SZEF USKRZYDLONY

SZEF USKRZYDLONY

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dyrektor przyjeżdżający do pracy rowerem przestaje być ekscentrykiem.
- W Polsce samochód ciągle jest oznaką statusu społecznego. Panuje bardzo dziwne przekonanie, że dyrektor musi mieć służbową gablotę z szoferem, a ten szofer - czapkę z daszkiem. Ktoś, kto przyjeżdża do pracy rowerem, na rolkach lub przychodzi piechotą, mimo że stać go na drogi samochód, to ekscentryk, wariat. A rower uskrzydla - przekonuje Lejb Vogelman, prezes firmy prawniczej Hunton & Williams. - Rower daje wolność, której nigdy nie da samochód. A że czasami przyjeżdżam do pracy zmęczony lub przepocony? Jeśli szykuje mi się dłuższa trasa albo jakieś spotkanie, po prostu biorę z sobą zapasową koszulkę - mówi Michał Bobrowski, dyrektor kreatywny agencji reklamowej Leo Burnett.

- Jazda rowerem do pracy to rewelacja! Przede wszystkim omijam korki, więc dojazd do firmy zajmuje mi kwadrans, a nie 40 minut. W Danii, skąd pochodzę, rowerem dojeżdża do pracy nawet premier. W centrum miasta trudno jest tam zaparkować samochód. Rower staje się więc dla Duńczyka "dobrowolną i przyjemną koniecznością" - przekonuje Michael A. Czartoryski, szef rowerowej firmy kurierskiej X-press Bikers.
- Rowerowe wycieczki są nieporównywalne z nudnymi wizytami w siłowni. A poza tym czy jest lepszy sposób na poznanie miasta, w którym się żyje? - pyta André Calantzopoulos, prezes zarządu koncernu Philip Morris w Polsce. Dojazd rowerem do pracy zajmuje mu 20 minut. W firmie bierze prysznic i przebiera się w garnitur, a rower zostawia w garażu. W weekendy wybiera trasy dłuższe i spokojniejsze; przekonuje, że warto samochodem wywieźć rower za miasto, by potem pojeździć nim po lesie. Przykład z szefa biorą coraz częściej jego współpracownicy.
Od kilkunastu lat z rowerem nie rozstaje się szef innej dużej firmy, Wiesław Uchański z wydawnictwa Iskry. Oblicza, że zdołał już objechać równik: codziennie, niezależnie od pogody, przejeżdża kilkanaście kilometrów. W firmie bierze prysznic i przebiera się z dresów w garnitur.
- Znajomi śmieją się, że za mną jedzie kierowca i wiezie teczkę z dokumentami. Zaczęli doradzać, bym zainstalował sobie zestaw głośno mówiący, bo telefon komórkowy wożę w torbie na ramie - mówi. Przekonuje, że kilkunastokilometrową trasę jest w stanie pokonać nawet rowerowy debiutant, ale najtrudniejszą decyzją jest rezygnacja z samochodu. - To nieprawda, że każdego dnia zaraz po przebudzeniu z dziką radością wskakuję na siodełko. Jazda rowerem do pracy to codzienna walka z samym sobą. Często szukam wymówki: sprawdzam, czy nie jest za zimno, za gorąco, za mokro. Rower jest dla mnie jedyną szansą na utrzymanie kondycji. Nie oszukujmy się: wizyty w siłowni ograniczają się najczęściej do pogawędek w saunie ze znajomymi. Jazda rowerem to również idealne lekarstwo na choroby duszy. Tyle że w wypadku poważnego zmartwienia trzeba przejechać przynajmniej sto kilometrów - uśmiecha się szef Iskier.
Rowery nie zanieczyszczają środowiska, są tańsze i modniejsze niż najdroższe auta; pozwalają uniknąć korków i dają poczucie swobody. Ale nawet największy entuzjasta musi czasami z nich zrezygnować: służbowy grafik spotkań staje się tak napięty, że brakuje czasu nawet na szukanie rowerowych stojaków.
- Minister dojeżdża rowerem jedynie na późnowieczorne wywiady w radiu albo telewizji, tempo życia zmusza go do korzystania w ciągu dnia ze służbowego samochodu. Bardzo tęskni jednak za rowerem i każdy weekend przeznacza na rodzinne rowerowe wycieczki - zapewnia rzecznik ministra obrony narodowej Janusza Onyszkiewicza, najbardziej znanego polityka jeżdżącego na rowerze (podczas tworzenia rządu w ten sposób przyjeżdżał na koalicyjne spotkania).
- Chętnie przyjeżdżałbym codziennie do pracy w ten sposób, ale nie zawsze pozwala mi nawał służbowych obowiązków. Co najmniej raz w tygodniu, bez względu na pogodę, pedałuję jednak ponad trzydzieści kilometrów.
Czuję się młodszy, zdrowszy. I tylko żałuję, że w Polsce długo nie zobaczę tego, co ostatnio widziałem w Sztokholmie: tam jadący na rowerze człowiek w garniturze i białej koszuli nikogo nie dziwi - mówi Wiesław Sałdan, dyrektor ds. technicznych w Canal Plus. Każdego ranka Michał Bobrowski z Leo Burnett zdejmuje ze ściany ukochanego scotta (rower wisi nad biurkiem), znosi go z trzeciego piętra, nakłada słuchawki od walkmana i pedałuje do agencji reklamowej. - Na samochód decyduję się tylko w wyjątkowych sytuacjach. Czasem wsiadam na rower, mimo że na ulicach są kałuże. Nie mam błotników, uważam je za hańbiące dla "górala", po przyjeździe mam więc zachlapane spodnie. Na szczęście w moim zawodzie liczy się to, co ma się w głowie, a nie brudne nogawki i siedzenie. Jeśli jesteś kreatywny, masz dobre pomysły, możesz przyjść do pracy nawet nago albo z fioletowymi włosami i nikt się nie zdziwi. Jeśli do studia komputerowego przyjeżdżasz na rowerze albo na rolkach, to znaczy że jesteś cool, żyjesz pełniej, intensywniej - przekonuje.
- W pewnym momencie człowiek zaczyna zauważać, że w życiu pędzi z krzesła na krzesło - mówi Zbigniew Wróbel, wiceprezes ds. rozwoju korporacji PepsiCo na Europę Środkową. Trzy
lata temu jako jeden z pierwszych skoczył na bungee.
- Mam żywą naturę, potrzebuję czegoś, co mnie napędza. Raz na jakiś czas po prostu muszę zrobić coś niewyobrażalnie głupiego: na bungee skakałem już sześć razy.
Pasje Wróbla to rower, żagle i nurkowanie. Pięć lat temu założył na nogi rolki i choć na początku nie wyobrażał sobie siebie skaczącego przez ławki, wciągnęło go to. Od tego czasu wozi w samochodzie rolki, ochraniacze, ręcznik i koszulkę.
- Zdobyłem dwie ważne umiejętności: chwilowej dekoncentracji i dwudziestominutowej drzemki. Kiedy czuję, zwłaszcza w drugiej połowie dnia, że problemy się spiętrzają i zaczynają mnie przerastać, jadę nad Wisłę i ucinam sobie w samochodzie drzemkę. Albo zdejmuję marynarkę, krawat i przez pół godziny jeżdżę na rolkach. To pozwala mi odpocząć i nabrać dystansu. Podobnie postępuję przed czekającym mnie długim "intelektualnym" spotkaniem. Rolki dają mi krótką chwilę na refleksję. To lepsze niż dziesiąta kawa.
Plagą rowerzystów są złodzieje. Uchański przestał już liczyć rowery, które mu ukradziono - może było ich pięć, a może sześć? Bobrowskiemu sprzętu jeszcze nigdy nie ukradli, ale chyba tylko dlatego, że na spotkania przychodzi z siodełkiem w ręku, a stolik wybiera tak, by cały czas mieć rower na oku. Vogelmanowi ostatni rower skradziono razem z wyciętym kawałkiem drucianej siatki, do której był przymocowany. Vogelman przyznaje więc, że rowerowe wycieczki po mieście woli zamienić na szybki spacer. Nawet warszawskie mieszkanie wybierał tak, by do pracy chodzić piechotą przez Łazienki. - Wolę jeździć rowerem po czystej plaży albo pięknych Mazurach. Jazda przez miasto jest niebezpieczna głównie z powodu agresji polskich kierowców - mówi. Calantzopoulos żartuje, że polski rowerzysta powinien zadbać przede wszystkim o kilka dobrych polis ubezpieczeniowych: jazda po mieście, w którym kierowcy zachowują się jakby chcieli cię przejechać, staje się rajdem naprawdę ryzykownym. - Brakuje ścieżek i nawet tak prostej rzeczy jak stojaki przed sklepami i biurami - wylicza Bobrowski. - Na rowerzystę trąbią kierowcy, krzyczą przechodnie, gdy zdarzy mu się przejechać kawałek po chodniku. A kiedy wejdzie z rowerem do jakiejś firmy, zostanie wyrzucony: rower brudzi dywany, zawsze o coś zahaczy i na pewno coś popsuje.
- Kierowcy nie traktują roweru jako pełnoprawnego środka lokomocji. Jeśli Polak ma samochód - czuje się księciem, jeśli ma duży samochód - czuje się królem. Lekceważy rowerzystów i staje się dla nich prawdziwym zagrożeniem. Ale to się z czasem zmieni: powstaną rowerowe ścieżki, a Polacy pokochają rower i staną się ostrożniejszymi kierowcami - przewiduje Czartoryski.

Więcej możesz przeczytać w 30/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0