Stolica marzeń

Stolica marzeń

Jak wielki sukces, to tylko w Warszawie
Tu przyjeżdża się tylko po sukces. Od początku wiesz, w co grasz i ile kosztuje przegrana - mówią ci, którzy do Warszawy przyjechali na studia albo w poszukiwaniu pracy. We Wrocławiu, Zamościu, Suwałkach, Pile zostawili rodziny i przyjaciół. Czy wiedzieli, że decydują się na start w tak bezpardonowym wyścigu o zawodowy awans w wielkim mieście?
- W moim mieście po anglistyce mogłam być tłumaczem albo co najwyżej pilotem wycieczek zagranicznych. Chciałam czegoś więcej, marzyłam o pracy w reklamie. Siedząc w bibliotece, słuchałam opowieści kolegów, którzy w stolicy robili błyskotliwe kariery. I już wiedziałam: tylko Warszawa- mówi Aleksandra Samulewicz, która na początku lat 90. przyjechała do stolicy z rodzinnego Gdańska. Dziś jest communications managerem, rzecznikiem prasowym i zarazem osobą odpowiedzialną za przepływ informacji, w firmie Philip Morris. Andrzej Pawlak pracował przez 20 lat w Częstochowie. - Tam osiągnąłem już wszystko. Decyzja o przeniesieniu się do stolicy była kwestią czasu - wyjaśnia Pawlak, który jest dyrektorem centrum personalizacji dokumentów w Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych. - Szczytem kariery w Krakowie było szefowanie w dziale kadr w największym hipermarkecie. Z Warszawy mogę koordynować pracę działów personalnych i rekrutację na stanowiska kierownicze w kilkunastu hipermarketach w całej Polsce - mówi Marzena Mikołajska, koordynator działów personalnych w Géant Polska. Cezary Żbikowski, szef marketingu w Océ Poland, przyjechał z Pułtuska studiować na warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, potem skończył studia MBA i zajął się marketingiem. Dziś nie żałuje: - Wyłącznie Warszawa oferuje młodym ludziom pełny dostęp do środowiska biznesu. Są tu zdecydowanie najlepsze warunki do zrobienia błyskotliwej kariery w zachodniej firmie - przekonuje.
Dlaczego Warszawa? - Bo to miasto ma specyficzny, akceptowany przez wszystkich klimat. Każdy znajduje tu coś dla siebie. Miłośnicy małomiasteczkowej atmosfery -Mariensztat, amatorzy zabytkowych budowli - starówkę, młode wilki - szkło i metal centrów finansowo-handlowych - mówi Leszek Zaborowski, dyrektor ds. rozwoju i komunikacji w agencji reklamowej Ammirati Puris Lintas. Prawie dziesięć lat temu przeprowadził się tu z Krakowa, bo chciał pracować w telewizji: - To miasto rozwija się błyskawicznie - mówi. Potwierdzają to ostatnie dane warszawskiego Urzędu Statystycznego. Do końca 1997 r. w stolicy zarejestrowało działalność 9516 spółek z udziałem kapitału zagranicznego (podczas gdy na przykład we Wrocławiu i Poznaniu ponadsześciokrotnie mniej, a w Krakowie przeszło osiem razy mniej). Podobnie miażdżącą przewagę ma Warszawa pod względem liczby zarejestrowanych polskich przedsiębiorstw prywatnych - jest ich w stolicy ponad 20 tys. (w Poznaniu - prawie cztery tysiące, a w Krakowie i we Wrocławiu - po trzy tysiące). To tu mają siedzibę wszystkie największe agencje reklamowe, centralne media, siedziby polskich oddziałów wielkich korporacji, firmy inżynieryjne, projektowe, badawcze. W stolicy praktycznie nie ma bezrobocia. Według analityków rynku pracy, nie pracują tylko ci, którzy nie chcą. Zarobki - nawet osób rozwożących pizzę i sałatki do biur - są średnio o jedną czwartą wyższe od osiąganych w innych dużych miastach. Ale też koszty życia są wyższe: za pięćdziesięciometrowe mie-szkanie trzeba tu zapłacić 165 tys. zł (w Poznaniu - 130 tys. zł, a w Lublinie, Opolu czy Toruniu - 100 tys. zł). Stolica to także największy ośrodek akademicki. Według GUS, studiują tu prawie 84 tys. młodych ludzi. Na najbardziej obleganych i modnych kierunkach o miejsce walczy aż jedenaście osób. Trudno się temu dziwić, gdyż - jak wynika z ostatniego rankingu szkół wyższych tygodnika ,,Wprost" - warszawskie uczelnie to niekwestionowani liderzy wśród polskich szkół wyższych. Tylko w kategorii szkół artystycznych lepsza jest łódzka ,,filmówka".


Paweł Piskorski prezydent Warszawy

Warszawa przyciąga, bo tu w niektórych dziedzinach aktywności najłatwiej robi się karierę. Wymienię choćby prawników pracujących dla międzynarodowych przedsiębiorstw, pracowników administracji publicznej, artystów czy ludzi związanych z ogólnopolskimi mediami. Ale nie tylko w stolicy można osiągnąć sukces. Wystarczy przeanalizować coroczny ranking stu najbogatszych tygodnika ,,Wprost". Przecież wielu z nich mieszka i pracuje poza stolicą! Warszawa nie jest zamknięta. Miasto może wchłonąć jeszcze wielu ambitnych ludzi z prowincji. Wciąż powstają tu nowe, atrakcyjne miejsca pracy. Nie zauważyłem także, żeby warszawiacy bronili się przed napływem ludzi ,,z Polski". Nie ma już tzw. warszawki, hermetycznej elity intelektualnej. To określenie straciło swój sens, w tej chwili w mieście pracują i robią karierę ludzie nie tylko z małych miast, ale z takich centrów, jak Poznań, Kraków, Gdańsk czy Wrocław. Stolica stwarza im duże możliwości, lecz to miasto ogromnej konkurencji. W Warszawie trzeba się przestawić na zdobywanie pozycji zawodowej, towarzyskiej. Przenosiny z małego miasteczka są na pewno szokujące. Ale nie generalizujmy. Niektórzy czują się odcięci i pozbawieni oparcia tylko w momencie przeprowadzki. Później błyskawicznie się przystosowują. Inni przez cały czas wspominają, że w rodzinnym domu było im lepiej i nie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Prawdą jest jednak, że ludzie z małych miasteczek u siebie nie muszą tak walczyć o swoje miejsce wśród ludzi. W Warszawie zdecydowanie tak.


Ale Warszawa to także korki, hałas, miejski smog i największy w kraju poziom przestępczości (ponad 3 tys. zgłoszonych kradzieży i około stu zabójstw rocznie). Dlatego pierwsze wrażenie po przyjeździe do stolicy prawie zawsze jest niekorzystne. Marek Tarnowski, lublinianin , w Warszawie prezes Elite Polska, wspomina, że po przenosinach do stolicy przeżył szok komunikacyjny: - Wszędzie się spóźniałem. To miało fatalny wpływ na moją psychikę - mówi. Zaborowski dodaje, że sam dojazd do pracy zajmował mu półtorej godziny: - A u siebie mogłem wszystko załatwić w odległości trzech tramwajowych przystanków - śmieje się. Ludziom z mniejszych miast często trudno też zmienić dotychczasowe tempo życia. Tym wolniejsze, im mniejsze było miasto lub wieś. - Na prowincji życie toczy się spokojniej. Tutaj na wszystko się czeka: na windę, na autobus, na wejście do zatłoczonego sklepu - mówi Agnieszka Skalska z Suwałk, w stolicy dyrektor działu prawnego w PKO/Credit Suisse TFI. - Warszawa przyciąga tylko dlatego, że jest duża. Nie ma klimatu i stylu Paryża, Londynu, Nowego Jorku czy nawet Krakowa i Wrocławia. Jest miejscem pracy i nic ponadto - twierdzi Piotr Wereśniak, reżyser i scenarzysta, który urodził się w Ząbkowicach Śląskich, a w Warszawie mieszka dopiero od dwóch lat. - Wiele osób przyjeżdża do stolicy tylko po to, by się dorobić i zaraz potem wyjechać z niej - dodaje. Brak perspektyw, nuda i uciążliwa małomiasteczkowość - to najczęstsze powody skłaniające do życiowej decyzji o przeprowadzce. Wielu maturzystów wybiera studia na warszawskich uczelniach, chcąc się na kilka lat zatrzymać w stolicy. - Już sam wyjazd z domu jest często powodem do dumy. Po aklimatyzacji chcemy jednak czegoś więcej - mówi Jakub Karnowski, który przyjechał do stolicy z Sosnowca, by studiować w Szkole Głównej Handlowej. Dziś, mimo iż ma dopiero 25 lat, jest sekretarzem osobistym i doradcą Leszka Balcerowicza.
- Przeprowadzając się do stolicy, musisz odrzucić to, co było. Jeśli chce się odnieść w Warszawie sukces, nie można stać jedną nogą tu, a drugą u siebie - mówi Samulewicz. Przyjezdny mówi ,,będę tu kimś" i cały wysiłek wkłada w swój plan. Stara się myśleć i zachowywać jak miejscowy. Często, aby zwalczyć kompleks, jest bardziej warszawski niż sami warszawiacy. Mariusz Szczygieł, dziennikarz Polsatu pochodzący ze Złotoryi, mówi o kompleksie prowincji: - Wstydziłem się, że nie byłem tak oczytany, że było tyle rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Do dziś pamiętam, że jako szesnastolatek uważałem, że Kafka to mała kawa. Moja dzisiejsza siła wzięła się ze świadomości kompleksów - śmieje się Szczygieł.
Warszawa żyje głośno, szybko i z fantazją. - Przez pierwsze pół roku czułam się jak mysz w labiryncie. Zaczęłam od wydeptania sobie kilku ścieżek. Starałam się mieć ,,swoje" miejsca, bo to pomaga jakoś złapać kontakt z miastem. Warszawę trzeba odkrywać samodzielnie - mówi Samulewicz. Ze starymi znajomymi z Gdańska rozmawiała najpierw raz na tydzień, potem raz na miesiąc, potem jeszcze rzadziej, a dziś widzi się z nimi tylko na gwiazdkę. - Na początku bardzo gorączkowo zabiegasz o kontakt. Kiedy widzisz małe zainteresowanie, czujesz się odrzucony, tracisz pewność siebie. Do warszawiaków trudno się przebić. Mają dom, przyjaciół. My wszystko zostawiliśmy. Dla człowieka z prowincji nowa grupa znajomych to konieczność życiowa - mówi Agnieszka Skalska. Katarzyna Szturgulewska, specjalista public relations w Mmd Agencja Media Design, z pochodzenia suwalczanka, dodaje: - Mam wielu przyjaciół warszawiaków, ale w niektórych sytuacjach mogę liczyć tylko na przyjezdnych. Warszawiacy nie rozumieją naszych problemów z ciągłymi przeprowadzkami, zameldowaniem. Z powodu jego braku często nie możemy się zapisać nawet do biblioteki czy wypożyczalni wideo. Ale w żadnym innym mieście nie ma tylu możliwości rozwoju i planowania własnej kariery - dodaje Szturgulewska. Jeszcze niedawno traktowano ich w stolicy lekceważąco, a nawet pogardliwie, teraz - coraz częściej z podziwem. W warszawskich elitach z roku na rok przybywa osób wywodzących się z różnych stron Polski. Stolica staje się mieszaniną indywidualności, gdzie nikt nie pyta o pochodzenie. - Jeszcze dwa, trzy lata temu poznaniacy, gdańszczanie czy lublinianie spotykali się tylko we własnych kręgach. Promowali jedynie ,,swoich". Dziś to zjawisko zanika, bo w Warszawie coraz więcej jest osób ,,skądś" - mówi Tarnowski.
Bycie ,,kimś" w Warszawie jest trudne. Zwłaszcza dla pochodzącego ,,z Polski" dwudziestolatka marzącego o karierze lekarza czy prawnika, których środowiska od dawna mają opinię elitarnych i hermetycznych. - Na prawniczych studiach część osób wywodziła się z palestry. To były dzieci ministrów i znanych adwokatów, które dzięki temu miały przewagę już na starcie. To, czego ja się uczyłam na pierwszym roku, oni znali już z zajęć w eksperymentalnej szkole. Mówili płynnie po angielsku, a niejedno liceum na prowincji często nie miało na anglistę pieniędzy - mówi absolwentka prawa. - Oni mieli świetne rozeznanie w środowisku warszawiaków przekonanych o swej odziedziczonej po rodzicach wyższości. Zamiast studiować, bawią się. A potem przegrywają, bo konkurencja jest zbyt silna. Rzeczywiście, my o wszystko staramy się bardziej - potwierdza Szturgulewska.
Czy kiedykolwiek ludzie z Gdańska, Częstochowy lub Nałęczowa poczują się w Warszawie jak u siebie? - Nie sądzę. Dom ma się tylko jeden. Kiedy się go raz opuści, z każdą następną przeprowadzką jest łatwiej. Człowiek się specjalizuje w błyskawicznym ,,wiciu gniazda". Dlatego dziś jest mi obojętne, czy będę pracować w Warszawie czy na przykład w Londynie albo Nowym Jorku - mówi Samulewicz. Szturgulewska przyznaje, że warszawianką poczuła się dopiero po dziesięciu latach od przyjazdu, gdy zamieszkała we własnym mieszkaniu. - Złotoryja pozostała moim mikrokosmosem, do którego mam jednak duży dystans - mówi Szczygieł i dodaje: - Nawet styl, w jakim urządziłem warszawskie mieszkanie, jest dowodem na bunt przeciwko miasteczku. Tam wszystko jest ,,na wysoki połysk".

Okładka tygodnika WPROST: 41/1999
Więcej możesz przeczytać w 41/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0