Oni

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przypomina mi się rysunek Andrzeja Mleczki jeszcze z lat 80
 Dwóch aparatczyków obserwuje z daleka uliczną demonstrację. Jeden pyta drugiego: "Dlaczego skoro my mówimy o nich "my", oni mówią o nas "oni"?". Minęło kilkanaście lat. Kontekst jest zupełnie inny, ale rysunek miałby swój nowy sens, gdyby tylko zastąpić PZPR-owskich apartczyków działaczami na przykład Akcji Wyborczej Solidarność i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Współcześni ONI na szczęście nie mają nic albo mają niewiele wspólnego z ONYMI Mleczki, ale coraz większa część społeczeństwa traktuje dzisiejszą władzę jako coś obcego, wrogiego, coś, czego się nie lubi i przeciw czemu w odpowiedniej chwili można wystąpić. Wystarczy spojrzeć na sondaże. Wynika z nich, że szybko rośnie liczba Polaków uważających, że politycy są nieuczciwi i zabiegają wyłącznie o własne korzyści. Większość społeczeństwa jest przekonana, że publiczne pieniądze są wydawane nie tak, jak być powinny. Już przed wyborami sprzed dwóch lat niebezpiecznie duży był odsetek ludzi nie lubiących partii. W ostatnim czasie szybko przybywa osób, które odczuwają niechęć do partii. I to do wszystkich. Niechęć do AWS wzrosła z 34 do 56 proc., do Unii Wolności z 29 do 46 proc., a do wyraźnie prowadzącego w sondażach SLD z 38 do 44 proc. Wyniki Akcji Wyborczej Solidarność w sondażach są dla niej druzgocące, ale kto wie, czy jej politycy jeszcze bardziej nie powinni być przerażeni tym, jak ludzie odpowiadają na pytanie, czy akcja w swoich poczynaniach ma na względzie przede wszystkim interes kraju. Tylko 15 proc. odpowiedzi na "tak", 58 proc. na "nie". Prawie 1:4. Dramat. W wypadku Unii Wolności odpowiedzi na "nie" jest ponad trzy razy więcej niż na "tak", w wypadku PSL prawie 2:1. Sojusz Lewicy Demokratycznej ma może wierny elektorat, ale 50 proc. Polaków uważa, że SLD przedkłada interesy partii nad interes kraju. Taka jest opinia ludzi o czterech największych partiach w kraju. Być może te negatywne opinie nic nie zmienią i dokładnie te cztery partie i tylko one wejdą do następnego Sejmu. Być może.
Z sondaży i nie tylko z nich wynika, że szybko rośnie liczba ludzi przekonanych, iż partie tak naprawdę niczym się od siebie nie różnią. Rządzili jedni, teraz rządzą drudzy, będą rządzić ci, co rządzili albo jeszcze inni; kradli, kradną i będą kradli. Nie ma specjalnego znaczenia fakt, że jest to głupie uproszczenie i prostacki stereotyp. Jeśli wielu ludzi tak myśli, to nie jest to już tylko nastrój, to coś więcej - percepcja, która jest fragmentem rzeczywistości. Do redakcji "Życia Warszawy" dzwoni rozżalony czytelnik: "Przestałem wierzyć, że osoby rządzące Warszawą są zainteresowane zrobieniem czegokolwiek dla jej mieszkańców. Bardziej ich interesuje trwanie obecnego systemu, w którym jest ogromna liczba radnych i urzędników. Wyborca nie ma właściwie nic do powiedzenia. AWS, SLD i UW funkcjonują bowiem w jednym układzie". Ludzie najwyraźniej nie strzelają kulą w płot, bo ich oparte na wrażeniach opinie coraz częściej pokrywają się z analizą najwybitniejszych ekspertów. Opinia prostego człowieka, że "wszystko to, panie, dziadostwo i chodzi tylko o to, kto następny dopcha się do żłobu" jest w swojej istocie bliska formule, której do opisania sytuacji używa prof. Jadwiga Staniszkis, gdy mówi o "kartelizacji państwa". Nie jest też w gruncie rzeczy bardziej miażdżąca niż opinia prof. Antoniego Kamińskiego z Instytutu Studiów Politologicznych PAN, który tak recenzuje dyskusję na temat nowej ordynacji wyborczej: "Poziom tych debat, gdy przychodzi jej uczestnikom sformułować argument na poziomie choćby nieco wyższym ponad kalkulację bezpośrednich korzyści partyjnych, jest żenujący".

Rośnie liczba Polaków, którzy opinie o polityce i państwie formułują w języku, jaki
oferuje im Andrzej Lepper


Lot koszący. Czy nasze polityczne elity zatraciły instynkt samozachowawczy? Co się stało. Gdy w latach 1989-1993 z ust przedstawicieli postkomunistycznej lewicy padał argument, że nowa władza godnie zastąpiła starą, była to tylko żałosna insynuacja. Ale jeśli dziś odnieść te słowa do obecnej koalicji, a za dawną władzę uznać koalicję SLD-PSL, to formuła ta nie wydaje się już bezsensowna. Gdy oba wywodzące się z PRL ugrupowania obejmowały władzę i metodycznie podporządkowywały sobie oraz dzieliły między siebie kolejne połacie państwa, ugrupowania solidarnościowe słusznie krzyczały o zawłaszczeniu państwa i ostrzegały, że komuna wraca. Ideę służby cywilnej ośmieszono, coraz niższe stanowiska obsadzano z partyjnego klucza, rady nadzorcze posłużyły do zaspokojenia głodu będącego cztery lata na diecie aktywu, a system koncesji i zezwoleń zgrabnie wykorzystano do wzmocnienia swoich politycznych wpływów. Ale obóz solidarnościowy oprzytomniał. Prawica się zjednoczyła i poszła po władzę po to, żeby oddać ją ludziom. I oddała. Swoim ludziom. AWS szybko przestała być ugrupowaniem ideologicznym. A właściwie nie zaczęła nim być, jeśli zapomnieć o wieszaniu krzyża w sali Sejmu w przededniu pierwszego posiedzenia. Działacze najważniejszego odłamu akcji, Ruchu Społecznego AWS, przez polityków pozostałych odłamów AWS nazywanego partią władzy, nawet nie oponowali przeciw temu określeniu. Więcej, przyjęli je z dumą, uznając to określenie nie za miarę własnego cynizmu, ale profesjonalizmu. Wcześniej potępiane praktyki z czasów rządów SLD-PSL legalizowano przez powielenie. Jedną nomenklaturę w pośpiechu zastąpiono drugą, nie mniej wygłodniałą od poprzedniej. To, co postkomuniści czasem robili dyskretnie z obawy o wzmocnienie przekonania ludzi, że stare wraca, teraz robiono otwarcie, dorabiając do tego ideologię dekomunizacyjną. Do opisu tego, co się zdarzyło, pasuje nie tylko ukute przez mistrza bon motów lat 90. - Jarosława Kaczyńskiego - TKM i całkiem świeża "republika kolesiów". Doskonale pasują do tego także sformułowania z minionej epoki - "mierny, ale wierny", "postawiła go tam partia" i "przywieziony w teczce".
Największą porażką koalicji i rządu nie są wcale problemy z niefrasobliwie wprowadzanymi reformami. Błędy zostaną naprawione i - zgodnie z niepisanym cyklem politycznym III RP - następna koalicja (albo po prostu SLD) znowu będzie mogła przeżyć kilka całkiem spokojnych lat. Największą porażką jest niesprostanie temu, o czym z taką siłą wielokrotnie mówił w swoim exposé premier Jerzy Buzek. W polskiej polityce nie zostały przywrócone elementarne normy przyzwoitości i moralności. Tamte słowa były wtedy jak najbardziej na miejscu i brzmiały autentycznie. Powtórzone dziś budziłyby pewnie co najwyżej ironiczny uśmiech.

Potępiane praktyki z czasów rządów SLD-PSL zalegalizowano przez powielenie 1

Dziesięć lat temu wielu ludzi mówiło o rządzie Tadeusza Mazowieckiego "nasz rząd". Książkę z notkami biograficznymi posłów i senatorów OKP ku niczyjemu zdziwieniu zatytułowano "Nasi w Sejmie i w Senacie". Czasy "naszych" musiały, to oczywiste, minąć. Ale też czasy nowych ONYCH nadeszły trochę za szybko. To prawda, że w demokracjach niechęć do establishmentu jest naturalna. W Ameryce od dziesięcioleci dla milionów ludzi największym zagrożeniem i największym złem jest skorumpowany Waszyngton. A nawet zasiedziali w stolicy politycy chcą prowadzić kampanie wyborcze jako Washington outsiders. Ale w Stanach Zjednoczonych, gdzie samorząd lokalny jest świetnie rozwinięty, a ludzie chcą od władzy raczej tego, by się od nich odczepiła, niż by ich wyręczała, problem alienacji władzy nie jest aż takim dramatem. Poza tym z Houston do Waszyngtonu jest trochę dalej niż z Trzebini do Warszawy. U nas głos ludu słychać częściej i donośniej.

Lepperyzacja świadomości. Andrzejowi Celińskiemu należy życzyć powodzenia, gdy mówi, że chce poszukiwać nowego języka SLD. Na własne konto tego nowego języka powinni szukać politycy z wszystkich ugrupowań. I to szybko. Trudno oprzeć się wrażeniu, że niebezpiecznie rośnie liczba Polaków, którzy opinie o polityce i o państwie formułują w języku, jaki oferuje im Andrzej Lepper. Niebezpieczeństwo lepperyzacji to znacznie więcej niż tylko groźba dalszego wzrostu notowań lidera "Samoobrony". Choć nie można nie zauważyć, że w lipcu, gdy wskaźniki popularności ogromnej większości polityków poszły w dół, jego znowu poszybowały w górę. Człowiek, uważany za awanturnika i watażkę, w kategorii społecznego zaufania wyprzedza Jerzego Buzka, Mariana Krzaklewskiego, Józefa Oleksego, Hannę Suchocką, Lecha Wałęsę i Jana Olszewskiego. To być może socjologiczny odpowiednik poparcia dla Stanisława Tymińskiego. Rankingowy awans Leppera to efekt chronicznych problemów z wprowadzanymi teraz reformami i przekonania coraz większej liczby Polaków, że rządzący nie potrafią albo nie chcą rozwiązywać ich problemów. Jest to jednak także ilustracja problemów, jakie może mieć nasza klasa polityczna, a przede wszystkim polskie państwo. Jeśli na odblokowujących drogę policjantów rzuca się niemal całe miasteczko, to znaczy, że dla tych ludzi policja i państwo to wrogowie. Kamienie i płyty chodnikowe nie są narzędziem walki politycznej. Są narzędziem wyrażania nienawiści.
Nie, nie jesteśmy skazani na żaden bunt mas. Ale ich złość może znaleźć swoje ujście. Ujście może nazywać się blok narodowo-ludowy, który chce stworzyć Lepper, ale może się też nazywać inaczej. Na całe szczęście dla naszej klasy politycznej wybory prezydenckie poprzedzą u nas wybory parlamentarne. Popularność i plebejska charyzma lidera "Samoobrony" łatwiej przekładałyby się na głosy jego ugrupowania niż jego samego. Lepper przy wszystkich swoich talentach w zbyt dużym stopniu odbiega jednak od stereotypu męża stanu i prezydenta. Ale Lepper na okrągło powtarzający słowa o "nic nie robiącym prezydencie" może całkiem skutecznie przypiąć łatkę Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Może też skutecznie zniechęcić do startu obawiającego się kompromitującej porażki Mariana Krzaklewskiego. Może również ułatwić zadanie jakiemuś innemu kandydatowi. Może nie antypartyjnemu, lecz apartyjnemu. Komuś, kto nie funkcjonuje w obecnym układzie władzy, ale też komuś, kto nie jest outsiderem. Skazywanie kandydatury kogoś takiego na los kandydatur Hanny Gronkiewicz-Waltz i Tadeusza Zielińskiego nie musi mieć większego sensu. Nie ta Polska, nie ten kontekst. Może też się oczywiście okazać, że żadnego "innego kandydata", ani żadnej "innej siły politycznej" nie będzie, a jedynym skutkiem niezadowolenia ludzi z polityków będzie spadająca frekwencja wyborcza i tląca się obawa, że w którymś momencie niezadowoleni z ONYCH wykażą się polityczną aktywnością, która nie będzie miała nic wspólnego z wyborami. 

Więcej możesz przeczytać w 37/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0