Księgarz i aktoreczka

Księgarz i aktoreczka

"Notting Hill" jest udanym melodramatem: uczucie przedstawione w filmie odbieramy jako prawdę i łączymy się z nim emocjonalnie
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, czy to nie wzruszające, że najstarsza filmowa formuła - melodramat - i dzisiaj może być przebojem sezonu? Nie wielkie widowisko science fiction, ale tradycyjna historia miłosna ubarwiona szczyptą angielskiego humoru - "Notting Hill".
Zygmunt Kałużyński: - Użył pan zwrotu "melodramat", który zazwyczaj odbiera się jako krytykę i szyderstwo, nawet troszkę stukając się palcem w czoło. Nie bez powodu. W większości wypadków melodramat polega na wymuszaniu w nas reakcji uczuciowej, która nie jest wystarczająco uzasadniona tym, co oglądamy na ekranie.
TR: - Bo miłość w filmie zwykle jest umowna. Twórcy i widzowie zgadzają się, by historia uczucia była wyjątkowa - nie taka jak w życiu - i właśnie dlatego warta obejrzenia.
ZK: - Tylko zazwyczaj owo uczucie jest w nas wmawiane kijem po łbie. Nie ma równowagi między wyciskaniem łez, do czego zmuszają nas filmowcy, a uzasadnieniem, to znaczy naszym zaufaniem do tego, co rzeczywiście czują bohaterowie. "Notting Hill" jest jednak melodramatem udanym: uczucie przedstawione w filmie odbieramy jako prawdę i łączymy się z nim emocjonalnie.
TR: - Może dlatego, że zostało pokazane z dystansem i poczuciem humoru? Mamy tu przecież więcej śmiechu niż łez: historia dobrze się kończy, w dodatku od początku wiemy, że tak właśnie musi się skończyć. Krótko mówiąc, "Notting Hill" to gwarancja dwugodzinnego relaksu. W tym czasie na pewno nie zostaniemy zaskoczeni niczym przykrym. Powstaje jednak pytanie, czy owo połączenie opowieści miłosnej z komedią, które tak dobrze udało się kiedyś w "Czterech weselach i pogrzebie" temu samemu scenarzyście, Richardowi Curtisowi, i tym razem można uznać za sukces artystyczny?
ZK: - Tak, choć może nie tak duży, bo tamten film był rzeczywiście wyjątkowy, jeśli idzie o jego ładunek intelektualny.
TR: - Już nawet jego tytuł brzmiał inteligentniej.
ZK: - Właśnie. Tam był żart, który się sprawdzał uczuciowo i - odwrotnie - uczucie, które się sprawdzało jako żart. Takie połączenie to najwybitniejszy sukces twórczego melodramatu. Gdy jednak pana słucham, panie Tomaszu, opowiadającego o wzruszeniu, jakie ten film wywołuje, uderza mnie, że coś tak sentymentalnie subtelnego przyszło z Anglii, czyli z kraju, który przede wszystkim wyobrażamy sobie jako ojczyznę kryminału, twardego dramatu, wielkiej literatury dramatycznej.
TR: - Ależ, panie Zygmuncie, równie dobrze można powiedzieć, że Anglię wyobrażamy sobie jako kraj finezji, dowcipu i inteligentnych ripost, wcale więc nie byłem zaskoczony, że "Notting Hill" jest filmem angielskim.
ZK: - Hmm, może najważniejsze w melodramacie angielskim jest to, co pan określił jako łączenie humoru i uczucia. Tutaj mamy postać kreowaną przez Hugh Granta, który jest bardzo rzadkim rodzajem amanta - amantem humorystycznym.
TR: - Na dodatek partneruje mu Julia Roberts mająca to samo emploi. Ona również jest amantką humorystyczną.
ZK: - Zaraz, ale jest tu przeciwstawienie. Może z naszej perspektywy nie będzie ono bardzo ważne, ale wydaje mi się, że w Wielkiej Brytanii jest najistotniejsze: zderzenie amerykanizmu z tym, co angielskie.
TR: - Mieliśmy to również w "Czterech weselach i pogrzebie", tyle że tam rolę Amerykanki zagrała Andie McDowell.
ZK: - Ale ona była osóbką neutralną. Po prostu przewijała się w angielskim środowisku jako przyjezdna i zakochał się w niej Grant. Tutaj mamy co innego: imponującą gwiazdę Hollywood, osobę uwielbianą przez kinomanów całego świata.
TR: - Ona wcale nie jest taka imponująca! Poznajemy ją jako udręczoną gwiazdowaniem kobietę, złaknioną normalnego życia i prawdziwego uczucia. Ani przez chwilę Julia Roberts nie rozsiewa blasku wielkiej gwiazdy. Raczej wywołuje uczucie zatroskania - aż chciałoby się jej pomóc, przytulić.
ZK: - Nie bardzo, nie bardzo. Jest ona jednak otoczona tłumem dziennikarzy, urządza się z nią uroczyste konferencje prasowe, zaś jej partner emocjonalny to skromny księgarz z Notting Hill.
TR: - Może i skromny, ale przecież intelektualnie księgarz góruje nad gwiazdą. W każdym razie amerykańską.
ZK: - Oto właśnie charakterystyczne dla tego filmu przekomarzanie między "amerykańskim" a "angielskim". Tytuł filmu - "Notting Hill" - u nas niewiele znaczy, ale w Anglii jest jasne, że chodzi o dzielnicę londyńskich artystów, nie mających pieniędzy, lecz reprezentujących siłę kulturalną.
TR: - No, nie wiem. Mieszkałem jakiś czas w Londynie i zapamiętałem tę dzielnicę inaczej. Rzeczywiście, odbywa się tam co tydzień targ staroci na Portobello Rd., ściągający wielu artystów, ale najważniejsze skojarzenie to burzliwe demonstracje zamieszkałej w Londynie ludności kolorowej, organizującej tu swoje marsze i dopominającej się o swe prawa. Często przy tym dochodzi do zamieszek i ulicznej przemocy.
ZK: - Ale nie bez powodu oni tam rozrabiają! Atmosfera tej dzielnicy, którą zamieszkują lewicowi intelektualiści, sprzyja życzliwości dla innych ras. Zwraca pan uwagę na to, co się tam dzieje od kilku lat, ale "Notting Hill" odwołuje się do znacznie starszej tradycji, choćby literackiej - na przykład bardzo popularna za moich młodych lat powieść Chestertona "Napoleon z Notting Hill" była emocjonalnym hołdem dla tej dzielnicy. Dla niego to było coś takiego, jak Saint-Germain w Paryżu czy Greenwich Village w Nowym Jorku.
TR: - Notting Hill wywołuje jeszcze jedno skojarzenie. Jest tam najgłębiej położona w Londynie stacja metra - Notting Hill Gate. Dzięki temu mogła ona spełniać w czasie bombardowań Londynu funkcję wyjątkowo bezpiecznego schronu. Ta stacja uratowała życie tysiącom londyńczyków.
ZK: - Tego nie wiedziałem, ale i to potwierdza, że ta dzielnica ma ciekawą przeszłość. Panie Tomaszu, o co tu wreszcie chodzi? Anglik z inteligenckiego Notting Hill wdaje się w przypadkowy romans z gwiazdą amerykańskiego kina...
TR: - Ale nie zblazowaną, tylko zmęczoną.
ZK: - Zmęczoną, zmęczoną, ale są tutaj sytuacje na granicy kompromitacji. Ten film potrafił jednak w tradycji komediomelodramatu angielskiego wyważyć humor i uczucie w sposób od początku do końca przekonujący, co jest osiągnięciem naprawdę rzadkim, ponieważ melodramatów głupich, kiczowatych, byle jakich mamy dziesiątki, natomiast taki, który nie budzi naszego wzruszenia ramion, jest rzadkością. Obok "Czterech wesel i pogrzebu" to jest druga taka pozycja, może z punktu widzenia dramaturgii filmowej, efektowności i wyczynowości mniej udana, ale znajdująca dla siebie miejsce w wartościowej linii twórczego angielskiego kina.
Okładka tygodnika WPROST: 39/1999
Więcej możesz przeczytać w 39/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0