Potrójne dno

Potrójne dno

Co kieruje postępowaniem Janusza Pałubickiego?
Świat jest mroczny i pełen tajemnic - to motto postępowania Janusza Pałubickiego, ministra-koordynatora służb specjalnych. W ostatnich tygodniach ten obraz świata stał się jeszcze bardziej mroczny i tajemniczy. Do tego stopnia, że przed zwolnieniem wiceministra Wojciecha Brochwicza Pałubicki nakazał mu sporządzenie szczegółowego opisu tego, co robił podczas urlopu w Hiszpanii. Kiedy taki raport dotarł na biurko ministra, ten szczególną uwagę zwrócił na informację o rozmowie telefonicznej z gen. Sławomirem Petelickim, byłym szefem Gromu. Janusz Pałubicki poprosił Mariusza Jabłońskiego, dyrektora generalnego w MSWiA, by przekazał Brochwiczowi, że powinien szczegółowo opisać rozmowę z Petelickim. Jeszcze ciekawsze jest to, że Jabłoński również miał sporządzić notatkę na temat tego, jak Brochwicz przyjął polecenie ministra.
Kiedy w 1997 r. Janusz Pałubicki rozpoczął urzędowanie, w jego ręce wpadły informacje o istnieniu w archiwach SB teczek dwóch prominentnych członków rządu. Jedna z informacji dotyczyła wicepremiera Janusza Tomaszewskiego i - podobnie jak sprawa drugiego członka rządu - stała się później przedmiotem zainteresowania rzecznika interesu publicznego. O lustracji Janusza Tomaszewskiego miało być głośno już w lutym tego roku - po to m.in. politycy AWS podjęli słynną uchwałę zobowiązującą polityków akcji do ustąpienia ze stanowisk, gdyby do Sądu Lustracyjnego skierowano wnioski w ich sprawie. Wtedy Janusz Pałubicki nie był jeszcze pewien, czy materiały łódzkiej SB są wiarygodne i mogą stanowić podstawę do rozpoczęcia procedury lustracyjnej. Już od marca jednak konsultował się często ze Zbigniewem Nowkiem, szefem UOP. Zastanawiali się nad informacją, jakoby grupa wysokich urzędników MSWiA próbowała prowadzić własną politykę - jej ostatecznym celem miało być przygotowanie gruntu do objęcia stanowiska premiera przez Janusza Tomaszewskiego. Do dziś nie wiadomo, na jakiej podstawie próbowano formułować aż tak daleko idące wnioski.
Janusz Pałubicki lubi stwarzać wokół siebie aurę tajemniczości i niedomówień. Krąg jego zaufanych ogranicza się zaledwie do kilku osób. Należy do nich niewątpliwie Bolesław Matylla, dyrektor gabinetu politycznego ministra, z którym łączy go konspiracyjna przeszłość. To Matylla dba o to, by minister znał na bieżąco sieć aktualnych powiązań i sympatii politycznych. To on streszcza krążące w Sejmie i salonach plotki, decyduje o spotkaniach z tymi, a nie innymi rozmówcami. Do grona zaufanych należy też Anna Witkowska, szefowa sekretariatu ministra, która współpracowała z nim przez wiele lat w Poznaniu. Janusz Pałubicki darzy również zaufaniem Zygmunta Gadaja, sekretarza kolegium ds. służb specjalnych, kierującego sekretariatem ds. informacji niejawnych. Bliskim przyjacielem Pałubickiego jest Bogdan Borusewicz, wiceminister w MSWiA, jeden z nielicznych - obok samego ministra-koordynatora - przywódców podziemnej ,,Solidarności", którzy liczą się w obecnym układzie politycznym. Towarzysko Janusz Pałubicki bywa właściwie tylko w domu Ludwiki i Henryka Wujców.
Ministrowi-koordynatorowi dość często zdarzają się zasłabnięcia (ma rozrusznik serca). Współpracownicy mówią też, że zdarza mu się znikać na kilka dni. Niektórzy spotykali go późnym wieczorem w całkowicie zaciemnionym pokoju. Podczas internowania i w więzieniu Janusz Pałubicki przeżył dramatyczne chwile, chorował na serce, prowadził wyniszczające głodówki, zdarzały mu się też samookaleczenia. W więzieniu był przekonany, że SB chciała go zamordować. Odpowiedzialnością za to do dziś obarcza oficera, który zajmował wysokie stanowisko w UOP wówczas, gdy MSW kierował Andrzej Milczanowski.
W Polsce o urzędowaniu ministra-koordynatora mówiło się dotychczas pozytywnie, choć równie dobrą opinią nie cieszy się on za granicą. Przede wszystkim z powodu stylu bycia i ubierania się, ale także pewnych kłopotliwych dziwactw, na przykład wychodzenia bez zdania komentarza z pomieszczenia, w którym ktoś zapali papierosa. Na początku ubiegłego roku wywołało to mały kryzys międzynarodowy. Do Polski przyjechał Peter Galant, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa NATO. W trakcie rozmowy minister Pałubicki nagle wstał, zabrał swoją czarną torbę i wyszedł. Na jego powrót czekano prawie godzinę. Amerykanie prowadzili następnie wymianę korespondencji, próbując dociec, dlaczego minister się obraził. Okazało się, że powodem zamieszania było cygaro, które zapalił Peter Galant. Podobnie minister zachował się wobec płk. Tadeusza Rusaka, szefa Wojskowych Służb Informacyjnych.
- Wiem, że niekonwencjonalny sposób bycia Janusza Pałubickiego wzbudza kontrowersje, ale jeśli spojrzeć na historię, to widać, że sukcesy odnosili przede wszystkim politycy niekonwencjonalni. Pałubicki przyznaje, że nigdy już nie założy garnituru. Mówi, że założenie krawata równa się dla niego założeniu stryczka. Ale co w tym złego? Szkoda, że w Polsce nastał czas polityków ,,gładkich", takich jak Aleksander Kwaśniewski - mówi Piotr Żak, rzecznik klubu AWS. - To twardy człowiek z zasadami, pryncypialny, ale zawsze lojalny. Zarzuca mu się ekscentryczny ubiór, styl bycia, ale nie ma to żadnego wpływu na wykonywane przez niego obowiązki. Jest profesjonalistą - twierdzi Marek Biernacki, nowy minister spraw wewnętrznych i administracji.
Klubowi koledzy Pałubickiego podkreślają jego zasługi dla procesu lustracji.
- Ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej udało się uchwalić przede wszystkim dzięki Pałubickiemu. To on doprowadził do porozumienia posłów koalicji i PSL, dzięki czemu zdołano odrzucić weto prezydenta Kwaśniewskiego - podkreśla Piotr Żak. - Pałubickiemu udało się odpolitycznić służby specjalne. Uważam to za jeden z największych sukcesów naszego rządu. Kolejnym krokiem będzie przejęcie przez Instytut Pamięci Narodowej wszystkich archiwów PRL. To będzie duży sukces Pałubickiego oraz dowód jego umiejętności i kompetencji - dodaje Marek Biernacki.
Motywy postępowania Janusza Pałubickiego w ostatnim czasie może tłumaczyć informacja, jaka dotarła do niego poprzez UOP w sierpniu tego roku. Ministra powiadomiono, że w bazie Gromu na Helu doszło jakoby do spotkania prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, wicepremiera Janusza Tomaszewskiego oraz gen. Sławomira Petelickiego. Od momentu pojawienia się tej informacji, oficjalnie nigdy nie potwierdzonej, zarówno szef UOP, jak i minister-koordynator zaczęli się intensywnie zastanawiać, jaki mógł być cel domniemanego spotkania. Na tej podstawie rozwinęła się teoria spisku partii lustracyjnej, o której na posiedzeniu klubu AWS mówił Marian Krzaklewski.
Wkrótce zapadła decyzja o przeprowadzeniu kontroli w jednostce Grom. Minister Pałubicki nie był jednak pewien, czy obowiązujące procedury kontrolne pozwalają mu na wejście do jednostki bez uprzedzenia. Konsultował się nawet w tej sprawie z jednym z wiceministrów w MSWiA. Kontrolerzy mieli szukać jakichś dowodów spotkania na Helu, a także sprawdzić, czy specjalistyczny sprzęt Gromu był wykorzystywany do inwigilacji premiera Buzka, przewodniczącego Krzaklewskiego oraz samego Janusza Pałubickiego.
Dowodów spisku jednak nie znaleziono, w świat poszła więc informacja, że być może spiskowcy zdążyli pozacierać ślady. Dowody spisku zbierano zresztą w prawdziwie desperacki sposób. Krzysztof Bondaryk zrobił wprawdzie dużo dla procesu lustracji, koordynując przekazywanie dokumentów z czterech resortów oraz odnajdując akta III wydziału KW MO w Warszawie (czyli materiały SB dotyczące środowisk inteligenckich), ale zarzucono mu, że czytał dokumenty, które podpisywał przed przekazaniem rzecznikowi interesu publicznego. Wiceminister Borusewicz osobiście sprawdzał, czy Bondaryk nie przeglądał rejestru podsłuchów: pytał o to pracowników obsługujących rejestr, szukał wpisów w książce, w której ewidencjonowano osoby mające dostęp do rejestru.
Pogłoska o zniszczeniu w lipcu 1990 r. domniemanej teczki Wojciecha Brochwicza powstała z kolei wskutek słabej orientacji w procedurach UOP. Informacja o tym, że w lipcu 1990 r. coś działo się wokół osoby Brochwicza, wzięła się stąd, iż właśnie w lipcu sprawdzano jego przeszłość przed przyjęciem go do pracy w UOP. Nie chodziło więc o teczkę SB, lecz o tzw. wniosek sprawdzający. Pomyłkę tę bez trudu wyjaśnili Konstanty Miodowicz i Zbigniew Siemiątkowski, członkowie komisji ds. służb specjalnych.
Podejrzenie o niszczenie teczek w lipcu 1990 r. wzmocnił fakt, że teczka Brochwicza, inwigilowanego w latach 80. przez SB (zniszczona w 1989 r.), znajdowała się w Białymstoku (Brochwicz był pracownikiem białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego), a delegaturę UOP organizował tam wówczas Krzysztof Bondaryk. Do niedawna Bondaryk i Brochwicz byli zastępcami Janusza Tomaszewskiego - to wystarczyło, by ich podejrzewać. Przypomniano sobie także, że na początku lat 90. Brochwicz nie krył sympatii do Sławomira Petelickiego. Przecież po przejrzeniu jego akt i podsumowaniu działalności prowadzonej za granicą, zwłaszcza w Szwecji, Petelicki nie miał szans na pozytywną weryfikację. I pierwszy dokument weryfikacyjny dotyczący jego osoby był negatywny. Petelicki przeszedł pozytywną weryfikację w drugim podejściu - dzięki opinii Wojciecha Brochwicza i Bartłomieja Sienkiewicza, którzy trafili wtedy do UOP i byli pod wrażeniem sprawności byłego oficera wywiadu PRL. Połączenie wspomnianych faktów wystarczyło do umocnienia przekonania o istnieniu jakichś nieformalnych związków między tymi osobami.
Na razie nawet politycy AWS nie potrafią stwierdzić, czy spisek z udziałem tzw. partii lustracyjnej powstał jedynie w głowie Janusza Pałubickiego, czy też minister ma jakieś rzeczywiste i wartościowe informacje na ten temat. Jeśli ma, to umiejętnie je ukrywa.
Okładka tygodnika WPROST: 41/1999
Więcej możesz przeczytać w 41/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0