" - broni się polityk. Na pytanie dziennikarza popołudniówki, co bardziej woli, seks czy Boże Narodzenie, Mazowiecki miał deklarować: "Zasadniczo wolę seks, ale Boże Narodzenie jest częściej".
Osobnym rozdziałem w dziejach humoru polskiego pozostanie Lech Wałęsa. Z ciepłą wybaczającą ironią dopisywano mu puenty znane wcześniej z żartów o Gomułce. Wałęsa cieszył się, gdy dostał w prezencie wieczne pióro: "Wieczne? Będzie dla wnuków". Żonie tłumaczył w zoo, że ptak o długiej szyi to nie gęś, lecz pelikan. "I z tego robi się atrament". Kiedy stewardesa poinformowała: "Panie prezydencie, pod nami Baden-Baden", ten się obruszył: "Słyszę, nie musi pani dwa razy powtarzać". Bardziej kąśliwie dowcipkowano o wykształceniu byłego elektryka. Własnym dzieciom radził nie przejmować się problemami w szkole, pocieszając: "Nauczyciele to tępaki.
Już w szkole nie mogłem się z nimi porozumieć". Obstawał za tym, aby wybory odbywały się wiosną - "od września musiałby pójść do technikum". Te żarciki bledną jednak przy historyjkach autentycznych ze spontanicznym udziałem byłego prezydenta. W czasach etosowych pewna kobieta sforsowała obstawę, oświadczając, że w arcypilnej sprawie musi się skontaktować z charyzmatycznym przywódcą: "Musi mnie pan wysłuchać - zwraca się do Wałęsy. - Jestem wysłanniczką Boga! - To świetnie - ożywia się prezydent.
- Ja też". Większość aktorów sceny politycznej to typy nijakie, które nie zahaczają się w powszechnej pamięci żywszym rysem i dlatego w antologii podpisano pod nimi dowcipy ośmieszające ich partie lub kierunek światopoglądowy. I tak Marian Krzaklewski kumuluje dowcipy o etosie ("E, to się tak musiało skończyć"). W jednym z nich przewodniczący zapewnia na wiecu z emfazą Majakowskiego: "Uwolnię was od bolszewizmu, komunizmu, postkomunizmu! - A ma pan coś na reumatyzm? - pada głos z sali". Pod Piotra Ikonowicza podwiązano rubaszny humor antyklerykalny, którego autorom pomysłów dostarcza fakt, iż ma się księdza za sąsiada. Zawołanie "Oby na msze!" wzmacnia nowa wersja refrenu znanego songu Jana Pietrzaka obowiązująca w dobie Unii Europejskiej i konkordatu: "Żeby polish był katolish!". Marian Piłka z dużą przyjemnością własną kataloguje dowcipy o ZCHN. W jednym z nich Marek Jurek tuż po przekroczeniu bram nieba bierze się za ekskomunikowanie Pana Boga. W innym szef cyrku raportuje Neronowi po kolejnej turze igrzysk: "Lwy zagryzione, chrześcijanie opatrują drobne zadrapania". Natychmiast zostaje skarcony przez cezara za błąd w sztuce: "Mówiłem ci, głupcze, że to mają być chrześcijanie, a nie
zetchaenowcy". Antoni Macierewicz powoli zanika w zbiorowej pamięci, ale nieźle trzyma się w niej lustracja. Ciągle mówi się o nowej serii dobranocek wyłącznie z Lolkiem, ponieważ Bolek został zdemaskowany.
Życie polityczne toczy się zbyt szybko, by komponować żartobliwe fabułki. Dowcip skraca się więc do zabawy nazwiskami. Najsmutniejszy bal? Bal-cerowicz. Popularne są wyliczanki z piaskownicy: "Plusk, plusk, dwóch Kaczyńskich, jeden Tusk", parafrazy popularnych zawołań propagandowych: "Nie matura, lecz bliźnięta zrobią z ciebie prezydenta" i gotowce reklamowe: "Gwiżdż na pryszcz". Przyszłościowa nazwa "kolebki": "Dyskoteka - dawniej Stocznia Gdańska". Rozwinięcie prywatyzacyjnego skrótu PPP: "Przyjdzie Potem Posiedzieć".
Problemy stwarza także bieżące praktykowanie humoru. Klasa polityczna pozostaje solidarna w alergii na kąśliwość tygodnika "Nie" - "brutalne ujadanie", by posłużyć się metaforą Ryszarda Bugaja. Marian Krzaklewski uskarża się, że umieszcza się go w dowcipach drogą spiskową: "Jeżeli na stu zdjęciach, które zostały zrobione w czasie spotkania jestem uśmiechnięty na 95, to te 95 fotografii wrzuca się do kosza albo do archiwum. I dają 5 takich, na których mam jakiś grymas albo groźną minę". Zdarzają się reakcje urazowe. Podobno szczytem aborcji jest usunięcie Jerzego Gwiżdża z BBWR. "Ja w ogóle nie wiem, czy to jest dowcip. To raczej coś w rodzaju pełzającej gąsienicy" - ripostuje dotknięty polityk. Na niedowład poczucia humoru nie uskarża się tymczasem Antoni Macierewicz, który jako przykład celnej satyry przytacza rysunek z prawicowej gazety przedstawiający ministra Wiesława Kaczmarka i podpisany: "Rudy do Budy". Więcej, zdaniem byłego ministra, takie poczucie humoru stale się rozpowszechnia: "Jak pan powie w tramwaju "Rudy do Budy", to każdy będzie wiedział, o co chodzi".
Współczesny dowcip polityczny przybiera najczęściej postać ludowych pohukiwań. Tym milej więc wspomnieć okazy humoru inteligenckiego. Satyryk Janusz Szpot w stanie wskazującym - w relacji Zbigniewa Bujaka - spytał kiedyś działaczkę KOR, wiekową Anielę Steinsbergową, "czy to prawda, że była ostatnią kochanką Traugutta". "No jednak jesteś miły. Mogłeś przecież powiedzieć, że Kościuszki" - odpowiedziała dama. Podczas następnego spotkania, w stanie wojennym, Szpotański zrewanżował się: "Anielu, czego ja się dowiaduję? Podobno byłaś nie tylko ostatnią kochanką Traugutta, ale także pierwszą kochanką Bujaka". Świętej pamięci Piotr Skrzynecki w latach 80. po odśpiewaniu dekretu o stanie wojennym przez wykonawców Piwnicy miał zwyczaj podawać: "Stan PRON-u na Wiśle: w Krakowie siedmiu, ubyło dwóch". Nowszych polityków arcydzielnie spuentował mistrz Przybora: "Strąk, jęk, Pęk, brzęk".

Okładka tygodnika WPROST: 30/1998
Więcej możesz przeczytać w 30/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0