Polska Rzeczpospolita Leppera

Polska Rzeczpospolita Leppera

Rolnicy znowu grożą blokadami dróg i okupacją budynków administracji państwowej,
a właściwie już do takich działań przystąpili: w ubiegły czwartek policja siłą wyprowadziła protestujących z Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie, a w Muszynie wysypano importowane zboże na tory kolejowe. Pretekstem do tej fali protestów były wielokilometrowe kolejki przed punktami skupu oraz fakt, że skupujący oferowali ceny niższe od deklarowanych przez Agencję Rynku Rolnego (450 zł za tonę pszenicy i 320 zł za tonę żyta). W sierpniu ubiegłego roku kłopoty ze skupowaniem ziarna były równie poważne jak obecnie. Już w lipcu 10 tys. rolników pojawiło się na ulicach stolicy, prawie codziennie organizowano blokady, tarasowano przejścia graniczne. W sierpniu 1997 r. PSL groziło złożeniem wniosku o odwołanie premiera Włodzimierza Cimoszewicza - z powodu kłopotów ze skupem zbóż. Podobne problemy były też w latach poprzednich. Wydarzenia te świadczą o tym, że w Polsce nie można sprawnie zorganizować skupu ziarna, ale są równocześnie symptomem poważnej choroby całego rynku rolnego, w szczególności systemu interwencji. Co jednak ważniejsze, pokazują one, że chłopi przestali traktować rolnictwo jako część gospodarki rynkowej, demonstracyjnie ignorują prawa wolnej konkurencji oraz popytu i podaży.
Władysław Serafin, szef Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, mówi o tej sytuacji otwarcie: "Rolnictwo jest działalnością wyższej użyteczności". Ma to ważne konsekwencje: państwo powinno kupić wszystko, co rolnik wyprodukuje, cena nie ma żadnego związku z rynkiem wewnętrznym, a tym bardziej światowym, rolnicy nie mogą ponosić ryzyka z powodu wahań koniunktury, państwo winno zagwarantować opłacalność produkcji niezależnie od tego, czy rolnicy podjęli jakiekolwiek działania modernizacyjne, czy inwestują, kształcą się, podnoszą wydajność, kierują się rachunkiem ekonomicznym, a wreszcie - państwo odpowiada za niepowodzenia poszczególnych producentów. Mamy więc stuprocentowy rynek producenta - wbrew temu, co się w Polsce dokonało po 1989 r. Chłopskie postulaty bezpośrednio nawiązują też do okresu reglamentacji, kiedy rolnictwo zostało praktycznie włączone w system gospodarki planowej. Mało tego, w dobie restrukturyzacji i prywatyzacji przemysłu oraz dezintegracji tradycyjnej klasy robotniczej chłopi pozostali jedynymi nosicielami i obrońcami robotniczo-chłopskiego interesu klasowego. Rolnictwa w PRL wprawdzie nie skolektywizowano, niemniej jednak w III RP chłopi stali się najgorliwszymi obrońcami realnego socjalizmu.
Uznano u nas (co jest ewenementem na skalę światową), że mimo ignorowania przez chłopów ekonomicznych instrumentów rozwoju rolnictwa produkcja rolna musi być opłacalna. Rolnicy uważają, że państwo powinno dbać, by z każdego gospodarstwa dało się żyć. Taka jest właściwie w skrócie myśl programowa PSL, Samoobrony, kółek rolniczych oraz "Solidarności" RI. I z tym ekonomicznym absurdem niewielu polityków ma odwagę polemizować podczas sejmowych debat. Prowadzi to jednak do upowszechnienia się zasady, że jeśli opłaca się gospodarować źle, nie ma powodu, by gospodarować dobrze. Tymczasem koszt tak pojmowanej opłacalności jest u nas znacznie wyższy, niż byłby na Zachodzie: przede wszystkim z rolnictwa próbuje się utrzymać aż 27 proc. społeczeństwa, wydajność pracy jest kilkakrotnie niższa, zaś mieszkańcy miast wydają już tak wielką część swoich bud- żetów na żywność (50-55 proc., podczas gdy na Zachodzie ok. 15 proc.), że trudno się spodziewać wzrostu popytu.
Chłopi zapominają też, że rolnictwo należy - obok przemysłu surowcowego - do tych dziedzin gospodarki, w których występują największe wahania cen (są one uzależnione od światowej koniunktury, warunków klimatycznych itp). Zresztą cena produktu nisko przetworzonego zawsze jest mniej stabilna, a rolnik nie może szybko zmienić asortymentu, gromadzić zapasów, zwolnić pracowników itp. Jeśli mamy przy tym do czynienia z recesją, spadają ceny praktycznie wszystkich produktów rolnych (w ostatnich latach przeciętnie o 20-25 proc. na całym świecie). W rolnictwie potrzeba więc szczególnie ludzi dysponujących wiedzą o mechanizmach gospodarki rynkowej, gdyż jest to branża narażona na większe ryzyko niż inne.
Tymczasem ponad 60 proc. rolników nie ma żadnego fachowego wykształcenia (0,5 proc. ukończyło wyższe uczelnie, zaś prawie 10 proc. nie skończyło nawet podstawówki). Tak kiepsko przygotowani rolnicy nie zauważają, że w ostatnich latach mocno zmieniły się konsumpcyjne gusty Polaków: jemy o 8-9 kg mniej mięsa niż dziesięć lat temu. W tym kontekście wiele działań interwencyjnych na rynku nie ma ekonomicznego uzasadnienia (ostatnio odważył się o tym powiedzieć Leszek Balcerowicz - jednomyślnie uznawany przez partie i organizacje rolnicze za głównego wroga wsi i sprawcę chłopskich nieszczęść). Cel jest jasny - zmniejszyć niezadowolenie chłopów, by odpowiednio głosowali podczas wyborów i pozwolić im przeżyć następny rok. Można skupować interwencyjnie kolejne produkty, lecz nie rozwiązuje to żadnego problemu wsi. Pozwala wegetować niedochodowym gospodarstwom.
Jeśli wskutek takich działań sztucznie utrzyma się wysokie ceny i zagwarantuje zbyt, rolnicy zinterpretują to jako zachętę do zwiększania produkcji. Tak właśnie działo się w ostatnich latach: nadwyżka zboża zachęciła do zwiększenia produkcji wieprzowiny, powstały znaczne zapasy, których nie można sprzedać ani na rynku wewnętrznym, ani wyeksportować. Ich magazynowanie obciąża oczywiście budżet, czyli podatników. Budżet nie może jednak płacić za to, by w rolnictwie nic się nie zmieniało. Kolejni ministrowie rolnictwa powtarzają, że potrzebne jest kwotowanie produkcji rolnej (ustalanie limitów produkcyjnych, które byłyby objęte dopłatami) - ideę tę forsował Jacek Janiszewski, a jej gorącym zwolennikiem jest Artur Balazs, obecny szef resortu - oraz dopłaty kompensacyjne dla rolników, lecz nikt nadal nie monitoruje rynku rolnego. - Najwyższy czas, by ARR zajęła się monitorowaniem rynku. Rolnicy powinni znać prognozy koniunktury z wyprzedzeniem dwóch sezonów - postuluje Michał Wojtczak, były wiceminister rolnictwa.


Polscy chłopi stali się najgorliwszymi obrońcami realnego socjalizmu

Kolejni ministrowie chcieliby wprowadzać obowiązujące w krajach UE zasady interwencji na rynku rolnym, lecz Polska jest na to zbyt biedna. A i tak dotacje dla rolnictwa w stosunku do PKB są u nas trzykrotnie wyższe niż w krajach piętnastki. Według danych OECD (29 najbogatszych państw świata), Polska zajmuje pod względem subwencji dla rolnictwa (bez wpłat na rolnicze ubezpieczenie) siódme miejsce w tej grupie państw: dopłacamy dwa razy więcej niż Czesi czy Węgrzy i tylko o 30 proc. mniej niż kraje Unii Europejskiej.
Stan polskiej gospodarki jeszcze długo nie pozwoli na stosowanie środków, jakimi dysponuje unia. Tam specjalna rada ustala ceny obowiązujące przy zakupach interwencyjnych. Agencje interwencyjne zobowiązane są do kupowania całego oferowanego im zboża (minimalna ilość, jaką można sprzedać, wynosi 100 ton). Cena zboża uzależniona jest od jakości i kosztów transportu z gospodarstwa do punktu skupu. Cena interwencyjna nie zawsze pokrywa jednak koszty produkcji. Wprowadzona w maju 1992 r. reforma wspólnej polityki rolnej zmierza bowiem do odebrania rolnikom gwarancji, że ceny skupu będą opłacalne. W zamian za to farmerzy otrzymują dopłaty wyrównawcze.
Minister Artur Balazs uważa, że kwotowanie produkcji, czyli regulowanie poszczególnych rynków, będzie korzystne zarówno dla budżetu państwa, przemysłu, jak i samych rolników, którzy nie będą już odczuwali skutków istnienia nadwyżek destabilizujących ceny. Minister zwraca jednak uwagę, że z dobrodziejstw stosownej ustawy - w tym i dotacji - korzystaliby wyłącznie rolnicy produkujący żywność na rynek, a nie na potrzeby własne. Takie rozwiązanie sprzyjałoby koncentracji rozdrobnionych polskich gospodarstw i ich specjalizacji.
Zdaniem prof. Tadeusza Hunka z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, limitowanie produkcji i ceny minimalne służą tylko do manipulowania rynkiem. Tymczasem naszemu rolnictwu przede wszystkim potrzebny jest wolny rynek. Rząd, uruchamiając interwencyjny skup żywności, skutecznie podtrzymuje produkcję rolną tam, gdzie jest ona nieopłacalna. Takie interwencje reformowaniu polskiej wsi nie służą. Trudno też sobie wyobrazić, jak urzędnicy mieliby limitować produkcję zboża czy mleka, skoro do dziś nikt nie policzył nawet, ile gospodarstw je produkuje.
Co gorsza, w Polsce powinności państwa wobec wsi zaczęto pojmować zgodnie z najgorszymi wzorami państwa opiekuńczego: zamiast stymulacji rozwoju mamy stagnację, zamiast dążenia do powiększania dochodów - oczekiwanie na kolejne zasiłki, a w rezultacie apatię, bezruch, demoralizację. Już na początku lat 90. w wielu gospodarstwach zanikła gospodarka towarowa. Jednocześnie rezultatem takiej polityki był stały spadek dochodów ludności wiejskiej - świadczenia socjalne przestały po prostu w latach 90. nadążać za płacami w coraz bardziej wolnej gospodarce. Chłopi zaczęli z sentymentem wspominać lata 1988-1989, gdy rząd Mieczysława Rakowskiego chciał zapewnić za wszelką cenę zwiększoną podaż żywności.
Jak zauważa prof. Edmund Mokrzycki, socjolog z PAN, w latach 90. socjalistyczną biedę z rozdzielnika zastąpiła bieda mierzona wysokością zasiłków, dopłat, pseudokorzyści z zaporowych ceł itp. W efekcie ponad 1,5 mln ha leży odłogiem, ponad połowa gospodarstw nie produkuje na rynek, a żyjący tam ludzie utrzymują się z dochodów pozarolniczych. Na polskiej wsi więcej gospodarstw egzystuje dzięki pomocy socjalnej niż z dochodów rolniczych. Tylko 11 proc. gospodarstw utrzymuje się wyłącznie z produkcji rolnej. W dodatku w ponad 40 proc. gospodarstw pracuje się przeciętnie zaledwie, trzy godziny dziennie.
"Nie jest normalna sytuacja, gdy rolnik nie może ulokować na rynku w zasadzie żadnego produktu po opłacalnej cenie" - mówił minister Artur Balazs w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej". Ale co to znaczy opłacalna cena? Opłacalna dla kogo? "Przy obecnym poziomie gospodarki i możliwościach budżetu nie możemy zapewnić dobrobytu wszystkim rolnikom, czyli ponad 20 proc. Polaków czynnych zawodowo. Nie ma możliwości, by nasi konsumenci wydawali na żywność więcej niż obecnie, by istniały warunki do wzrostu popytu wewnętrznego" - wyjaśnia Artur Balazs.
Rolnicy wprawdzie skarżą się na nieuczciwą konkurencję dotowanej żywności z krajów UE, która rzekomo zalewa nasz rynek, ale wciąż sprzedajemy za granicą więcej żywności niż sprowadzamy. Eksportujemy na przykład dwukrotnie więcej mięsa niż importujemy. Ujemny bilans mamy w handlu produktami roślinnymi, lecz przede wszystkim dlatego, że polskie zboże nadaje się właściwie tylko na paszę. W tym roku do wyrobu makaronów, ciast i pieczywa przemysł spożywczy wykorzysta zaledwie 26 mln t z zebranych 58 mln t zbóż, zaś 15-17 mln ton przerobionych będzie na pasze. W 1996 r. ceny drobiu były w naszym kraju o 53 proc. wyższe od światowych, pszenicy - o 15-20 proc., a wieprzowiny - o 11 proc. Pod wpływem żądań rolników od kwietnia tego roku zwiększono cła, na przykład na import pszenicy - z 20 proc. do 70 proc.
Żadne z tych rozwiązań nie satysfakcjonuje rolników. Żądają rozszerzenia interwencji (ARR planuje skupienie 2,5 mln ton pszenicy i 0,5 mln ton żyta) i wzrostu cen skupu. Tymczasem zdaniem Henryka Kisiela z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa, pod naciskiem rolniczych związków rząd ustalił zbyt wysokie ceny minimalne. Według pierwotnych planów, cena minimalna pszenicy miała wynieść 380 zł za tonę. Eksperci uważają tymczasem, że nie należało podnosić cen minimalnych, lecz dać rolnikom wyższe dopłaty. Rolnicze związki twierdzą natomiast, że ustalone ceny minimalne zbóż i dopłaty są zbyt niskie. Instytut Ekonomiki Rolnictwa nie oszacował wprawdzie, ile w tym roku rolnik może zarobić na uprawie zboża, wyliczył natomiast, ile zarobiło przeciętne gospodarstwo w ubiegłym roku. W 1998 r. gospodarstwa objęte badaniami sprzedawały pszenicę średnio po 461 zł za tonę, co oznacza 1916 zł przychodu z hektara. Rolnik musiał jednak wydać 894 zł na nasiona, nawozy, środki ochrony roślin, paliwo itd. Po odliczeniu pozostałych kosztów na uprawie hektara pszenicy rolnik zarobił na czysto 745,8 zł.
Nie bardzo wiadomo przy tym, ile wynosi rzeczywista rynkowa cena zbóż i innych produktów roślinnych. W Polsce nie ma bowiem giełd zbożowych z prawdziwego zdarzenia. Na Zachodzie giełdy - poprzez zawierane z wyprzedzeniem kontrak- ty - wyznaczają cenę, określają warunki opłacalności produkcji.
Eksperci Instytutu Ekonomiki Rolnictwa twierdzą, że rząd co roku "ustawia" interwencję na zbyt wysokim poziomie, a co najgorsze, wprowadza ją zbyt wcześnie, nie pozwalając w ten sposób na funkcjonowanie cen rynkowych. Ponieważ ceny są sztucznie zawyżane, rolnicy zamiast ograniczać zasiewy, zwiększają je. Właśnie wysokie ceny zboża na naszym rynku spowodowały jego lawinowy import w latach ubiegłych. - Przyczyną obecnej sytuacji jest niestabilny rynek zbożowy, który został zburzony sztucznym windowaniem cen w 1996 r. i późniejszym nie kontrolowanym importem. Aby opanować te zawirowania, musimy wrócić do sytuacji, w której ceny będzie kształtował rynek - oczywiście przy zachowaniu zdrowych elementów interwencjonizmu państwa - mówi dr Maria Stolz- man, ekspert rolny. Generalną przyczyną powtarzających się w ostatnich latach kryzysów na rynku rolnym jest zamknięcie całej klasy chłopskiej w cywilizacyjnej niszy. "Państwo, jak w czasach PRL, daje wszystkim szansę przeżycia, lecz pozbawia wszelkich szans na rozwój" - konkluduje prof. Mokrzycki.
Okładka tygodnika WPROST: 34/1999
Więcej możesz przeczytać w 34/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0