Niemiecka lekcja

Niemiecka lekcja

Rozmowa z HANNĄ GRONKIEWICZ-WALTZ, prezesem Narodowego Banku Polskiego
"Wprost": - Czy złoty jest nadal na tyle niestabilną walutą, że jedna wypowiedź doradcy ministra finansów przyczynia się do istotnych wahań jego kursu?
Hanna Gronkiewicz-Waltz: - To nie wypowiedź doradcy ministra finansów - choć muszę przyznać, że była ona niefortunna - lecz pogłoski o wprowadzeniu pełnego upłynnienia kursu walutowego wpłynęły na wahania notowań złotego. Te wahania nie powinny nas jednak niepokoić. Notowania euro w stosunku do dolara również zmieniały się w tym roku wielokrotnie. U nas wahania występują częściej, ponieważ nasz rynek walutowy jest płytki i przez to bardziej wrażliwy. Każda wypowiedź osoby publicznej dotycząca deficytu handlowego bądź zmian wartości produkcji sprzedanej ma wpływ na kurs w danym dniu. Ostatnie informacje, że rząd planuje część wpływów z prywatyzacji lokować na specjalnych kontach walutowych i nie kierować tych pieniędzy na rynek, spowodowały wzmocnienie naszej waluty.
- O pozycję złotego możemy być zatem na razie względnie spokojni?
- Odchylenie kursu złotego od centralnego parytetu nie jest zjawiskiem nadzwyczajnym. Wahania kursu nie wymagają interwencji NBP. To sygnał dla uczestników rynku walutowego, że spekulując na spadkach lub wzrostach kursów, sami podejmują ryzyko - mogą zarobić, ale też dużo stracić.
- Czy przeciętny obywatel może uchronić swoje oszczędności przed wahaniami kursów, czy też pozostaje mu rola biernego obserwatora?
- Nie mogę udzielać żadnych rad. Sądzę, że w gospodarce rynkowej przeciętnemu obywatelowi trudno będzie się w pełni uchronić przed wahaniami kursów. Mieszkańcy UE też odczuwają skutki spadku notowań euro w stosunku do dolara. Jednym ze sposobów zabezpieczenia się może być dywersyfikacja portfela oszczędności.
- Jeszcze kilka dni temu głośno było o ewentualnej nowelizacji budżetu. Jakie mogą być tego konsekwencje zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne?
- Myślę, że tegoroczna nowelizacja nie będzie konieczna, ponieważ w drugiej połowie roku dochody powinny być większe. Jeśli doszłoby do nowelizacji, to na pewno - choć trudno powiedzieć, w jakim stopniu - spadłoby zaufanie do naszego kraju, a tym samym i do gospodarki. Nowelizacja kojarzy się z powiększeniem deficytu budżetowego Ten rok ze względu na wprowadzane reformy i związane z nimi wydatki traktowany jest przez inwestorów raczej ulgowo. Bardzo pozytywnie oceniają oni wprowadzenie tych reform, oczekują jednak, że w przyszłym roku deficyt budżetowy będzie wynosił ok. 1 proc. PKB. Mam wrażenie, że politycy nie doceniają ryzyka związanego ze spadkiem zaufania inwestorów. Uważają, że jakoś to będzie. Tymczasem wydarzenia polityczne na rozwijających się rynkach doprowadzały często do kryzysów gospodarczych, które powodowały wycofywanie się kapitału zagranicznego. W gospodarce globalnej nie tylko trzeba zabiegać o zaufanie własnych obywateli, ale również o zaufanie zagranicznych inwestorów.
- Czy nie odnosi pani wrażenia, że opozycja - ostro krytykując dziś rząd - ma ochotę dzielić i rozdawać niczym dobry wujek?
- Opozycja zawsze ma prawo krytykować rząd. Tak było choćby w Niemczech za rządów chadecji. Tymczasem SPD, mimo zapowiedzi zmiany polityki gospodarczej, będzie musiała realizować wszystkie punkty programu CDU, jeśli nie chce rozprzężenia finansowego w gospodarce i budżecie. Ponieważ nie zrealizowano obietnic, społeczeństwo niemieckie zmienia sympatie i w lokalnych wyborach głosy zdobywa CDU. To dobry przykład i nauczka dla opozycji, że dzięki rozbudzaniu apetytów można wygrać wybory, lecz jeśli nie realizuje się zobowiązań, społeczeństwo szybko zmienia polityczne sympatie.
- Prognozy NBP dotyczące wielkości głównych wskaźników ekonomicznych w gospodarce w 2000 r. odbiegają od rządowych i są mniej optymistyczne.
- Jestem bardziej ostrożna. Z naszych analiz wynika, że wzrost gospodarczy wyniesie ok. 5 proc. PKB. Również rząd zweryfikował swoje wcześniejsze prognozy z 5,6 proc. do 5,2 proc. Naszym głównym celem jest jednak osiągnięcie określonego poziomu inflacji (5,4-6,8 proc.). W tym wypadku również wykazujemy mniej optymizmu niż rząd. Sądzimy, że inflacja nie spadnie poniżej 5,4 proc., choć rządowe prognozy w pierwszej wersji mówiły o 5,2 proc. Warto zaznaczyć, że w tym roku rząd znalazł się w dyskomfortowej sytuacji, gdyż ubiegłoroczna inflacja była niższa niż prognozowano, co znacznie zmniejszyło przychody budżetu. Poprzednie rządy bardzo często zaniżały w prognozach poziom inflacji, a ja, nie zgadzając się z nimi, byłam oskarżana o kreowanie oczekiwań inflacyjnych.
- Jakie są zatem prognozy banku centralnego na ten i przyszły rok?
- Z naszych danych wynika, że w tym roku wzrost gospodarczy wyniesie ok. 4 proc. Może być zarówno 3,8 proc., jak i niewiele ponad 4 proc., chociaż niektórzy ekonomiści twierdzą, iż wzrost PKB nie przekroczy 3,5 proc. Sądzimy, że w przyszłym roku wzrost gospodarczy sięgnie 5 proc., a deficyt na rachunku bieżącym - ok. 7 proc.


W gospodarce globalnej nie tylko trzeba zabiegać o zaufanie własnych obywateli,
ale również o zaufanie zagranicznych inwestorów


- Od lat wzrasta deficyt w handlu zagranicznym. Na spotkaniu z inwestorami powiedziała pani, że trzeba nauczyć się żyć z deficytem. Czy to oznacza, że w najbliższej przyszłości nie mamy szans na zrównoważenie bilansu wymiany handlowej?
- Znając efektywność polskich przedsiębiorców, wątpię, czy uda nam się osiągnąć w szybkim czasie nadwyżkę eksportu nad importem. Taką sytuację mieliśmy przed kryzysem w państwach azjatyckich i dewaluacją ich walut oraz przed wprowadzeniem euro. Niestety, korzystne dla eksporterów i przedsiębiorstw okresy nie mogą trwać wiecznie. Tak było na przykład w latach 1995-1997, kiedy popyt wewnętrzny był duży, a przedsiębiorstwa odzwyczaiły się zwracać uwagę na koszty i jakość produkcji. Gdy popyt wewnętrzny został trochę ograniczony, okazało się, że ich oferta nie jest wystarczająco atrakcyjna, by mogła konkurować na rynkach zagranicznych.
- Coraz bardziej zbliżamy się do pełnej wymienialności złotówki. Czy nasza gospodarka jest do tego przygotowana?
- Chociaż nowe prawo dewizowe zrównało pod względem formalnoprawnym walutę polską z walutami wymienialnymi w rozliczeniach wynikających z obrotu dewizowego z zagranicą, uznanie złotego za walutę w pełni wymienialną będzie zależało od siły polskiej gospodarki. Grecka drachma, irlandzki funt, niemiecka marka to waluty wymienialne, ale ich siła i pozycja na rynku walutowym jest zdecydowanie różna.
- Wymienialność ułatwi eksporterom rozliczenia?
- Z naszych danych wynika, że przybywa kontraktów denominowanych w złotych. Obecnie jest ich ok. 8 proc., a jeszcze niedawno było ich tylko 1 proc. Świadczy to o tym, że rośnie rola złotego jako waluty wymienialnej. Myślę, że w obecnej sytuacji, pozostając w obszarze dwuwalutowym, między dolarem a euro, te waluty będą jednak dominowały.
- W ocenie niektórych zagranicznych bankowców wprowadzenie euro pozbawiło banki możliwości rozkładania ryzyka.
- Jest to konserwatywne podejście do problemu. Lokowanie pieniędzy w jednej walucie jest oczywiście bardziej ryzykowne, ale dzisiaj jest na rynku finansowym wiele zabezpieczeń.
- Od przyszłego roku - zgodnie z harmonogramem dostosowania naszych przepisów do wymagań OECD - Polacy będą mogli lokować pieniądze w bankach za granicą. Czy nie obawia się pani odpływu dewiz z banków krajowych?
- Uważam, że w Polsce lokowanie oszczędności w złotówkach jest nadal bardzo atrakcyjne, mimo iż istnieje pewne ryzyko deprecjacji naszej waluty. Już wcześniej uprzedzałam banki, iż muszą być bardziej konkurencyjne w konfrontacji z bankami zagranicznymi. Muszą przyciągać klientów nie tylko wysokością oprocentowania lokat, ale przede wszystkim jakością usług.
- Coraz częściej pojawiają się opinie, że Polska traci kontrolę nad swym systemem bankowym, a tym samym nad gospodarką. Czy mowa o rzeczywistym zagrożeniu?
- Szef banku centralnego musi być realistą. Od 1989 r. wiadomo było, że Polska nie ma kapitałów, a ma do spłacenia ogromny dług. Każda gałąź gospodarki, nie tylko bankowość, potrzebowała kapitału. Taka była rzeczywistość, z którą trzeba było się pogodzić. Na Węgrzech dość dawno sprywatyzowano system bankowy, który jest w większości w rękach kapitału zagranicznego. Czesi prowadzili politykę licencjonowania działalności banków zagranicznych i niedopuszczania do nich kapitału zagranicznego. Teraz banki czeskie są w bardzo trudnej sytuacji i będą sprzedawane taniej, niż mogłyby zostać sprzedane kilka lat wcześniej. Polski system bankowy też jest zdany na zagranicznego inwestora. Nie mieliśmy - jak inne państwa - pięćdziesięciu lat na pomnażanie kapitałów własnych. Szukając inwestorów, zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na to, by pochodzili oni z różnych krajów. Mamy więc inwestorów z Włoch, Irlandii, Niemiec, Ameryki - i to w sytuacji, gdy Niemcy chcieliby mieć większy udział w strukturach własnościowych, motywując to faktem, iż ponad 30 proc. handlu zagranicznego stanowi wymiana polsko-niemiecka. A co do wspomnianego zagrożenia polegającego na uzależnieniu naszego kraju od kapitału zagranicznego, to mogę jedynie przypomnieć, że w latach 70. nie było w Polsce banków zagranicznych, a zaciągnięte wówczas kredyty będziemy spłacali jeszcze przez wiele lat.
- Tygodnik "Time" zaliczył panią do grupy czternastu osób, których sposób myślenia i działania wprowadza Europę w nowe tysiąclecie.
- To bardzo miła niespodzianka, tym bardziej że w tym gronie byłam jedyną osobą z Europy Środkowej. Może to przekona Unię Europejską, że ludzie z naszego regionu mogą do niej wiele wnieść.
- Czy NBP może być w obecnej sytuacji gwarantem stabilności polskiej gospodarki?
- W trudnych okresach, na przykład zmiany rządów, bank centralny mógł przez jakiś czas być gwarantem stabilności gospodarczej. Nie może jednak zastępować rządu w rozwiązywaniu problemów. Jeżeli rząd czegoś nie zrobi, to i bank centralny nie pomoże.

Więcej możesz przeczytać w 39/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0