Rachunki krzywd

Rachunki krzywd

Dodano: 
W demokracji pozew powinien być podstawowym sposobem walki o prawa obywatelskie
Lekarze wyzwali rząd na pojedynek - po manifestacjach, głodówkach i strajkach przyszła kolej na szlachetną szermierkę na paragrafy. Pozwy już płyną do sądów, a gra toczy się o niebagatelną kwotę - niemal 1,5 mld zł. To suma nie wypłaconych lekarzom wynagrodzeń za pracę w godzinach nadliczbowych. Niezależnie od tego, kto zwycięży w tym pojedynku, po jego zakończeniu III RP będzie trochę bliższa "demokratycznemu państwu prawnemu", którym - zgodnie z artykułem drugim naszej ustawy zasadniczej - już być powinna. Paradoksalnie, przyczynia się do tego każda - nawet nieuzasadniona - skarga wniesiona do sądu. Również pozew kontrowersyjnego prawnika-amatora Józefa Gawędy przeciwko Lechowi Wałęsie o obiecywane przez niego podczas kampanii wyborczej 100 mln zł dla każdego. To pozew powinien być podstawowym sposobem walki o prawa obywatelskie w demokratycznym państwie.

W maju tego roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że dyżury lekarskie powinny być doliczane do czasu pracy, a zatem wynagrodzenie za nie powinno być liczone tak, jak za godziny nadliczbowe. Tym samym okazało się, że rządowe rozporządzenie z 1974 r., zgodnie z którym przysługiwało odrębne wynagrodzenie za dyżury, jest niezgodne z prawem. Stawki za godziny nadliczbowe są dla lekarzy wyjątkowo korzystne: za dwie pierwsze godziny otrzymują 50 proc. normalnej stawki, zaś za każdą następną - 100 proc. Lekarze oszacowali więc poniesione w ostatnich trzech latach straty (na dochodzenie takich roszczeń pozwala kodeks cywilny). Zdaniem Krzysztofa Bukiela, przewodniczącego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, przeciętnie na medyka przypada po 15 tys. zł nie wypłaconych wynagrodzeń, a w wyjątkowych wypadkach kwota ta może sięgać nawet 50 tys. zł. - Wypłacenie takich pieniędzy lekarzom uderzy w inne grupy społeczne - przestrzega wicepremier Leszek Balcerowicz. Związek Zawodowy Lekarzy zapowiada jednak akcję kierowania spraw do sądów. W przeszłości z tego narzędzia korzystali prokuratorzy, których wynagrodzenia waloryzowano wolniej niż przewidywała ustawa. Tymczasem Adam Jankiewicz, rzecznik Trybunału Konstytucyjnego, zaczął studzić nadzieje lekarzy na łatwy sukces przed obliczem wymiaru sprawiedliwości. - Orzeczenia trybunału nie wywołują skutków "wstecz", lecz wyłącznie "na przyszłość" - stwierdził. Przepisy rozporządzenia muszą być zastąpione dobrym prawem, zgodnym z konstytucją. W tej sytuacji na sukces w sądzie mogą liczyć wyłącznie lekarze, którzy wcześniej wnieśli pozwy o dodatkową zapłatę za dyżury, czyli - według wnioskodawców, a teraz także TK - za pracę w godzinach nadliczbowych. Takie sprawy były rozpoznawane m.in. przez Sąd Okręgowy w Opolu i Sąd Rejonowy w Starogardzie Gdańskim. To w tych sądach sformułowano pytania prawne o zgodność z konstytucją rozporządzenia z 1974 r. Obecnie, po wydaniu orzeczenia przez TK, sądy te będą musiały wznowić postępowania.


Przez rok indywidualną skargę konstytucyjną wniosło 1107 osób

Związek Zawodowy Lekarzy nie zraził się jednak niekorzystną dla siebie wykładnią prawa. Medycy powołują się bowiem także na art. 77 konstytucji: "Każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej". Niezależnie od tego, kto w tym sporze na paragrafy ma rację, zakwestionowane przepisy znikną z polskiego systemu prawnego. Rząd zapowiedział bowiem ich uchylenie. Poinformował także, że rozpocznie negocjacje ze środowiskiem lekarskim, aby rozwiązać konflikt wokół dyżurów. Skuteczna może się okazać również akcja zapowiedziana ostatnio przez Polską Unię Właścicieli Nieruchomości. Wezwała ona bowiem tych, którym władze PRL zabrały po wojnie mienie, aby przyłączyli się do zbiorowego pozwu obywateli pochodzenia żydowskiego przeciwko polskiemu rządowi. Kilkadziesiąt tysięcy byłych właścicieli i ich spadkobierców - członków PUWN - może występować w sprawie prowadzonej przez nowojorską kancelarię prawniczą Mela Urbacha. Głośno zaczęto o niej mówić, gdy rozpoczęły się negocjacje ze szwajcarskimi bankami, które podczas II wojny światowej przejęły konta Żydów, a także po podjęciu rozmów z przedstawicielami niemieckiego przemysłu na temat odszkodowań za pracę niewolniczą. Mirosław Szypowski, prezydent PUWN, polemizuje z krytykami, określającymi akcję amerykańskiego adwokata za zbyt radykalną i nieco dwuznaczną: "Tylko radykalne naciski mogą skłonić polskie władze do zadośćuczynienia byłym właścicielom". Istotnie, tuż po złożeniu pozwów w nowojorskim sądzie rząd podjął decyzję o skierowaniu projektu ustawy reprywatyzacyjnej na posiedzenie Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów. Wcześniej przez rok nic się w tej sprawie nie działo. Skalę problemu pokazuje liczba wniosków: dotychczas poszkodowani złożyli 170 tys. pism, domagając się zwrotu bezprawnie zabranego mienia. Jednocześnie do Naczelnego Sądu Administracyjnego skierowano w latach 1996-1998 niemal 600 skarg w sprawie zwrotu nielegalnie przejętego majątku. Premier Jerzy Buzek zapowiada obecnie: "Wszystko załatwi przygotowywana właśnie ustawa reprywatyzacyjna". Stan zawieszenia mamy również w kwestii uchwał rad miejskich wprowadzających opłaty za parkowanie. W grudniu 1998 r. Naczelny Sąd Administracyjny, rozpatrujący skargę Zbigniewa Godeckiego, uznał, że dwie uchwały Rady Miasta Gdańska podjęte w tych sprawach są niezgodne z prawem. Decyzje tego rodzaju może podejmować tylko wojewoda - stwierdził sąd. Mandaty karne wkładane za szyby samochodów przez strażników municypalnych trafiają więc do kosza na śmieci. Władze Gdańska nie dają jednak za wygraną - nie zmieniły uchwał, a na dodatek wystąpiły z wnioskiem do ministra sprawiedliwości o wniesienie rewizji nadzwyczajnej do Sądu Najwyższego. Orzeczenie NSA jest jednak prawomocne. Z pewnością identyczne rozstrzygnięcia wydano by w podobnych sprawach w innych miastach (także w Warszawie), gdzie opłaty za parkowanie pobierane są na równie "mocnych" podstawach prawnych. Dziwić zatem może opieszałość kierowców. Inaczej postąpili górnicy: zamiast okupowania gmachu Ministerstwa Gospodarki, demonstracji ulicznych i starć z policją, 11 górniczych central związkowych wybrało rozwiązanie pokojowe - skargę konstytucyjną. Dotyczy ona ustawy o restrukturyzacji. Zapisano w niej, że płace w branży mogą wzrosnąć tylko o sumę równą wskaźnikowi inflacji. Czy względy ekonomiczne i zamiar uczynienia polskiego górnictwa rentowną gałęzią gospodarki uzasadniają takie właśnie - bardzo kontrowersyjne - postanowienie? Na to pytanie będzie musiał teraz odpowiedzieć Trybunał Konstytucyjny. Górnicy mają spore szanse na wygranie sprawy. Wskazuje na to niedawne orzeczenie TK, w którym za niezgodny z konstytucją uznano zakaz dorabiania sobie po godzinach "na taksówce". Ustawa o warunkach wykonywania przewozów dotknęła tysiące osób i ostatecznie została zaskarżona przez rzecznika praw obywatelskich. Trybunał podzielił jego argumenty: "Wolność pracy i gospodarowania można ograniczyć tylko ze względu na ważny interes społeczny". Opierając się na podobnym rozumowaniu, spore szanse na odniesienie zwycięstwa przed trybunałem mieliby rzemieślnicy, którzy nie mają prawa do jednorazowego odszkodowania z tytułu wypadku przy pracy. Na pewno wniesienie tego rodzaju sprawy przyspieszyłoby prace nad projektem nowej ustawy mającej zapewnić "prywatnej inicjatywie" dodatkowe uprawnienia. Jesienią tego roku miną dwa lata od wejścia w życie nowej konstytucji. Wszystkie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego staną się wówczas ostateczne - Sejm nie będzie mógł ich odrzucać. Rada Ministrów jest z kolei zobowiązana do dokonania przeglądu całości aktów wykonawczych pod względem ich zgodności z ustawą zasadniczą. Systematycznie zwiększa się także katalog środków prawnych, z których mogą korzystać obywatele. Indywidualną skargę konstytucyjną przez rok, czyli od czasu pojawienia się w naszym systemie prawnym takiej możliwości, wniosło 1107 osób. Polscy obywatele chętnie odwołują się także do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Niedawno zapadło tam precedensowe orzeczenie: sędziowie trybunału stwierdzili, że siedem lat to stanowczo za dużo, aby rozpoznać nawet najbardziej zawikłaną sprawę. Polska musi teraz zapłacić Januszowi Podbielskiemu 20 tys. zł za szkody moralne, jakie poniósł w trakcie zbyt długich procesów przed sądami wojewódzkim, apelacyjnym i najwyższym. Wyrok ten może zachęcić innych obywateli III RP, których sprawy ciągną się latami, do złożenia skargi na Polskę. Niebawem niezadowoleni z prawa mieszkańcy naszego kraju będą mogli także przedłożyć własne projekty ustaw - już nawet piętnastoosobowe komitety, jeśli uzyskają poparcie tysiąca osób. Marszałek Sejmu może odrzucić projekt z przyczyn formalnych, ale wówczas istnieje możliwość odwołania się do Sądu Najwyższego. Jeśli wniosek zostanie przyjęty, komitet otrzyma trzy miesiące na akcję promocyjną i zebranie łącznie 100 tys. podpisów. Od kilku lat Polacy przechodzą szybki kurs uczenia się przysługujących im praw, niemniej jednak wiele umiejętności muszą dopiero zdobyć. Być może wtedy zdecydowana większość konfliktów społecznych w naszym kraju nie będzie rozwiązywana poprzez blokady dróg, manifestacje, okupacje i głodówki, lecz przed sądami i trybunałami. Po to przecież w demokratycznych państwach powołano trzecią władzę.

Okładka tygodnika WPROST: 30/1999
Więcej możesz przeczytać w 30/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0