Roszada

Roszada

Borys Jelcyn odkrył karty
Kremlowski klan, czyli najbliższa rodzina prezydenta i powiązani z nią oligarchowie, stawia w przyszłorocznych wyborach prezydenckich na Władimira Putina. Funkcjonariusz służb specjalnych, publicznie niemal nieznany, bo z racji charakteru swojej profesji pozostawał w cieniu wielkiej polityki, okazał się - zdaniem Jelcyna - "tym, który może skonsolidować społeczeństwo i zapewnić kontynuację reform".


Prezydent nie próbował nawet tłumaczyć, dlaczego zdymisjonował rząd Siergieja Stiepaszyna. Jego doradcom trudno byłoby znaleźć jakikolwiek przekonujący powód. Stiepaszyn kierował Radą Ministrów niespełna trzy miesiące. Zbyt krótko, by zrobić coś pożytecznego albo popełnić niewybaczalne błędy. Na siłę można by mu przypisać winę za sytuację w Dagestanie, ale kwestie bezpieczeństwa w państwie należą do kompetencji kontrwywiadu, czyli Federalnej Służby Bezpieczeństwa, a tą kierował do minionej niedzieli sam Władimir Putin, awansowany na p.o. premiera. Jelcyn wolał więc nie podawać motywów swoich decyzji. Nie musiał, bo i tak wszyscy w Moskwie wiedzą, o co chodzi. Kremlowski klan walczy o przetrwanie. A Siergiej Stiepaszyn, choć niewątpliwie lojalny wobec Kremla, okazał się niezdolny do politycznej neutralizacji najgroźniejszych przeciwników "rodziny".
Bolesnym ciosem dla Kremla stało się utworzenie w pierwszych dniach sierpnia nowego wielkiego bloku politycznego. W grudniowych wyborach parlamentarnych wspólny front mają stworzyć dwie organizacje: Cała Rosja, grupująca najbardziej wpływowych przywódców regionalnych z prezydentem Tatarstanu Mentimirem Szajmijewem oraz gubernatorem Petersburga Władimirem Jakowlewem, i Ojczyzna burmistrza Moskwy Jurija Łużkowa. Starcie o miejsca w Dumie to tylko połowa drogi. Łużkow nie kryje swoich prezydenckich ambicji, a w roli lidera nowego boku w wyborach parlamentarnych najchętniej widziałby byłego premiera Jewgienija Primakowa. Taki tandem u władzy to najgorsze rozwiązanie z punktu widzenia interesów "rodziny".
Primakow był pierwszym szefem rosyjskiego rządu, który nie zawahał się wejść w otwarty konflikt z prezydenckim klanem. Doprowadził do istotnego ograniczenia ekonomicznych wpływów najbliższych prezydenta, a powiązani z nim czołowi rosyjscy oligarchowie - Borys Bieriezowski i Aleksander Smolenski - musieli się ukrywać za granicą przed grożącym im w Rosji aresztowaniem. Władimir Putin nie będzie walczył z "rodziną", bo sam w ostatnim czasie wszedł w jej skład. Według jednej z wersji, dotychczasowy szef kontrwywiadu ma odegrać na stanowisku premiera rolę prezydenckiej "miotły", czyli "wymieść" z rządu wszystkich potencjalnych przeciwników rządzącego klanu, a przy okazji - co jeszcze ważniejsze - doprowadzić do dyskredytacji głównych kandydatów w przyszłorocznych wyborach prezydenckich.
Kreml już wcześniej wszedł w konflikt z burmistrzem Moskwy Jurijem Łużkowem. W kontrolowanej przez zaprzyjaźnionych magnatów finansowych prasie pojawiły się artykuły oskarżające żonę Łużkowa, Jelinę Baturin, o przestępstwa gospodarcze. Putin rzeczywiście może ruszyć do boju z siłą i zaangażowaniem walczącego o wszystko gladiatora, bo najwyraźniej uwierzył w swoją prezydencką gwiazdę. Zaraz po tym, jak Jelcyn ogłosił go swoim następcą, publicznie wyraził wolę startu w przyszłorocznych wyborach.
Znawcy rosyjskiej sceny politycznej mają wątpliwości, czy ten niepozorny polityk bez osiągnięć i bez wyrazu może zostać przyszłym przywódcą kraju zajmującego ósmą część lądów. "Fakt, że Jelcyn nazwał Putina swoim następcą, o niczym jeszcze nie świadczy. Prezydent wiele już obiecywał różnym politykom - zauważa Borys Niemcow, były wicepremier i były faworyt prezydenta. - Czernomyrdin miał pozostać premierem do 2000 r., podobne zapewnienia słyszał Kirijenko. Długą karierę, niemalże do prezydenckich wyborów, wróżył prezydent Jewgienijowi Primakowowi. We wszystkich wypadkach obietnice Jelcyna okazywały się zapowiedzią rychłej dymisji". Zdaniem Niemcowa, Putin to tylko harcownik, który zostanie poświęcony przez Kreml, by ułatwić drogę innemu, nie ujawnionemu jeszcze z nazwiska politykowi: "Wskazując Putina jako swego następcę, Jelcyn rzucił hasło: "Brać go". To oczywiste, że wszyscy rzucą się teraz na niego, by zniszczyć potencjalnego pretendenta do schedy po Borysie Nikołajewiczu".
Niewykluczone, że zmiana na stanowisku szefa rządu to tylko przygrywka do jeszcze poważniejszych posunięć Kremla. Prezydent może zechcieć rozwiązać parlament i przyspieszyć wybory do Dumy albo wprowadzić stan wyjątkowy pod jakimkolwiek pretekstem. Pojawiają się pogłoski, że ostatnia ofensywa islamskich fundamentalistów w Dagestanie nie była dla "rodziny" zaskoczeniem. Szamil Basajew, czeczeński dowódca kierujący operacją, miał być widziany w Paryżu w towarzystwie bankiera Borysa Bieriezowskiego, jednego z głównych sponsorów i doradców Tatiany Diaczenko, młodszej córki Jelcyna, faktycznej przywódczyni kremlowskiego klanu. Czarnych scenariuszy powstających jakoby na Kremlu pojawia się w moskiewskim obiegu politycznym wiele, ale te najstraszniejsze wydają się zupełnie nieprawdopodobne.
Borys Jelcyn nie zna i nie lubi problematyki gospodarczej, to dla niego sprawy nudne i niezrozumiałe, panowanie nad tą sferą przejęli powiązani z "rodziną" oligarchowie. Za to nikomu, nawet ulubionej córce Tatianie, nie pozwala podejmować ostatecznych decyzji kadrowych. Te pozostawia wyłącznie sobie. Jelcyn żywi się władzą, a ta dla niego to przede wszystkim panowanie nad ludźmi. Mianowania i dymisje, wieczne roszady. Rozdawanie przywilejów i odsuwanie w niełaskę. Dlatego Putin zastąpił Stiepaszyna. Obaj są generałami służb specjalnych, w tym samym wieku, wywodzą się z Petersburga i są jednakowo oddani głowie państwa. Tyle że Stiepaszyn - jeśli wierzyć sondażom - zyskał spore szanse na zwycięstwo w wyborach prezydenckich.
Jelcyn przestaje lubić faworytów, którzy stają się zbyt popularni. Bo tak naprawdę prezydent nie widzi nikogo, komu chciałby oddać władzę. Władza może należeć tylko do niego. Ludzie znający kremlowskie tajemnice twierdzą, że gdyby "rodzina" nie panowała nad patriarchą rodu, ten już dawno oddałby Japończykom Kuryle i nie na żarty wycelował rosyjskie rakiety jądrowe w stronę krajów NATO. Na szczęście Borys Jelcyn daje się przekonać, że niektórych decyzji podejmować nie należy. Nie dotyczy to tylko nominacji urzędniczych. A jeśli chodzi o Putina, to większość znawców kremlowskich obyczajów jest zdania, że gospodarz Kremla wyrządził mu krzywdę. Stosunkowo młody czekista już poczuł się prezydentem, podczas gdy wybory dopiero za rok, a u władzy pozostaje bardzo kapryśny szef państwa.

Więcej możesz przeczytać w 33/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0