Sezon łowiecki

Dodano:   /  Zmieniono: 
W zagranicznych przewodnikach po naszym kraju turystów ostrzega się przede wszystkim przed złodziejami samochodów i kieszonkowcami
Kradzieże samochodów - obok handlu narkotyka- mi - uznane zostały przez FBI i Interpol za zjawisko zagrażające bezpieczeństwu państwa, ponieważ trudnią się tym procederem najsilniejsze i najlepiej zorganizowane grupy przestępcze, w dodatku powiązane z międzynarodowymi mafiami. Kradzieże kieszonkowe, szczególnie na dworcach kolejowych, są natomiast jednym z nierozwiązywalnych polskich problemów, podobnie jak sprawa mafii taksówkowych.

Niedawno w Ożarowie (na trasie Warszawa-Poznań) samochodowi złodzieje próbowali skłonić do zatrzymania się kierowcę wartego ponad 100 tys. zł jeepa cherokee. Sugerowali awarię koła. Nie zatrzymał się, wiedząc, że sposób "na koło" należy już do złodziejskiej klasyki. Jednak po chwili awarię koła wskazywał mijający go taksówkarz, potem starsza pani na przejściu dla pieszych oraz chłopak na przystanku autobusowym. Jeep zatrzymał się, ale dopiero w warsztacie samochodowym. Z kołem wszystko było w porządku, więc kierowca pojechał dalej. Po chwili okazało się, że ktoś zdążył w warsztacie wrzucić do samochodu ampułkę z gazem paraliżującym. Kierowca dostał torsji, zatrzymał samochód i wysiadł. Gdy się ocknął, auta już nie było.
Zanim kieszonkowiec ukradnie pierwszy portfel, miesiącami trenuje sprawność rąk na manekinie obwieszonym dzwoneczkami (wzorem przedwojennych adeptów złodziejskiej szkoły lwowskiej). Poruszenie dzwoneczka oznacza, że ćwiczenie należy powtórzyć. Za prawdziwą mistrzynię "kieszonki" uchodziła operująca na dworcach kolejowych osiemdziesięcioletnia warszawianka. "Pracowała" ze swoją wnuczką. Spacerowały po peronach i w pobliżu kas, nie budząc najmniejszych podejrzeń. - W doliniarskim fachu trudno działać w pojedynkę - przekonuje kieszonkowiec z wieloletnim stażem. - Trzeba pracować w grupie, przez co zarobek jest mniejszy. Obecnie adepci tej złodziejskiej profesji trenują na klientach, a nie na manekinach. Na początku trzeba sprawdzić, czy gość nie jest "elektryczny", czyli nadwrażliwy na dotyk. Wrażliwych nie należy ruszać.
- Za ekskluzywny samochód złodzieje otrzymują 5-10 tys. marek - mówi detektyw Krzysztof Rutkowski. Zdaniem policjantów, najczęściej giną dziś BMW, mercedesy, volvo, toyoty, zwykle z bogatym dodatkowym wyposażeniem. Za nowe BMW złodziej dostaje od pasera 4-5 tys. USD, za lexusa - 10 tys. USD, za mercedesa 600 S - 15-20 tys. USD. Kradzieżami zajmują się wyspecjalizowane gangi działające na konkretne zamówienie (uwzględniają nawet kolor tapicerki). Paserzy przyjmują tylko nie uszkodzone auta, z oryginalnym kluczykiem. Dlatego złodzieje nie wyłamują już zamków, nie rozwalają stacyjki. Metodą "na sztos", czyli wyłamując zamki, kradnie się głównie "maluchy", fiaty, polonezy i inne samochody średniej klasy. Trudnią się tym najczęściej początkujący złodzieje. Za "malucha" dostają od pasera 100-200 zł.
Najwięcej pracy kieszonkowcy mają latem. Zjeżdżają wtedy głównie na wybrzeże: szukają zarobku na sopockim molo, gdyńskim bulwarze, na Starym Mieście w Gdańsku. Przyjeżdżają do Mielna, Kołobrzegu, Świ- noujścia, Międzyzdrojów. - Złodziejski sezon rozpoczyna się w pierwszy poniedziałek po zakończeniu roku szkolnego. Kieszonkowcy pojawiają się tam, gdzie jest tłoczno i gwarno: na deptakach, promenadach, w supermarketach, sklepach z pamiątkami, na przygranicznych targowiskach i bazarach. Rozleniwieni po plażowaniu turyści nie są zbyt czujni - mówi nadkomisarz Waldemar Palejko, naczelnik zachodniopomorskich służb prewencyjnych. Kieszonkowców przyciągają też wakacyjne imprezy: Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach, festiwal w Sopocie, Jarmark Dominikański w Gdańsku.
Do niedawna złodzieje drogich samochodów chętnie posługiwali się metodą "na lawetę": stojące na ulicy auto wciągano na naczepę, a z zabezpieczeniami radzono sobie w garażu. Systemy bezpieczeństwa są już jednak tak skomplikowane, że ich unieszkodliwienie wiąże się nierzadko z uszkodzeniem auta. A tego nie lubią paserzy. Dlatego coraz częściej po prostu napada się na kierowców. - Złodzieje są coraz bardziej bezwzględni, coraz brutalniejsi - zauważa Ryszard Kaczyński, naczelnik Wydziału ds. Walki z Przestępczością Samochodową Komendy Stołecznej Policji. Bandyci grożą kierowcy bronią, wyrzucają z samochodu, biją. W najlepszym wypadku napaść kończy się zabraniem kluczyków kierowcy, który da się nabrać na metodę "na koło" albo "na stłuczkę". - Kierowcy są tak zaaferowani stłuczką, oglądaniem koła, odsuwaniem gałęzi czy innej specjalnie ułożonej przeszkody, że nie potrafią potem nawet opisać napastników - opowiada Ryszard Kaczyński.
Metody "na koło" i "na stłuczkę" są najczęściej stosowane w Warszawie, gdzie ginie co piąty kradziony w kraju samochód (czasem 50 aut dziennie). - Złodzieje działają najczęściej w grupie, posługując się kilkoma samochodami - ostrzega Kaczyński. Ofiar wypatrują już na rogatkach Warszawy, a za upatrzonym samochodem potrafią przejechać niemal całe miasto. Szybka i brutalna napaść na kierowcę - zastraszenie bronią bądź wyrzucenie z samochodu - następuje najczęściej na skrzyżowaniu, chwilę przed zapaleniem się zielonego światła.
Kieszonkowcy lubią stosować metodę "na dotyk". Polega ona na stopniowym "znieczulaniu" potencjalnej ofiary na pozornie przypadkowe szturchanie i popchnięcia. Ten sposób sprawdza się w tramwajach i autobusach. Kiedy pasażer przestaje zwracać uwagę na ocierającego się o niego osobnika, ten wyciąga mu portfel, który przekazuje następnie wspólnikowi. Na najbliższym przystanku wspólnik opuszcza autobus. - Kieszonkowcy pracujący w środkach komunikacji miejskiej są dobrze ubrani, uśmiechnięci, wzbudzają zaufanie. Czasami praktykują metodę "na dżentelmena": jeden popycha pasażera w momencie, gdy ten wyciąga bilet z portfela, a drugi usłużnie podnosi portfel i podaje go właścicielowi. W portfelu nie ma już jednak pieniędzy. - Sama padłam ofiarą kieszonkowców: okradziono mnie w trolejbusie - przyznaje komisarz Gabriela Sikora z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku.


Samochody kradnie się "na koło", "na stłuczkę", "na sztos" lub "na lawetę"; portfele - "na dotyk", "na dżentelmena" bądź "na parawan"

Metodę "na dotyk" niektórzy złodzieje łączą ze sposobem "na parawan". - Udają wtedy, że czytają gazetę, zasłaniając jednocześnie dłoń wyjmującą portfel. Niekiedy "parawanem" jest płaszcz przewieszony przez ramię. Tak pracują nie tylko kieszonkowcy w tramwajach, lecz również w pobliżu sklepowych lad - przestrzega komisarz Krzysztof Targoński ze szczecińskiej KWP. Skuteczną metodą działania jest też tzw. sztuczny tłok: w pobliżu dworcowych kas biletowych, na peronach, podczas wchodzenia do pociągu.
Także złodzieje samochodów doskonalą swoje metody, wymyślają nowe sposoby kradzieży. Niedawno w Warszawie kierowcę wywabiono z auta, zostawiając na osiedlowej uliczce przewrócony rowerek dziecięcy. - Często złodzieje rozpoczynają akcję na stacjach benzynowych, szczególnie wtedy, gdy znajdują się one w pobliżu wjazdów na autostradę - mówi jeden policjantów. Wystarczy, by właściciel choćby na moment stracił z oczu samochód, a złodzieje szydłem lub nożem nakłuwają oponę. Tak wyliczają czas, żeby kierowca dopiero po pewnym czasie zauważył usterkę. Często sami informują go o awarii, a gdy zjedzie na pobocze, już czekają tam na niego wspólnicy "naganiaczy". Zdarza się, że na stacji przyczepiają z tyłu auta łańcuch, którego hałas w czasie jazdy ma zaniepokoić kierowcę i zmusić go do zatrzymania auta.
- O kradzieży konkretnych samochodów decyduje prawo popytu i podaży - mówią policjanci. Złodzieje mniej się teraz interesują samochodami francuskimi, bardziej zaś fiatami - głównie seicento i cinquecento. "Modne" stały się też auta Daewoo, szczególnie tico, które kradnie się na części. Detektyw Krzysztof Rutkowski szacuje, że w najbliższym czasie obniży się popyt na auta stare i średniej klasy, a wzrośnie zainteresowanie samochodami najlepszymi i najdroższymi.
- Kieszonkowcy lubią metodę "z marszu": udając pośpiech lub roztargnienie, wpadają na upatrzoną wcześniej osobę. Gwałtownie szturchnięty człowiek wypuszcza wszystko z rąk. Winowajca zamieszania sprawia wrażenie zakłopotanego. Przeprasza i deklaruje pomoc przy zbieraniu rozsypanych zakupów. Przy okazji dyskretnie zabiera to, na co polował - mówi pracownik ochrony jednego ze sklepów przy sopockim deptaku. Złodzieje grasujący w supermarketach i na targowiskach stosują też metodę "na krawca": w torbie lub reklamówce ofiary robią skalpelem nacięcie w kształcie litery L, przez które bez trudu wyciągają portmonetkę. Niekiedy nacinają tylną kieszeń spodni. - "Kieszoną" trzeba się urodzić: sprawne palce zależą od genów. Ludzie sami proszą się o to, żeby ich oskubać. Paniusie paradują po sklepach z otwartymi torebkami, panowie lubią pokazać przy ladzie plik banknotów. Czasami wychodząc z banku, demonstracyjnie przeliczają gotówkę. Za kimś takim idzie się "do upadłego", aż trafi się na odpowiedni moment - tłumaczy kieszonkowiec ze Świnoujścia.
Policjanci przestrzegają też przed złodziejami podróżującymi pociągami. Kolejowi kieszonkowcy działają głównie nocą. Niekiedy proponują wspólnego drinka. Antoni O., znany jako "Antoś truciciel", grasujący w pociągach na początku lat 90., przysiadał się do podróżujących samotnie mężczyzn. - Opowiadał o sobie, starając się wzbudzić zaufanie nowo poznanej osoby - mówi prokurator Irena Marecka. - Częstował wódką i sokiem grejpfrutowym, w którym znajdowały się środki psychotropowe. Dwie ofiary Antosia zasnęły na zawsze. Kilkanaście innych trafiło do szpitala z objawami ciężkiego zatrucia.
Więcej możesz przeczytać w 27/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.