KREMLGATE

KREMLGATE

Po dwóch latach w roli przedstawiciela Rosji przy Międzynarodowym Funduszu Walutowym (MFW) Konstantin Kagałowski urządził w Waszyngtonie pożegnanie dla przyjaciół
Był rok 1994. Przy stołach zastawionych najlepszym kawiorem i szampanami 37-letni wówczas Kagałowski poinformował, że jego nowy pracodawca, moskiewski Menatep Bank, znajduje się w pierwszym szeregu rosyjskiej transformacji i pomaga w budowie nowej, tym razem prywatnej elity jego kraju. Buńczuczne słowa młodego bankiera wywołały zdziwienie. Kagałowski zdawał się jednak mówić prawdę. Wkrótce potem - już jako zastępca szefa Menatepu - rezydował w apartamentach luksusowego hotelu, którego okna wychodziły wprost na Kreml. Na spotkaniu z udziałowcami zapewnił, że niedługo bank osiągnie "światowy zasięg". I tym razem, przynajmniej w pewnym sensie, nie kłamał - agenci FBI twierdzą, iż Menatep i Kagałowski budzą ich zainteresowanie w związku ze sprawą, która zaczęła się od rutynowej kontroli w Bank of New York, by przybrać rozmiary jednej z największych afer finansowych XX wieku. Oprócz Kagałowskiego i rosyjskiej mafii w aferę "wartą" co najmniej 14 mld dolarów zamieszanych jest przynaj- mniej dwunastu byłych lub obecnych członków rosyjskiego rządu, a także córka prezydenta Borysa Jelcyna, Tatiana Diaczenko.
Rosyjska mafia - dla odróżnienia od poczynań Włochów nazywana "czerwoną" - zdążyła się już zadomowić za oceanem. Jeśli wierzyć współpracującym z sobą w USA agentom FBI i wywiadu izraelskiego, zadziwia umiejętnością łączenia przestępczej inteligencji i niezwykłej brutalności. Z dokumentów Federalnego Biura Śledczego wynika, że w Ameryce Północnej działa 30 rosyjskich syndykatów kryminalnych. - Rosjanie to kryminaliści najwyższej, światowej klasy. Zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. przestępstwa w białych rękawiczkach i poważne przestępstwa finansowe, nie mają sobie równych. Znają się na przepisach i działają na międzynarodową skalę - mówi Roger Berger, zajmujący się rosyjskim światem przestępczym na zlecenie nowojorskiego urzędu podatkowego. Właśnie dlatego "kwalifikacje" Marata Bałaguły, przywódcy mafii z Brighton Beach, rosyjskiej części Brooklynu, wcale nie należą do niezwykłych. Bałaguła, odsiadujący obecnie karę więzienia za oszustwa podatkowe, ma tytuły naukowe z matematyki i biznesu. Wymieniany z nim jednym tchem 53-letni Siemion Mogilewicz, jedna z głównych postaci obecnego śledztwa w sprawie prania miliardów dolarów płynących do Rosji z USA i krajów europejskich jako pożyczki MFW, a wypływających jako prywatne fortuny prominentów, także jest bardzo wykształconym człowiekiem.
Przestępstwa finansowe to - oprócz handlu narkotykami i kontroli prostytucji - główne zajęcia "czerwonych" mafiosów. Ale nie tylko - z liczącego 70 stron dokumentu przygotowanego przez nowojorskie Biuro ds. Przestępczości Zorganizowanej i Komisję Śledczą Stanu New Jersey wynika, iż w latach 1981-1996 tylko w tych dwóch stanach zanotowano przynaj- mniej 70 zabójstw związanych z działalnością rosyjskiej mafii. Największym problemem jest brak rzeczywistych kontaktów pomiędzy służbami śledczymi USA oraz Rosji i Ukrainy. Formalnie istnieją, ale - jak przekonuje James Finckenauer, kryminolog z Rutgers University, badający ten problem na zlecenie Departamentu Sprawiedliwości USA - amerykańscy policjanci nie wierzą w uczciwość swoich rosyjskich kolegów. - Niektórzy z nich chcą nam sprzedawać swoje informacje, tłumacząc to niskimi zarobkami. Z kolei przedstawiciele rosyjskiego świata przestępczego czują się w USA bezkarnie, wiedząc, że w razie wpadki zawsze mogą uciec do rodzinnego kraju, bo Rosja nie podpisała z nami umowy o ekstradycji - mówi Finckenauer.
Szefowie Bank of New York, jednej z najbardziej szacownych instytucji finansowych tego miasta, jesienią minionego roku zainteresowali się wyjątkowo dużą liczbą drobnych transakcji dokonywanych w jednej z komórek banku - w wydziale wschodnioeuropejskim. Jego szefową była Natasza Gurfinkel-Kagałowski, żona Konstantina Kagałowskiego, który obecnie jest wiceprezesem naftowego giganta Jukos, do niedawna kontrolowanego przez Menatep. W ciągu niespełna półtora roku (badania FBI obejmują okres od marca 1998 r. do sierpnia 1999 r.) co miesiąc dokonywano tam kilkunastu tysięcy transakcji, których łączna wartość przekroczyła 4,2 mld dolarów. Były to transakcje z fikcyjnymi, istniejącymi tylko na papierze firmami. Jak przypuszczają władze śledcze, ich celem było wypranie miliardów dolarów przekazywanych Rosji przez MFW.
Skala wykrywanych operacji powiększa się z każdym dniem śledztwa. Jedna z najnowszych informacji ma dotyczyć związku nie istniejącego już Menatep Banku (centralny bank Rosji cofnął mu licencję w maju) z Benex Worldwide Ltd. Ta rosyjska firma o silnych powiązaniach ze światem przestępczym, od listopada 1998 r. przepuściła przez konta w Bank of New York ponad 6 mld dolarów. Tutaj także funkcjonował układ rodzinny - szefem Benexu jest Peter Berlin, którego żona, Lucy Edwards, pracowała w londyńskim oddziale Bank of New York. FBI ustaliło, iż jednym z amerykańskich kontrahentów Benexu była fabryka magnesów YBM Magnex International z Pensylwanii, kontrolowana przez Siemiona Mogilewicza, uznawanego za najbardziej wpływowego przedstawiciela rosyjskiego świata przestępczego (jego biuro mieści na zapleczu budapeszteńskiego klubu "Black and White"). To właśnie on - jak twierdzą przedstawiciele brytyjskiego wywiadu, z którymi rozmawiali dziennikarze "USA Today" - prowadził korespondencję oraz rozmowy telefoniczne z najbliższymi współpracownikami Borysa Jelcyna.

Afera finansowa, w którą zamieszani są ludzie ze szczytów rosyjskiej władzy,
jest jedną z największych w tym stuleciu


Znając możliwości Mogilewicza oraz skalę korupcji w Rosji, jeden z funkcjonariuszy federalnych służb śledczych nazwał podawane do tej pory miliardowe sumy - największa z nich to 14,2 mld dolarów - "wierzchołkiem góry lodowej", informując, że podobne śledztwa rozpoczęto w innych instytucjach finansowych, na przykład w szwajcarskim UBS AG i Credit Suisse Group. Afera zaczęła zataczać coraz szersze kręgi, obejmując m.in. Tatianę Diaczenko, córkę prezydenta Borysa Jelcyna, byłych wicepremierów Anatolija Czubajsa, Olega Soskowca i Władimira Potanina oraz byłego ministra finansów Aleksandra Liwszyca. FBI zaczęło się interesować powiązaniami Kagałowskiego z niejakim Aleksandrem Konanychinem, przed laty jednym z najbardziej zaufanych ludzi Menatepu. W latach 90. Konanychin, student fizyki, był pionierem rosyjskiego kapitalizmu jako twórca imperium bankowo-inwestycyjnego wycenianego wtedy na 300 mln dolarów. Niespełna trzydziestoletni Konanychin stał się jednym z najbliższych współpracowników Borysa Jelcyna, by niespodziewanie w 1992 r. uciec z Rosji i poprosić o azyl polityczny w USA. Dziś agenci FBI zadają sobie pytanie: czy mają do czynienia z prawdziwym uchodźcą politycznym, czy kimś, kto chce uniknąć kary?
Główni bohaterowie finansowego skandalu albo milczą, albo przepadli jak kamień w wodę. Stanley Arkin, prawnik Kagałowskich, stwierdził, iż "jego klienci chcą oświadczyć, że nigdy nie byli związani z procesem prania pieniędzy i nic nie wiedzą o takim procederze". Podobne stanowisko zajął amerykański prawnik Konanychina, określając prowadzone przez FBI śledztwo w sprawie jego klienta mianem "bzdurnego". Koleżance Nataszy, Lucy Edwards (obie panie bywały razem na wystawnych przyjęciach), którą - według źródeł brytyjskich - już po rozpoczęciu skandalu widziano w luksusowym Palace Hotel w Moskwie, także formalnie nie postawiono zarzutów. Na pytanie o materiały dowodowe przeciwko obu paniom zarówno rzecznik prasowy FBI, jak i przedstawiciele Prokuratury Generalnej USA w Nowym Jorku odmówili komentarza. Stwierdzili jednak, że z racji zajmowanej pozycji Natasza Kagałowski "nie mogła nie zdawać sobie sprawy" z wątpliwego pochodzenia sum przechodzących przez znajdujące się pod jej nadzorem konta.
Mniej wtajemniczeni muszą zadawać sobie pytanie, jak w ogóle mogło dojść do tego, że pieniądze z MFW zostały skierowane legalną drogą do największych banków Ameryki i błyskawicznie powróciły jako "nowe" pieniądze do Rosji. Mechanizm był w rzeczywistości nieskomplikowany, jeśli wie się o istnieniu tzw. banków korespondencyjnych. Centralny bank Rosji w latach 1991-1995 wydal trzy tysiące licencji dla takich instytucji. - Tylko w trzystu wypadkach sprawdzono, czy bank to nie tylko mosiężna tabliczka na drzwiach - mówi Jack Blum, waszyngtoński prawnik specjalizujący się w międzynarodowym prawie kryminalnym. Po otrzymaniu licencji wszystko staje się proste - wystarczy za stałą opłatą nawiązać współpracę z którymkolwiek z większych banków w USA (takim jak Citibank czy występujący obecnie w niechlubnej roli Bank of New York), by prowadzić interesy w USA. Po załatwieniu tych formalności każda z transakcji ma pozory legalności, a nazwa firmującego operację banku musi budzić zaufanie. O tym, jak bardzo opłacalnym biznesem jest pranie pieniędzy, niech świadczą chociażby dane zawarte w opublikowanej w 1996 r. książce Jeffreya Robinsona "The Laundrymen", z której wynika, że wpływy z tego procederu przekraczają 500 mld dolarów rocznie - więcej przynosi jedynie międzynarodowa wymiana handlowa i sprzedaż ropy naftowej. Skandal z funduszami MFW, któremu rząd Rosji winny jest jeszcze 16,9 mld dolarów, wywołał ostrą reakcję członków Kongresu USA, nie bez racji twierdzących, że fundusz zaniedbał kontrolę przekazywanych do Rosji pożyczek. "MFW musiał wiedzieć, ze dzieje się coś złego, ale nie zareagował. Taka lekkomyślność już przestaje być śmieszna" - powiedział Alan Meltzer, znany ekonomista z Uniwersytetu Carnegie Mellon, członek komisji Kongresu badającej działalność MFW, Banku Światowego i innych agencji finansowych. "Trzeba skończyć z pożyczkami dla Rosji. Czas pobłażliwości minął" - stwierdził na forum Kongresu reprezentujący Kalifornię Tom Campbell.


Wydział Europy Wschodniej Bank of New York służył jako pralnia miliardów dolarów przekazywanych Rosji przez MFW

W odpowiedzi na te wystąpienia rosyjski minister Michaił Kasjanow zaprzeczył, jakoby rząd jego kraju miał cokolwiek wspólnego z praniem pieniędzy MFW, natomiast Władimir Ustinow, prokurator generalny Rosji, złożył oświadczenie, że zamierza pomóc FBI w poszukiwaniu ewentualnych powiązań świata przestępczego Rosji z nielegalnymi transakcjami w USA. Tymczasem komentatorzy rosyjskiej prasy piszą, że nagłaśniające aferę zachodnie media obwiniają nie tyle konkretne osoby, ile system władzy w Rosji. Według dziennika "Izwiestia", trwa kampania mająca na celu dyskredytację rosyjskich przywódców, biznesmenów i samej Rosji: "Ta kampania będzie niszczycielska. W najbliższym czasie żaden szanujący się człowiek z Zachodu nie zechce mieć z Rosją nic wspólnego, bo wszyscy w Rosji to teraz bandyci i złodzieje".
W ostatni czwartek na Kremlu odbyła się tajna narada zainteresowanych. Zastanawiano się, jak Kreml powinien reagować, jaką przyjąć taktykę w związku z oskarżeniami. Zdecydowano, że skandal szybciej ucichnie, jeśli nie będzie żadnych oficjalnych reakcji i głośnych politycznych oświadczeń. Ustalono, że każda z zainteresowanych osób będzie działać na własną rękę. Wcześniej rzecznik prezydenta Dmitryj Jakuszkin oficjalnie oświadczył, że "Borys Jelcyn, jego żona oraz ich dzieci nigdy nie zakładali żadnych kont za granicą". Członkowie kremlowskiej administracji i inne osoby oskarżane przez zachodnie media o korupcję twierdzą, że są niewinne, ale dotychczas żadna z nich nie podała sprawy do sądu. Na Kremlu panuje przekonanie, że artykuły w zachodnich gazetach pojawiły się "na zamówienie rosyjskich wrogów rodziny prezydenta". Borys Bieriezowski wymienia przy tym nazwisko burmistrza Moskwy Jurija Łużkowa. Podjęto już działania przeciwko ludziom, którzy mogą ponosić winę za przecieki. Do roszady doszło w Prokuraturze Generalnej.


Okładka tygodnika WPROST: 36/1999
Więcej możesz przeczytać w 36/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0