Czy to sen, czy matrix?

Czy to sen, czy matrix?

Założeniem filmu "Matrix" jest prawie że zakwestionowanie naszego poczucia rzeczywistości, a tu nagle cała ta idiotyczna gimnastyka kung-fu
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, oto film, który już wkrótce może się okazać kultowy, bo wyraża nastroje ludzi pod koniec XX wieku - "Matrix". Podobno w Hollywood przystąpiono już do organizowania produkcji jego dalszego ciągu. Jak pan myśli, z czego wziął się ten sukces?
Zygmunt Kałużyński: - Zdaje mi się, że rzeczywiście ten film jest szczytowy i w najwyższym stopniu reprezentatywny dla całego trendu, który nie bez powodu pojawił się w kinie na progu nowego stulecia. Może jest to sprawa, która nam naprawdę zagraża? Rzeczywistość wirtualna pokonująca autentyczną. Mieliśmy już "Truman show", gdzie obywatel, nie zdając sobie z tego sprawy, żyje obserwowany przez pięćset telewizorów, oraz "Miasteczko Pleasantville", gdzie para współczesna zostaje przeniesiona do sitcomu sprzed pół wieku.
TR: - Tak, panie Zygmuncie, to były jednak komedie. Bardziej lub mniej, ale komedie. Tymczasem "Matrix" to ta sama sprawa pokazana na poważnie - ostrzeżenie przed problemem, który może nas już wkrótce dotyczyć.
ZK: - Konkurencja sztucznej rzeczywistości z prawdziwą została tak poszerzona, jak jeszcze w kinie nie było: ludzkość żyjąca na kuli ziemskiej znajduje się w fikcji, z której sobie nie zdaje sprawy. Czasy już się posunęły - jesteśmy w dalekiej przyszłości...
TR: - ... gdy komputery wygrały z człowiekiem.
ZK: - Tak, panują nad światem i stworzyły ludziom iluzję rzeczywistości z roku 1999, tej, którą znamy i uważamy za nasze prawdziwe życie. Tymczasem jest ona sztuczną kreacją, mającą służyć wyzyskaniu ludzkości przez owe genialne maszyny.
TR: - Czy zostaliśmy oszukani, bo to, co uważamy za rzeczywistość, jest fikcją?
ZK: - Otóż, panie Tomaszu, stoimy prawie że na progu problemu filozoficznego, który kiedyś sformułował Pascal: dlaczego mamy wierzyć w to, co przeżywamy, jeżeli w trakcie snu jesteśmy również pewni, że to, co w nim przeżywamy, jest prawdziwe? Co właściwie sprawia, że nasza świadomość decyduje o "prawdzie" naszego życia? Tyle że za sprawą filmu "Matrix" znaleźliśmy się w sytuacji dziwacznej i kontrastowej. Po problemach, na które się wspięliśmy, skaczemy nagłe łbem naprzód w dziką, sensacyjną rozróbę, sprowadzającą się do kopaniny między przeciwnikami, w której uczciwy powinien zwyciężyć.
TR: - No właśnie, panie Zygmuncie, popatrzmy na "Matrix" z punktu widzenia krytyka filmowego: jak pogodzić narastającą kultowość filmu - biorącą się zapewne z tego, że zahaczył on o nasze lęki egzystencjalne i zrobił to w modnej formule cyberpunkowej - z faktem, że jest on raczej nieudany z artystycznego punktu widzenia? Moim zdaniem, "Matrix" jest bowiem produkcją nie wykraczającą poza przeciętność, a aktorzy (z Keanu Reevesem na czele) grają powierzchownie i nieprzekonująco.
ZK: - Tylko, panie Tomaszu, czy należy ten film rozpatrywać według wymagań i kategorii, jakie pan zastosował?
TR: - A dlaczego nie? Bądźmy sprawiedliwi i wszystkie filmy oceniajmy według tych samych kryteriów.
ZK: - Zaraz, ale jest jeszcze jedno kryterium - widowisko. A ten spektakl jest naprawdę oryginalny.
TR: - Zaraz okaże się, że zaczniemy stosować do filmu reguły przynależne grom komputerowym, a nie dziełom sztuki.
ZK: - Gry komputerowe również potrafią nam stworzyć atmosferę i emocje, a one nie są do pogardzenia w kinie. Może nie mają tej samej wartości co ambitne osiągnięcia artystyczne, ale mają pewne ludzkie znaczenie. Poza tym sądzę, że w tym filmie jest nowość, jakiej nie było dotychczas w tym gatunku. Co tu się dzieje? Otóż przeciwko temu kolosalnemu oszustwu protestuje zbuntowany konspiracyjny działacz, który się nazywa Morfeusz, i z pomocą podobnych sobie znajduje Keanu Reevesa - czyli obywatela, który żyje w tej bla- dze - odsłania mu prawdę i spodziewa się, że zrobi z niego bojownika, który być może kiedyś przeciwstawi się potędze Matrixu, czyli fikcyjnej rzeczywistości kontrolowanej przez komputery.
TR: - Innymi słowy, chciałby z niego zrobić Nadczłowieka epoki wirtualnej?
ZK: - Tak, ale jak to się odbywa! Reeves zostaje poddany specjalnej edukacji. Morfeusz robi z niego postać wirtualnego bojownika i w dodatku ćwiczy go w kung-fu, co już wygląda zupełnie...
TR: - ... groteskowo. Chwilami miałem wrażenie, że oglądam film kung-fu, w rodzaju tych realizowanych przed piętnastoma laty i rozprowadzanych głównie na kasetach wideo z myślą o wielbicielach tego gatunku; a byli to kinomani, którym na poziomie artystycznym raczej nie zależało. Cechą charakterystyczną tych produkcji były wszelkiego rodzaju świsty, tupania i okrzyki wydawane w trakcie walki bojowników kung-fu.
ZK: - Słusznie pan zauważył, że jesteśmy w piętrowym paradoksie. Założeniem filmu jest prawie że zakwestionowanie naszego poczucia rzeczywistości, czyli jest to temat świadomości (ośmieliliśmy się użyć zwrotu "sprawa filozoficzna"), a tu nagle cała ta idiotyczna gimnastyka kung-fu. Skąd się to wzięło? Okazuje się, że autorzy tego filmu, bracia Wachowscy (możliwe zresztą, że rodacy), są wielbicielami kina Hongkongu. Nie bez powodu. Rzeczywiście, doszło ono do sprawności widowiskowej, którą pan przed chwilą scharakteryzował pogardliwie, która ma jednak swoją wartość jako rodzaj dynamicznej choreografii, zależnie od poziomu wykonania. Zresztą każda rzecz w filmie może być głupia i podła albo może nam przynieść wartość popisową.
TR: - Tyle że publiczność raczej przy tym chichocze, niż ma zaparty dech...
ZK: - Bo może się trochę gubi w tej wielości planów. Z jednej strony mamy udawaną naszą rzeczywistość - fałszywy rok 1999. Druga płaszczyzna to rzeczywistość wirtualna, w której Keanu musi się poruszać, bo tu właśnie rozgrywają się najważniejsze potyczki ze strażnikami Matrixu.
TR: - Wyglądają oni jak pracownicy BOR-u.
ZK: - Tak, to są tacy zimni panowie w krawatach i ciemnych okularach. Ale jaką mają sprawność! I jeszcze trzecia warstwa, czyli owe walki kung-fu, które on wykonuje. Muszę się panu przyznać - bo mam chyba bardziej życzliwe nastawienie do tego typu spektakli niż pan - że uważam ten sensacyjny, komercyjny, sajensfikszonowy film za trudny w odbiorze. Wymaga on tyle samo dobrej woli, co ambitna produkcja artystyczna, lecz jeśli się na to nastawimy, zobaczymy kawał spektaklu naprawdę przerastający wszystko, co w trendzie fałszywej rzeczywistości kino dotychczas nam dało.
Okładka tygodnika WPROST: 35/1999
Więcej możesz przeczytać w 35/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0