TOWARZYSZE I KOLEDZY

TOWARZYSZE I KOLEDZY

Hi-tech
Dawno, bardzo dawno temu słyszałem takie powiedzenie: "Powiedz Polakowi, że na niebie jest sześćdziesiąt miliardów dwieście osiemdziesiąt siedem milionów pięćset dwadzieścia osiem gwiazd - uwierzy. Napisz na ławce "Świeżo malowane" - zawsze dotknie palcem".
Prawdopodobnie nie jestem Polakiem, bo ławek nie dotykam, a wielkie "bummm" kosmosu i rozszerzający się wszechświat jest dla mnie zbyt wielką abstrakcją, i w tym miejscu moim Mikołajem Kopernikiem mógłby z powodzeniem być Henryk Goryszewski, który przed wakacjami odkrył, że wszechświat się jakiś czas temu zatrzymał i miało to związek z Leszkiem Balcerowiczem.
Ja osobiście urodziłem się w świecie mało skomplikowanym. W domu było tylko radio Pionier, a przed ukończeniem podstawówki otrzymałem rower Ukraina. Miał dwa koła, łańcuch, tryby mniejszy i większy oraz kierownicę, dzięki której po kilku miesiącach poruszałem się we właściwych kierunkach z ogromną - jak na moją wyobraźnię - szybkością.
W szkole średniej, a było to liceum pedagogiczne, zalecano mi pisanie wyłącznie piórem wiecznym, bo to wyrabia w człowieku charakter i dowiedziałem się od dyrektora, że za pierwsze pieniądze powinienem kupić radio, żeby wiedzieć, co się dzieje na świecie, i zegarek, żeby się nie spóźniać. Na tym skończyła się moja edukacja, ale pamiętając rady pedagogów, zgromadziłem od tamtego czasu około sześćdziesięciu wielkiej urody piór wiecznych, kilka zegarków - mniej lub lepiej chodzących - i radia, w tym jedno kieszonkowe, z którym nie rozstaję się nigdy.
Chcąc mimo wszystko posunąć się do przodu, opanowałem mechaniczną maszynę do pisania i z tą nagromadzoną w moim domu techniką usiłuję dogonić rozpędzony świat. Przyznacie, że w dobie światłowodów i szalejącego Internetu jest to mniej więcej tak, jakbym się zaczął ścigać z lekkoatletami na mistrzostwach świata, nie używając sterydów i anabolików.
I któregoś dnia, uzmysłowiwszy to sobie, stanąłem przed lustrem i powiedziałem: - Chłopie, kurde, przecież ty jesteś na szarym końcu. I rozpłakałem się jak dziecko. I z tej rozpaczy - nie wiem, czemu - włączyłem telewizor. Na większości kanałów szły wilczymi stadami brazylijskie opery mydlane, amerykańskie seriale o niedorozwiniętych żonach i teleturnieje przemieszane z disco relax i piosenką biesiadną.
Wtedy wyjąłem z szuflady zwykłą, białą kartkę papieru, moje ukochane wieczne pióro i wykaligrafowałem zdanie, które przyczepiłem do ekranu telewizora. Były to dwa słowa: "Koniec wyścigu!".

Okładka tygodnika WPROST: 37/1999
Więcej możesz przeczytać w 37/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0