Czarna rozpacz

Czarna rozpacz

W ciągu ostatnich dwóch lat każdy podatnik wydał na reformę górnictwa sto dziesięć złotych
Nadal prawie 70 tys. górników przychodzi do pracy "ze względów społecznych i socjalnych", a ich praca nie ma żadnego ekonomicznego uzasadnienia. Do każdej tony węgla podatnicy dopłacają średnio 16,60 zł. Czy nie lepiej zatem zwiększyć pulę pieniędzy na odprawy dla górników, niż dopłacać do każdego miejsca pracy, do każdej wydobytej tony węgla?
Opracowany kilka lat temu plan restrukturyzacji polskiego górnictwa zakładał, że do 2000 r. branża ta przestanie przynosić straty, a od 2001 r. kopalnie będą już dochodowe. Z górnictwa powinno odejść 115 tys. osób, a zdolności wydobywcze powinny być ograniczone o 35 mln ton. Dzisiaj wiadomo już, że plan ten nie zostanie zrealizowany, a między ministrami finansów i gospodarki trwa spór o tempo przekształceń w polskich kopalniach. Jednak zarówno konieczność przyspieszenia restrukturyzacji, postulowana przez Leszka Balcerowicza, jak i propozycja wydłużenia reform w czasie, przedłożona przez Janusza Steinhoffa, nie są akceptowane przez górnicze związki zawodowe.
Okazuje się, że przeszacowano wielkość tegorocznego popytu na węgiel. Większa podaż powoduje, że cena jest niższa, niż zakładano na początku roku. Spada także eksport, gdyż nasz węgiel przegrywa w konkurencji z tańszym węglem amerykańskim, chińskim, australijskim czy też pochodzącym z RPA. Polska powoli z jednego z największych eksporterów przekształca się w importera. Jak wynika z danych opublikowanych przez tygodnik "Boss-Gospodarka", w latach 1994-1998 sprowadziliśmy prawie 12 mln ton, głównie z Rosji i Czech. W tym roku wydaliśmy już na import węgla ponad 50 mln dolarów, a wartość zakupów w RPA - w porównaniu z ubiegłym rokiem - wzrosła o ponad 300 proc.
W ubiegłym roku budżet państwa przeznaczył na restrukturyzację górnictwa ponad miliard złotych. W tym roku wydatki mają wynieść prawie 2 mld zł, co oznacza, że w ciągu ostatnich dwóch lat każdy podatnik wydał na reformę górnictwa ponad 110 zł. Jednocześnie w ubiegłym roku kopalnie przyniosły ponad 2,8 mld zł strat. W tym roku deficyt miał być mniejszy - "zaledwie" 1,335 mld zł. Tymczasem już po pół roku przekroczył 1,4 mld zł, a więc pod koniec roku sięgnie gigantycznej kwoty 3,3 mld zł. Z tych danych wypływa jeden wniosek: jedynym efektem dotychczasowej restrukturyzacji górnictwa jest wzrost strat przy równoczesnym zwiększeniu wydatków z budżetu państwa.
Ciągle rośnie zadłużenie kopalń. Tegoroczne zaległości wobec fiskusa przekroczyły miliard złotych. ZUS już chyba stracił nadzieję, że kopalnie uregulują swoje długi, które przekroczyły 4,6 mld zł. Na liście wierzycieli jest jeszcze kilka innych instytucji, oczekujących spłaty przeszło 5,1 mld zł. Pod koniec czerwca 1999 r. kopalniane długi szacowano na ponad 18 mld zł. Kopalnie regularnie płacą tylko pensje i rachunki za prąd. To właśnie górnictwo jest w dużej mierze odpowiedzialne za to, że już w sierpniu deficyt budżetowy osiągnął poziom, jaki przewidywano na koniec roku. Innymi słowy: dawne "czarne złoto" PRL - dziś raczej "czarna rozpacz" - ciągnie w dół polską gospodarkę. Korekta programu przygotowanego przez Ministerstwo Gospodarki, a odrzuconego przez Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów, zakładała w dodatku odroczenie wszelkich płatności o dwa lata.
Spadek energochłon- ności polskiego przemysłu (w 2020 r. będzie ona cztery razy mniejsza niż obecnie), niewielki wzrost popytu na energię elektryczną oraz wzrost zapotrzebowania na ropę i gaz ziemny spowodują zmniejszanie się popytu na węgiel kamienny. Eksperci Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych szacują, że o ile w 1999 r. Polska będzie potrzebowała 92,5 mln ton węgla, o tyle w 2020 r. popyt nie powinien przekroczyć 68 mln ton. Autorzy ekspertyzy przewidują, że za dwadzieścia lat polski eksport węgla będzie równy naszemu importowi.
Mamy za dużo kopalń, za dużo górników i wydobywamy za dużo węgla. Nadmierna podaż powoduje, że cena węgla systematycznie spada. Na początku roku szacowano, iż będzie ona wynosiła 135 zł za tonę, ale teraz nie przekracza 115 zł. Oznacza to, że kopalnie zarobią w tym roku o 2 mld zł mniej, niż planowano. Zdaniem ekspertów, węgiel nadal będzie relatywnie taniał i za trzy lata tona nie będzie kosztowała więcej niż 121 zł.
Górnictwo oczekuje tymczasem jeszcze większego wsparcia ze strony budżetu państwa. - Kopalnie same nie wygenerują pieniędzy potrzebnych na restrukturyzację - przekonuje Henryk Śliwa, wiceprezes Gliwickiej Spółki Węglowej. - Popyt na węgiel jest coraz mniejszy i nadal będzie spadał. W tej chwili jest więcej chętnych do odejścia z kopalń niż pieniędzy przeznaczanych na odprawy. Kopalnie ograniczają koszty, wprowadzając na przykład cztery zmiany, aby efektywniej wykorzystać posiadany sprzęt. Jednak wyniki ekonomiczne wciąż są ujemne.
Szefowie spółek węglowych zgadzają się z opinią, że przygotowane wcześniej plany restrukturyzacji górnictwa są już nieaktualne. - Załamanie na rynku światowym bezpośrednio odbija się na sytuacji w Polsce - twierdzi Roman Major, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej. - Trzeba ograniczyć możliwości wydobywcze polskich kopalń, ale nie może się to odbywać kosztem wszystkich zakładów. Najpierw trzeba wyeliminować te, które są najmniej efektywne. Jeżeli ograniczy się wydobycie w najlepszych kopalniach, koszty stałe spowodują, że cena węgla wzrośnie.
Teoretycznie prezes Major ma rację. Jednak na likwidację kopalń i miejsc pracy nie zgadzają się związkowcy. - Nie można zreformować górnictwa w ciągu dwóch, trzech lat. Ten proces powinien trwać co najmniej dziesięć lat - mówi Jan Maciejczyk z NSZZ "Solidarność" w przeznaczonej do likwidacji kopalni Dębieńsko. - Nie damy zamknąć naszej kopalni. Można w niej jeszcze przez dziesięć lat wydobywać wysokiej jakości węgiel - dodaje. Związkowi działacze zdają się nie dostrzegać, że kopalniane hałdy rosną w zastraszającym tempie.
Dla Andrzeja Cioka, wiceprzewodniczącego regionu śląsko-dąbrowskiego NSZZ "Solidarność", sprawa restrukturyzacji kopalń jest prosta: jeżeli w budżecie państwa nie ma pieniędzy dla zwalnianych górników, to trzeba wstrzymać albo spowolnić reformę. Związkowi działacze zgadzają się w dwóch kwestiach. Po pierwsze - przy nadmiarze węgla na rynku nie mają sensu żadne strajki, gdyż byłby to znakomity pretekst do likwidacji strajkującej kopalni. Po drugie - w Polsce mogłaby się powtórzyć sytuacja z Wielkiej Brytanii, gdzie na początku lat 90., mimo oporu związkowców, w ciągu pół roku zlikwidowano ponad 30 kopalń i zwolniono ponad 30 tys. górników. Duch thatcheryzmu unosi się nad polskimi kopalniami, choć na razie niewiele z tego wynika.
W 1998 r. z kopalń odeszło ponad 24,8 tys. górników. W tym roku (do końca maja) liczba zwolnionych przekroczyła już 7,5 tys. Dlaczego niektórzy z nich odchodzą dobrowolnie i biorą jednorazową odprawę? Ponieważ są przekonani, że dla górnictwa nadchodzą ciężkie czasy; warto więc zdecydować się na najkorzystniejszą - w ich opinii - formę rozwiązania umowy o pracę. Jakie są dalsze zawodowe losy tych osób? Z badań przeprowadzonych pod koniec ubiegłego roku przez Polską Akademię Nauk i Akademię Górniczo-Hutniczą wynika, że ponad połowa górników, którzy skorzystali z jednorazowych odpraw pieniężnych, znalazła już nową pracę. Im wyższe mają wykształcenie, tym mniej stwarza to problemów. Wielu z nich zatrudniło się w fabrykach uruchamianych w specjalnych strefach ekonomicznych. Na przykład o jedno miejsce w fabryce Opla w Gliwicach ubiegało się kilkunastu chętnych, wśród nich wielu byłych górników. Ponieważ mobilność siły roboczej w Polsce jest niewielka, należy przypuszczać, że zwalniający się z kopalń znaleźli nową pracę w pobliżu swojego miejsca zamieszkania. Nie może być inaczej, skoro 83 proc. ankietowanych odrzuciło możliwość przeniesienia się ze Śląska w inne rejony kraju.
Odchodzący z kopalń podejmują pracę przede wszystkim w firmach prywatnych bądź zakładają rodzinne przedsiębiorstwa. Jedynie dla 6 proc. badanych nowym pracodawcą jest przedsiębiorstwo państwowe. Nie znajdują potwierdzenia opinie, że biorący odprawy górnicy zasilą szarą strefę, będą pracowali na czarno, a tym samym unikali płacenia podatków i składek ZUS. Z badań wynika, że jedynie 5 proc. górników prowadzi nie zarejestrowaną działalność gospodarczą.
Sondaże PAN i AGH nie potwierdzają również obiegowych opinii o ubożeniu górników. Swoją sytuację materialną za dostateczną lub dobrą uznało ponad 55 proc. górników, którzy w zamian za odprawy odeszli z kopalń. Co trzeci z nich stwierdził jednak, że jego sytuacja finansowa jest mierna lub zła. Ponad 82 proc. ankietowanych górników bardzo pozytywnie ocenia decyzję o rezygnacji z dotychczasowej pracy.
Restrukturyzacja górnictwa powoduje także zmiany w śląskich obyczajach. Jeszcze kilka lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić, że co druga żona odchodzącego z kopalni górnika będzie pracować na pełnym etacie.
Okładka tygodnika WPROST: 35/1999
Więcej możesz przeczytać w 35/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0