Rzeczpospolita nieprzypadkowa

Rzeczpospolita nieprzypadkowa

Wiedzieć, żeby przewidywać, aby móc" - mawiał Auguste Comte
Jeżeli dopiero rzeczywista wiedza oznacza rzeczywistą władzę - a nie ma powodu, by w to wątpić - to nie jest jasne, kto od dziesięciu lat rządzi Polską. W każdym razie ludzie, których w tym celu regularnie wybieramy do parlamentu, na urząd prezydenta, których delegujemy do rządu, do władz wojewódzkich, powiatowych i gminnych, z całą pewnością realnej władzy nie sprawują. Nie można bowiem za jej faktyczne sprawowanie uznawać podejmowania decyzji przypadkowych - przygotowywanych po omacku, w dużym stopniu na wyczucie, na podstawie wiedzy przeważnie fragmentarycznej oraz nie zawsze aktualnej - i z tego powodu często nietrafionych.
"Ślepe państwo", artykuł Piotra Andrzejewskiego, nie pozostawia w tej materii żadnych złudzeń: Stanisław Alot, poruszający się po nominalnie przez siebie kierowanym ZUS za pomocą wirtualnej białej laski, nie potrafiący nawet zestawić listy dłużników ZUS, nie jest w Polsce wyjątkiem, lecz reprezentatywnym przedstawicielem szefów wielu instytucji. "Zakres niewiedzy rządu i jego agend obejmuje sferę finansów publicznych, handlu zagranicznego, polityki energetycznej, rolnictwa, a także spraw tak podstawowych, jak system ewidencji ludności i samochodów" - skonstatował autor "ślepego państwa", serwując długą listę polskich znaków zapytania: nie jesteśmy pewni prawdziwej wielości deficytu finansów publicznych; nie wiemy, ilu obywateli liczy Polska ani ile pojazdów jeździ po naszym kraju; nie potrafimy trafnie oszacować naszych potrzeb surowcowo-energetycznych; nie dysponujemy centralną informacją celną; nie wiemy, na jaką sumę zadłużyły się samorządy ani ile osób ma prawo korzystać z usług kas chorych. W tej sytuacji, nawet jeśli z twierdzenia Francisa Bacona, że "wiedza to potęga", nie można wyprowadzić innego: że niewiedza jest odwrotnością potęgi, to nie ulega wątpliwości, iż rządy przypadku wystawiają polskim podatnikom słone rachunki, drogo każąc sobie płacić za każdą nietrafioną decyzję.
U podstaw tej paraliżującej dyktatury przypadku leży całkiem inna dyktatura - dyktatura proletariatu. To właśnie z otchłani PRL także i w tym zakresie próbują nas wydobyć gabinety solidarnościowe, z rządem Jerzego Buzka na czele, a każda wprowadzana przez nie reforma po prostu ujawnia zawinione przez poprzedni antysystem rozmiary niewiedzy o własnym państwie. Tworzeniu prawdziwych (w miejsce fikcyjnych) systemów: emerytalnego, opieki zdrowotnej, samorządu terytorialnego i oświatowego, towarzyszy próba skonstruowania systemów indywidualnych kont ubezpieczonych, kont uprawnionych do korzystania z publicznej opieki zdrowotnej itd. itp., co nie odbywa się, niestety, bez zgrzytów. Gdyby jednak to wszystko wcześniej istniało, zbudowane przez zasłużonych budowniczych PRL, albo gdyby przynajmniej zostało stworzone w latach 1993-1997 przez znanych i lubianych reformatorów z SLD i PSL, nie musielibyśmy tracić czasu teraz, w warunkach znacznie gorszej koniunktury gospodarczej.
Ponad 70 tys. Polaków - których 24 września 1999 r. zabrakło na ulicach Warszawy, zabrakło do zapowiadanej przez organizatorów "największej manifestacji antyrządowej" magicznej liczby 100 tys. demonstrantów - nie przyjechało do stolicy, nie dając się tym razem liderom frustracji wodzić za nos i w konsekwencji wywieść w pole. To by mogło oznaczać, iż szeregi armii ludzi, którym ciągle jeszcze łatwo wmówić, że to skutki są przyczynami, powoli topnieją. I być może właśnie teraz, gdy po raz pierwszy od początku tego roku polityczna inicjatywa znalazła się po stronie zepchniętej do defensywy Koalicji Przeciw Dyktaturze Przypadku, w tygodniu "nowego otwarcia" odwróceniu ulegnie dotychczasowa tendencja do wzrostu notowań Obozu Rzeczypospolitej Przypadkowej (vide: "Rewaloryzacja rządu"). Gdyby tak się miało stać, byłby to najlepszy dowód, że największy w historii ludzkości triumf przypadku nad racjonalnie zaplanowanym działaniem, za jaki zapewne można byłoby uznać pełną sukcesów pierwszą dekadę Trzeciej Polski, był mimo wszystko dziełem nie tylko przypadku, lecz także milionów ludzi - przedsiębiorców oraz polityków (vide: "Liga zaradnych"), którzy nigdy się na przypadek nie chcieli zdawać, a swe decyzje starali się podejmować wyłącznie na podstawie pełnej i aktualnej wiedzy, do której zdobycia dążyli za wszelką cenę. Byłby to również zwiastun rychłego końca Rzeczypospolitej Przypadkowej oraz znak, że przywracający ociemniałej Polsce zdolność widzenia obóz Mariana Krzaklewskiego i Leszka Balcerowicza, obóz Rzeczypospolitej Nieprzypadkowej, będzie mógł dokończyć bolesną, ale konieczną operację, w rezultacie której nasze państwo odzyska nie tylko wzrok, ale być może także słuch.
Okładka tygodnika WPROST: 40/1999
Więcej możesz przeczytać w 40/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0