Amerykański silnik

Amerykański silnik

Rozmowa z GEORGE?EM SOROSEM, finansistą, prezesem Soros Fund Management
Maria Graczyk: - Czy kolejna faza światowego kryzysu może dotrzeć do Europy Środkowej? Grozi nam załamanie finansowe podobne do tego, jakie dotknęło rynek rosyjski i brazylijski?
George Soros: - Nie sądzę, aby taka groźba była realna. Znajdujecie się już po drugiej stronie. Polska wzmacnia swoją gospodarkę i nie wydaje się, by znowu mogła popaść w tarapaty.
- Twierdzi pan jednak, że kryzys jeszcze się nie zakończył.
- W Brazylii jeszcze nie, ale nie wpływa on już tak negatywnie na inne państwa. Było wiele ostrzeżeń i inne kraje zdążyły się przygotować. Poza tym to, co miało być sprzedane, poszło już pod młotek. Widać, że Brazylia niezbyt zaszkodziła innym gospodarkom świata. Nic nie wskazuje też, by w niebezpieczeństwie znajdowały się Polska czy Węgry.
- Na światowych rynkach dominuje nastrój wyczekiwania i niepewności. W jaki sposób w tak zmiennych czasach można się ustrzec gospodarczych zawirowań?
- Odpowiednia polityka makroekonomiczna i strukturalna sprawia, że państwo jest bardziej odporne na tego typu ataki. Polska prowadzi taką właśnie politykę i na razie przestrzega jej głównych zasad. Jest to najlepsza droga, gdyż - podobnie jak podczas huraganu szalejącego nad krajem - lepiej wyposażone państwo może w czasie burzy ponieść mniejsze straty niż to, które ma słaby rząd i jest kiepsko przygotowane.
- Czy to znaczy, że gospodarka Polski nie ma żadnych słabych punktów?
- Nie znam wystarczająco dobrze polskiej sytuacji, by szczegółowo wypowiadać się o jej słabościach. Moim zdaniem, Polska podąża w dobrym kierunku. Poza tym mam duże zaufanie do Leszka Balcerowicza i nie sądzę, by zszedł on za daleko z właściwej drogi.


George Soros urodził się w 1930 r. na Węgrzech. W wieku 17 lat wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie w 1952 r. ukończył London School of Economics. Cztery lata później osiadł w Stanach Zjednoczonych i założył tam firmę inwestycyjną Quantum Investment Fund. Prowadził niezwykle skuteczną działalność inwestycyjną, bywał jednak oskarżany o destabilizowanie rynków walutowych. Soros utworzył sieć fundacji wspierających rozwój nauki i "społeczeństwa otwartego". Funkcjonują one w 31 krajach, m.in. w Polsce, na Węgrzech, w państwach powstałych po rozpadzie ZSRR. Napisał kilka książek, w tym "Alchemię finansów", "Soros o sobie. Na zakręcie" i ostatnią - "Kryzys światowego kapitalizmu", w której ostrzega przed "fundamentalizmem rynkowym", czyli zbytnią wiarą w wolny rynek.

- Prognozy dla światowej gospodarki nie są jednak różowe, zwłaszcza że jej jedynym kołem zamachowym pozostają dziś już chyba tylko Stany Zjednoczone.
- Rzeczywiście, sytuacja jest poważna. Światowa gospodarka przypomina czterosilnikowy samolot, który leci tylko na jednym silniku - amerykańskim.
- Postuluje pan utworzenie międzynarodowego banku centralnego. Czy jego rolę powinien przejąć Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW)?
- Należy zmienić istotę funduszu, ale nie instytucję jako taką. Rynki finansowe potrzebują regulacji i odpowiednich władz. Powinien powstać międzynarodowy bank centralny, ponieważ mamy już globalny rynek finansowy. Nie mam tu na myśli czegoś takiego jak Federal Reserve, Bank of England czy Europejski Bank Centralny, ale instytucję wypełniającą niektóre ich funkcje. Chodzi głównie o to, aby taki bank występował wobec państw znajdujących się w tarapatach w roli długoterminowego kredytodawcy. Instytucja funkcjonująca jak międzynarodowy bank centralny dałaby podwaliny pod nową architekturę finansową świata. Mimo zażegnania ostatnich kryzysów, na fundamencie światowego systemu finansowego nadal widać niepokojące rysy. Jeżeli nie wyciągniemy nauki z wydarzeń ostatniego roku, system wciąż będzie narażony na kolejne załamania.
- Jakie wnioski wyciągnął pan z kryzysu w Rosji?
- Jest to bardzo złożony problem. W czasie sesji w Davos podkreśliłem, że jedną z przyczyn rosyjskiego kryzysu było zbytnie poleganie na mechanizmie rynkowym. Przypomniałem też fakt, że Gajdar wprowadził politykę monetarną za wcześnie, ponieważ przedsiębiorstwa nie zdążyły się dostosować do nowych zasad. Czubajs wierzył natomiast, że poprzez prywatyzację zakładów pracy pojawią się właściciele zabiegający o ich rozwój. Uważał, że taki układ będzie lepszy niż gospodarka państwowa i sprawi, iż zmiana systemu będzie nieodwracalna. To się jednak nie udało, ponieważ nowi właściciele okradali swoje przedsiębiorstwa, aby mieć więcej pieniędzy i być w stanie spłacić długi lub zwiększyć swą kontrolę nad firmą. Przedsiębiorstwa nie były więc dobrze zarządzane przez złodziejskich "baronów", którzy przejęli nad nimi kontrolę. Inny błąd popełniła społeczność międzynarodowa, w zbyt dużym stopniu zależna od rynku. Margaret Thatcher nawoływała na przykład, aby nie ingerować w rosyjską gospodarkę, aby zostawić Rosjanom swobodę w rozwiązywaniu własnych problemów. Nie było to właściwe rozwiązanie. Oni desperacko wyczekiwali pomocy i ingerencji. W tamtym czasie powinniśmy się w Rosji aktywniej zaangażować. Jest to jednak tylko część historii. Dopełnia ją prawdziwa katastrofa polityczna, ale to już oddzielny temat.
- Dlaczego krytykuje pan MFW za sposób przeciwdziałania kryzysowi?
- Wszystko zaczęło się od kryzysu w Tajlandii. Gdy ja się tam pojawiłem, fundusz nie wzmocnił rynku i sytuacja się jeszcze pogorszyła. MFW ma na rynkach dewizowych coraz mniej władzy i maleje jego prestiż. Dowodzi tego także obecna sytuacja w Brazylii, gdzie kryzys trwa od miesięcy. MFW ma wprawdzie swój program, ale właśnie w związku z nim ten kryzys wybuchł. Oznacza to, że coś nie gra. Według mojej analizy, fundusz popełnia dwa duże błędy. Po pierwsze, gdy MFW zaczyna swą działalność w danym kraju, udziela wprawdzie kredytów, ale są one związane z bardzo silnymi uregulowaniami. W efekcie tych ograniczeń dochodzi do dekoniunktury. Z drugiej strony, zaangażowanie MFW gwarantuje, że zaciągnięte kredyty będą spłacane. Taka sytuacja jest bardzo korzystna dla kredytodawców. Stąd zarzut, że MFW kosztem krajów zadłużonych pomaga kredytodawcom i międzynarodowym organizacjom finansowym. Udzielające kredytów banki lub zagraniczne instytucje finansowe nie wymagają zbyt wiele od kredytobiorców, bo wiedzą, że MFW i tak uratuje ich pieniądze. To jest moralny hazard, stwarzający asymetrię między zadłużonymi i kredytodawcami. Inna rzecz, że fundusz wchodzi do gry dopiero wtedy, gdy nastąpił już krach. Tymczasem łatwiej jest łagodzić zbyt duże wahania hossy i bessy, niż czekać na załamanie.
- Na czym miałaby polegać nowa architektura finansowa świata?
- Nierozważne postępowanie MFW prowadzi do tego, że banki, nie przeprowadzając dogłębnych analiz, zbyt łatwo udzielają kredytów. Gdy w 1994 r. MFW ocalił gospodarkę Meksyku, przed dużymi stratami uratował też kredytodawców. Ale kiedy fundusz zaczyna działać, powinien ustanawiać takie warunki, by banki zostawiały pieniądze w danym kraju na dłuższy czas. Gdyby już wtedy zastosowano tę metodę, nie doszłoby do takiego krachu w Rosji, ponieważ bankierzy byliby ostrożniejsi. Gdyby MFW zrobił ten krok, mógłby zatrzymać odpływ pieniędzy z państw zadłużonych. Potrzebne byłoby też wysyłanie pozytywnych sygnałów, zawierających informację, kto prowadzi przejrzystą politykę ekonomiczną i kto potrzebuje zagranicznych pieniędzy. To są zadania dla międzynarodowego banku centralnego. Jeżeli ta konstrukcja będzie się sprawdzać, pieniądze popłyną do tych krajów, które rzeczywiście bardzo ich potrzebują i umieją je spożytkować. Rozpoczynając taką praktykę, Międzynarodowy Fundusz Walutowy mógłby naprawić swoje błędy z przeszłości. Właśnie teraz ta metoda powinna się sprawdzić w Brazylii.
Okładka tygodnika WPROST: 9/1999
Więcej możesz przeczytać w 9/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0