MISTRZOWIE ZAKRĘTÓW

MISTRZOWIE ZAKRĘTÓW

Józef Piłsudski i Roman Dmowski, Charles de Gaulle i Konrad Adenauer - to o nich się mówi "mężowie stanu". Jakie cechy wyróżniają wybijających się ponad przeciętność polityków? Czy w dzisiejszej Polsce są mężowie stanu? Po Krzysztofie Czabańskim, Stefanie Bratkowskim i Marcinie Królu wypowiada się na ten temat Jerzy Surdykowski.
Kim jest mąż stanu?
Jaki powinien być? I czy są tacy na dzisiejszej polskiej scenie politycznej, a raczej na ringu amatorskiej bijatyki? Bo dlaczego do takich postaci tęsknimy, wyjaśnia Marcin Król w poprzednim numerze "Wprost", pisząc o ludzkiej potrzebie znalezienia oparcia w "ojcu narodu", kimś silniejszym, obdarzonym tak wielkim autorytetem, by powierzyć mu tę cząstkę swojej wolności, z którą sami nie umiemy dać sobie rady. Wyrażała to już nieraz polska ulica, choćby pisząc swego czasu na murach pod adresem aspirującego do powyższej roli generała: "Aby Polska w siłę rosła, trzeba wodza, a nie osła!".

Rybaku, czy ty naprawdę tego chcesz? "Komputerowy słownik języka polskiego" PWN podaje krótko: "Mąż stanu - wybitny polityk, dyplomata". Po warszawskich ulicach chodzi więc co najmniej kilkunastu mężów stanu, kilku znalazłoby się wśród obecnych i byłych ambasadorów, a spośród pięciu szefów MSZ w wolnej Polsce na pewno tytuł ten należy się trzem. Nie tędy więc droga. Skoro odwołaliśmy się do mądrości potocznej, pozostańmy na chwilę na tej ścieżce: kto w dwudziestowiecznej Polsce jest uważany za męża stanu? Bez wątpienia Józef Piłsudski. A prócz niego? Może Ignacy Paderewski, ale nie jako premier, lecz orędownik wykorzystujący swą pozycję artystyczną do mobilizowania światowej opinii publicznej na rzecz Polski. Ale jakże blednie postać wielkiego pianisty-polityka przy zwalistej postaci marszałka... Bledną postaci takich nie spełnionych przywódców, jak Wincenty Witos czy Roman Dmowski, blednie osoba Władysława Sikorskiego, który pewnie byłby kimś więcej niż tylko wodzem wojennym, gdyby nie zamach na Gibraltarze. A po wojnie? Jedynie Stefan kardynał Wyszyński, wielka postać polityczna, twardy katolik przedsoborowy, ale dobrze wiedzący, o co w Polsce chodzi, bo niepodległość dusz musiała wcześniej czy później zaowocować niepodległą ojczyzną. Ale już na pewno nie Władysław Gomułka, nie pojmujący własnej wielkości w październiku 1956 r., a potem ciasny dogmatyk zdychającego komunizmu, skalany w grudniu 1970 r. robotniczą krwią. A Lech Wałęsa? Ten wielki przywódca narodowy, lecz gorszy prezydent, obecnie lider rankingów niepopularności, sam zmarnował swą szansę. Pozostanie jedną z wielkich postaci Polski i świata, nie straci miejsca w encyklopediach, lecz nie zajmie w pamięci Polaków miejsca obok marszałka.
A w świecie? Kto wymieniany jest zwykle wśród mężów stanu? Wielcy Europejczycy, jak Charles de Gaulle czy Konrad Adenauer. W Wielkiej Brytanii Winston Churchill i potem w jakimś stopniu Margaret Thather. W USA Franklin D. Roosevelt, choć ta postać naiwną ustępliwością wobec Sowietów zaszkodziła Ameryce i wolnemu światu. Potem John F. Kennedy, choć przecież dla Ameryki więcej zrobił niepozorny Truman, ale za to Kennedy był młody, pięknie się uśmiechał, żył w czasach ideowego fermentu i przemiany pokoleń. Gdyby nie zamach w Dallas, pewnie wyszłyby na światło dzienne jego romanse jeszcze bardziej gorszące niż te Clintona, a lekkomyślne wplątanie Ameryki w awanturę wietnamską, z której długo nie mogli się wyplątać następcy, obciążałoby jego właśnie konto. A nasz marszałek? Jakże się i on mylił... Czy gdyby żył dłużej, podołałby groźbie wojny na dwa fronty, czy odszedłby w równej niesławie jak jego pogrobowcy?
Przykłady można mnożyć. Ustalmy więc, że mąż stanu to nie tylko wybitny polityk (bo darujmy sobie "dyplomatę"), ale nade wszystko wielki przywódca, postać potrafiąca wskazać nowe horyzonty i przeprowadzić naród lub grupę państw przez historyczne zakręty. A także mająca trochę szczęścia: szacowną posturę, dyskretnych współpracowników, utalentowanych biografów, wybaczającego małżonka. No i postać, która nieraz powinna umrzeć w porę. Ale najważniejsze: musi trafić na swój czas, historyczny zakręt. Przy nieco innych układach politycznych Piłsudski mógł pozostać tylko jednym z usuniętych z wojska dowódców, Churchill - sfrustrowanym politykiem prowincjonalnym, itd. itd.... Marząc o mężu stanu na rok 2000, zastanówmy się, czy chcemy na ten rok kolejnego historycznego zakrętu, który by Polska musiała pokonać? Innymi słowy, jak powiedziała złota rybka w pewnej dość nieprzyzwoitej wersji znanej bajeczki: "Rybaku, czy ty naprawdę tego chcesz?".

Demokracja nie lubi mężów stanu - powiada Marcin Król i po stokroć ma rację, choć o wiele wcześniej napisał to Alexis de Tocqueville, który co najmniej 120 lat przed ukształtowaniem się dzisiejszej "demokracji telewizyjnej" pokazywał, jak w wolnych wyborach wygrywa najczęściej nie polityk wybitny, ale średni, nijaki, podobny do swoich przeciętnych wyborców, umiejący się wszystkim przypodobać. Jak słusznie powiada Krzysztof Czabański - mąż stanu to polityk umiejący mówić swojemu narodowi "nie!". Jak się domagać, byśmy na takiego głosowali? Wyborca chce usłyszeć od kandydata, że jest dobrze i będzie jeszcze lepiej, a nie wezwanie do zaciśnięcia pasa; chce, by mu obiecano sielankę, a nie - jak to uczynił Churchill - "krew, pot i łzy". To jest zasadnicza i nieusuwalna słabość demokracji w porównaniu z ustrojami despotycznymi, w których król, dyktator albo pierwszy sekretarz nie musi dbać o wyborczy werdykt i może spokojnie rozwijać własne koncepcje poprawy doli ludu. Na ogół wbrew jego woli. Stąd marzenie o dobrotliwym, choć surowym "ojcu narodu", potrafiącym przepędzić sprzedajnych polityków, wziąć kogo trzeba za mordę i zaprowadzić od dawna pożądaną sprawiedliwość. Niestety, takich mężów stanu demokracja rodzi tylko w chwilach najwyższego zagrożenia. W dzisiejszej "demokracji telewizyjnej" - gdzie wygrywa nie ten, kto ma lepsze koncepcje, ale ten, kto się lepiej uśmiecha i ma ładniejszą żonę - mężowie stanu w ogóle nie mają szans.
Moi przedmówcy zżymają się na miałkość dzisiejszych polityków polskich, na to, że zdobywa się prezydenturę, tańcząc disco polo, że telewizyjne przymilności Kwaśniewskiego i Krzaklewskiego niewiele się różnią. A co niby dzieje się na świecie? Spójrzmy na takie produkty "demokracji telewizyjnej", jak Bill Clinton w USA, Tony Blair w Anglii, jak szykujący się do wyborów przywódcy niemieccy. Narzekamy, że upodobniły się do siebie programy AWS, UW i SLD, a różni je jedynie stosunek do lustracji i dekomunizacji. A co niby różni programy ścierających się z sobą w wyborach partii w innych krajach? Wyborca nie chce, by proponowano mu cokolwiek kontrowersyjnego. Zapewne nie chce, by w ogóle zmuszano go do myślenia. Skoro po upadku komunizmu "wracamy do Europy", to dobrze wiedzieliśmy, jak ona realnie wygląda i dziś reklamacji nie przyjmuje się. Wyciągnęli z tego jedyny możliwy wniosek pragmatyczni jak zawsze Czesi, konstruując po ostatnich wyborach polityczną wańkę-wstańkę, gdzie prawica z lewicą dzielą się władzą tak dokładnie, że przyszły wyborca może tylko odwrócić układ, wymieniając premiera na marszałka parlamentu i odwrotnie. Oto kwintesencja demokracji dzisiejszej, od dawna funkcjonująca na - jak to się u nas zawsze powiadało - "wysoko rozwiniętym Zachodzie".
Wszystkie drogi prowadzą do polskiego piekła. Porzućmy więc marzenie o wielkim mężu stanu objawionym u progu XXI w. Pomyślmy raczej o tym, jak sprawić, by rządzili nami zwyczajni politycy, choć trochę mądrzejsi, sprawniejsi, przyzwoitsi i mniej zacietrzewieni niż politycy dzisiejsi. Dlaczego jest tak źle, skoro od dziewięciu lat jesteśmy "we własnym domu", skoro wprowadziliśmy do polskiej praktyki wypracowane gdzie indziej procedury demokratyczne, skoro to, co u progu niepodległości wydawało się naszym najstraszniejszym obciążeniem - gospodarka - funkcjonuje nadzwyczaj sprawnie?
Pierwsza przyczyna jest najzupełniej oczywista. Komunizm na dłuższy czas przerwał rozwój elit. Jako tako normalnymi postaciami politycznymi, obeznanymi z funkcjonowaniem dzisiejszego świata i jego instytucjami, dysponują tylko postkomuniści i dawna opozycja demokratyczna o KOR-owskim i zbliżonym rodowodzie, która potrafiła już w latach siedemdziesiątych jakoś się organizować, wyjeżdżała za granicę, nawiązywała kontakty i nabywała wiedzy o świecie. Dalej na prawo - jeśli są nawet i obiecujące postaci - potencjał frustracji i ideologicznego zacietrzewienia wciąż, niestety, przewyższa potencjał wiedzy i obycia.
Druga przyczyna jest bardziej bolesna. Otóż wielką część winy za marny kształt dzisiejszej sceny politycznej w Polsce ponosi osobiście Lech Wałęsa, ten niekwestionowany przywódca w dniach odzyskiwania niepodległości. W stosunku do innych postaci tej sceny był jednak mały i zawistny. Zamiast przyjąć wielką historyczną rolę ojca chrzestnego rodzącej się polskiej demokracji, gwaranta kierunku przemian, rozpętał absurdalną "wojnę na górze", do prezydentury szedł po politycznych trupach, odsunął od siebie wszystkich samodzielnie myślących, pozostawiając miernoty, które można co pewien czas bezkarnie tasować jako użyteczne "zderzaki". Dlatego na polskiej scenie politycznej także dziś mamy jednego sprytnego szalbierza (tym razem lewicowego) i dających mu się ogrywać amatorów. Gdyby Wielkiemu Elektrykowi nieobcy był umiar i cnota pokory, może Tadeusz Mazowiecki byłby polskim von Weizsäckerem, a może pierwszym prezydentem III Rzeczypospolitej byłby Zbigniew Brzeziński - wielki nie spełniony kandydat na męża stanu w swej ojczyźnie. Może... Zły to przywódca, gdy po swym odejściu pozostawia nie tyle pustynię, ile nisko przycięte (by mu ktoś nie "wyskoczył") karczowisko.
Trzecia przyczyna jest może najważniejsza, choć najbardziej mglista. Mówi się o cenie za rewolucję, którą jest krew. Tej ceny uniknęliśmy. Ale jest też cena za ewolucję: cena kompromisu, z natury zgniłego, nikogo nie satysfakcjonującego, dla wielu frustrującego. Niepodległość przyniósł Polsce w 1989 r. nie wielki zryw na podobieństwo sierpniowej "Solidarności" w 1980 r., ale umowa elit. W "Polsce jaruzelskiej", zwłaszcza pod jej koniec, nie było zbyt tłoczno w ówczesnym podziemiu, w społeczeństwie panowało zniechęcenie. I oto w tej sytuacji nagle i niespodziewanie - po jakichś tajnych siuchtach - przyniesiona zostaje ludziom wolność. Bez ich udziału. Czy dziwić się pojmowaniu nowej Rzeczypospolitej jako kolejnej zmowy "onych", odwróceniu się połowy społeczeństwa od demokracji, a więc od udziału w wyborach jakichkolwiek?
Polska demokracja jest chora od samego początku, ale innego wyboru jak demokracja nie mamy. Powinno to jednak być przedmiotem stałej troski elit .
A - niestety - nie jest. Politycy i kandydaci na polityków zachowują się tak, jakbyśmy od dawna żyli w Ameryce.

I na koniec coś pocieszającego. Po wielkim zakręcie upadku komunizmu, przez który przeprowadził nas Lech Wałęsa, największym wyzwaniem dla Polski była odbudowa gospodarki. Ona właśnie wymagała działań bolesnych. I dlatego za jedynego męża stanu w III Rzeczypospolitej uważam Leszka Balcerowicza. On jeden potrafił mówić nam "nie!". Ale nie niszczył ludzi, nie podcinał skrzydeł. Może nie spełnia wszystkich wymagań stawianych wielkim postaciom, ale też zapewne w czasach względnie spokojnych mężem stanu się nie jest - nim się najwyżej od czasu do czasu bywa. Tak jak przez kilka miesięcy był mężem stanu gen. Wojciech Jaruzelski, człowiek o nieciekawym politycznym życiorysie wojskowego aparatczyka, który w decydującym momencie potrafił jednak powiedzieć "nie" swoim partyjnym towarzyszom.
Obyśmy więcej nie musieli przebywać historycznych zakrętów.

Okładka tygodnika WPROST: 31/1998
Więcej możesz przeczytać w 31/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0