Wojna i pokój

Wojna i pokój

Rozmowa z JANEM NOWAKIEM-JEZIORAŃSKIM
Jerzy Sławomir Mac: - Czy Polacy potrafią się rządzić?
Jan Nowak-Jeziorański: - W ciągu ostatnich lat wydawało się, że odpowiedź na to pytanie jest pozytywna. Osiągnięcia rządów minionej dekady są imponujące. W polityce zagranicznej w ciągu krótkiego czasu doszło do pojednania z Niemcami, które jest przełomem w skali tysiąclecia. Przez całe millenium żyliśmy przecież w cieniu zagrożenia niemieckiego. Nasza polityka doprowadziła do tego, że Polska po raz pierwszy ma przyjazne lub poprawne stosunki ze wszystkimi sąsiadami. Doprowadziła do umorzenia ogromnej części naszego długu zagranicznego i do wycofania wojsk sowieckich z naszego terytorium, bez jakichkolwiek warunków i bez jednego wystrzału. Doszło wreszcie do przyjęcia Polski w szeregi przymierza atlantyckiego, co było również wyrazem uznania dla naszych osiągnięć wewnętrznych: przyjęcia systemu demokratycznego, uznania praw mniejszości, a przede wszystkim imponującej przebudowy gospodarczej. Dochód społeczny Polski wzrósł w tym czasie o 20 proc., podczas gdy w innych krajach - w Rosji, na Ukrainie, a nawet w Czechach - zmalał. Niestety, dziś istotnie rodzi się niepokój, czy Polacy potrafią się rządzić.
- Polacy mówią, że potrafią, tylko są źle rządzeni. "Największym zagrożeniem dla Polaków są oni sami" - powiedział pan ostatnio w "Linii specjalnej". Czy - analogicznie - największym zagrożeniem dla obecnej koalicji jest sama koalicja?
- My, Polacy, mamy wielką skłonność do składania wszelkiej winy i odpowiedzialności na rządy. W demokracji decyduje jednak społeczeństwo. Mój niepokój kieruję więc nie pod adresem rządu, ale przede wszystkim wobec samego społeczeństwa, zaczynającego - zwłaszcza ostatnio - okazywać skłonność do recydywy naszych wad narodowych: zamieniania wolności i demokracji w anarchię, prowadzącą do upadku państwa. Nie ja pierwszy mówię o tym, że te protesty, które mogą być w wielu wypadkach całkowicie uzasadnione, przybierają formę liberum veto. Obserwujemy powrót do prywaty, stawiania dobra grupowego ponad interes państwa. Mamy naciski takich roszczeń, które muszą prowadzić do bankructwa państwa, do załamania tego wspaniałego sukcesu, jaki osiągnęliśmy w ostatniej dekadzie. Nigdy nie patrzyłem z taką obawą w najbliższą przyszłość jak obecnie.
- Czego nie rozumieją Polacy - ci rządzeni i ci rządzący?
- Musimy wszyscy zrozumieć, że to nie rząd i państwo są źródłem bogactwa. Jest nim dobrze funkcjonująca gospodarka. Celem każdego rządu musi być wydobycie Polski z niżu gospodarczego, w jakim znalazła się na skutek 45 lat bezsensownego systemu, zwanego socjalistycznym. Tak długo, jak będziemy przeznaczać olbrzymie dotacje na sektor państwowy, w którym większość przedsiębiorstw jest deficytowa, bo państwo - każde państwo - ze swej natury źle gospodaruje, dopóki będziemy łożyli wielkie sumy na wczesne emerytury dla ludzi w pełni sił i zdrowia, dopóki będziemy podtrzymywali najbardziej zacofane rolnictwo w Europie - tak długo nie będziemy mieli funduszy na oświatę, badania naukowe, ochronę zdrowia, kulturę, bezpieczeństwo i obronę. Droga do poprawy sytuacji społeczno-gospodarczej prowadzi przez podniesienie rentownej produkcji i wzrost dochodów skarbu państwa. Gdybyśmy te pieniądze, które wydajemy na bezrobocie - prawdziwe i ukryte - przeznaczyli na pracochłonne budowanie dróg, mielibyśmy już o wiele mniejsze bezrobocie i sieć autostrad, co niesłychanie wspomogłoby naszą gospodarkę. Ale dopóki rząd będzie ustępował pod naciskiem, dopóki będzie triumfował populizm nad polityką Balcerowicza - człowieka, który rację stanu stawia ponad interes wyborczy swojej partii - dopóty nie zdołamy dokończyć podjętego dzieła reform, a ich efekty będą marnowane.
- Co więc powinien zrobić rząd, grając na tak wyboistym boisku i mając na trybunach grupy szalikowców, a nie grono kibiców?
- Powinien przede wszystkim zaniechać wojny na górze, toczącej się w łonie samego rządu. Jak mogą sprawnie kierować państwem i prowadzić jego przebudowę stronnictwa koalicyjne, które, tworząc rząd, walczą między sobą? Jest rzeczą niesłychaną w jakimkolwiek systemie demokratycznym, żeby jakiś minister poświęcał całą swą energię na zwalczanie rządowego kolegi i żeby głosował przeciwko decyzjom swego rządu. To są symptomy poważnej choroby. Trzeba też położyć kres bezkarności takich ludzi jak Lepper, który jest typowym uosobieniem szlacheckiego warchoła z czasów I Rzeczypospolitej. To, że jeden człowiek może bezkarnie wypowiadać wojnę państwu, całemu porządkowi konstytucyjnemu i prawnemu, stanowi sygnał poważnej słabości rządu. Musi to spowodować eskalację przemocy wobec własnego państwa i zagrozić demokracji w naszym kraju.


Sam byłem obiektem wielu fałszywek i wiem dobrze, jak łatwo jest sfałszować jakiś dokument. Kiszczak miał dość czasu, by wprowadzić do kartotek fałszywki

- Ale ów warchoł ma większe poparcie niż rząd i jego premier...
- Jeśli dobrze pamiętam, przegrał w ostatnich wyborach. Rozumiem niezadowolenie i opór społeczny. Każdy zabieg chirurgiczny oznacza cierpienie i ból, ale przecież nie wolno z tego powodu zaniechać operacji, jeśli w grę wchodzi zdrowie lub życie pacjenta. A tutaj chodzi o przyszłość państwa i jego obywateli. Dlatego moje postulaty wobec tego rządu i tej koalicji sprowadzają się właściwie do jednego, najważniejszego: zjednoczyć się solidarnie w poparciu dla reform prowadzonych przez Leszka Balcerowicza i innych członków gabinetu Jerzego Buzka. One są przecież niezbędne, ale nie będą mogły być zrealizowane, jeśli rząd nie przeciwstawi się z odwagą i stanowczością wszystkim naciskom wykolejającym państwową lokomotywę. Nasza dzisiejsza pozycja na świecie wynika z ogromnych sukcesów politycznych i gospodarczych, które wysunęły Polskę na czoło tego rejonu Europy. Tę pozycję trzeba za wszelką cenę utrzymać, jeśli chcemy, by pielęgniarki nie miały głodowych płac, by zredukować bezrobocie i poprawić położenie ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego. Musimy podnieść rentowną produkcję i w ten sposób doprowadzić do wzrostu dochodów państwa. Drukowanie pieniędzy tego nie zastąpi.
- Czy ta druga wojna na górze, te wszystkie wymienione przez pana słabości i zaniechania rządu oraz skandale lustracyjne nie psują wizerunku Polski w opinii międzynarodowej? Nie opóźnią naszego wejścia do Unii Europejskiej?
- Wizerunek Polski na świecie jest dziś lepszy niż był kiedykolwiek w całej naszej historii. To jest nasz olbrzymi atut. Przecież reforma Balcerowicza, kontynuowana wolniej lub szybciej przez jego następców, ściągnęła do Polski 30 mld USD. Takiego zastrzyku nie dostał żaden kraj w Europie. To jest dziesięć razy więcej niż pomoc Marshalla! Ale to, co się teraz dzieje, nie poprawia naszego wizerunku. Jeśli przemoc doprowadzi - niech Bóg przed tym uchowa - do obalenia ustroju demokratycznego czy do zachwiania nim, jeśli załamie się postęp gospodarczy, to i nasza pozycja na świecie zostanie zniszczona. Jeśli zaś chodzi o lustrację... Jest ona wewnętrzną sprawą naszego kraju. Nie ma zwyczaju wtrącania się przez inne państwa w politykę wewnętrzną. Jeżeli jednak wicepremier Tomaszewski został sprawdzony, dopuszczony do największych tajemnic NATO i nagle okazuje się, że miał od dawna na swoim sumieniu coś, co odbiera mu to zaufanie, to podważamy system weryfikacji NATO i podważamy zaufanie, które jest niezbędne wobec sojusznika. Wyrokowanie, czy Tomaszewski jest winny, czy niewinny, jest domeną sądu. Ale mój niepokój budzi lustracja oparta na aktach bezpieki, skierowana wyłącznie przeciwko tym siłom i ludziom, którzy byli jej ofiarami, pozostawiając zbrodniarzy bezpieki i samą bezpiekę poza lustracją. Sam byłem obiektem wielu fałszywek i wiem dobrze, jak łatwo jest sfałszować jakiś dokument. Kiszczak miał dość czasu, by nie tylko zniszczyć wybrane akta, ale także wprowadzić do kartotek fałszywki. Jestem zwolennikiem odpowiedzialnej lustracji, czyli ograniczonej do ludzi, którzy świadomie szkodzili innym. Jeśli są dowody nie będące tylko zapisami samej bezpieki, ale świadczące niezbicie, że ktoś świadomie szkodził innym albo pobierał wynagrodzenie za swe usługi, takiego człowieka należy pozbawić prawa udziału w życiu publicznym. Tylko takiego. Powinno się przeprowadzić bardzo ścisłą selekcję akt, korzystać jedynie z dokumentów nie budzących wątpliwości, a resztę należy zamknąć w sejfie, by żaden urzędnik ani polityk nie miał do nich dostępu. Archiwów niszczyć nie wolno, ale nie wolno też dopuścić, by stały się one źródłem niszczenia ludzi albo narzędziem rozgrywek politycznych lub osobistych.
- Czy w obecnej sytuacji ten rząd jest w stanie dokończyć podjęte reformy? Czy nie powinien głęboko zreformować sam siebie?
- Ograniczam się do wysuwania postulatów. Natomiast nie mam żadnego prawa i nie zamierzam formułować jakichkolwiek sądów, a tym bardziej wniosków personalnych. Wydawanie sądów o tym, czy ten rząd, w takim składzie, takie czy inne stronnictwo lub taki lub inny polityk powinien zastąpić obecnie znajdujących się u władzy, nie wchodzi w zakres tych spraw, które mam prawo i mogę oceniać.

Rozmawiał Jerzy Sławomir Mac
Okładka tygodnika WPROST: 37/1999
Więcej możesz przeczytać w 37/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0