Szkoła orląt

Szkoła orląt

Dodano:   /  Zmieniono: 
W ciągu ostatnich czterech lat odeszło tylu pilotów, ilu przez ten czas wyszkoliliśmy
Pomiędzy dzieciństwem a młodością moje pokolenie czytało książki Janusza Meissnera. Trylogia o Janie Kunie zwanym Martenem czy "Szkoła orląt" należały do kanonu polityczno-przygodowego. Traf chciał, że tuż po dwóch warsztatach "Polska w NATO" (poświęconych informatyce i logistyce w wojskach lotniczych i obrony powietrznej) odwiedziłem dęblińską szkołę. Mogłem więc stwierdzić po rozmowach z wyższymi oficerami szkoły orląt, przed jakimi problemami - prostymi a komplikowanymi przez decydentów - stoi ta zasłużona uczelnia. Otóż w ciągu ostatnich czterech lat z wojsk lotniczych odeszło ponad czterystu pilotów, zatem tylu, ilu przez ten czas wyszkoliliśmy. Nie jest to jednak militarne perpetuum mobile. Młodzi absolwenci szkoły nie zastąpią pilotów z klasą mistrzowską, którzy odeszli do cywilnego lotnictwa albo do biznesu. Cały świat docenia wagę kapitału ludzkiego. A my wyszedłszy z totalitarnej paranoi, wchodząc do NATO, tracimy najlepszych ludzi. Wyszkolenie pilota odrzutowca kosztuje na Zachodzie przeszło milion dolarów. U nas jest tańsze. Ale za żadne pieniądze nie kupimy kadry z doświadczeniem i oblataniem niezbędnym, by się przesiąść na wielozadaniowe odrzutowce mogące współdziałać operacyjnie z armiami Paktu Północnoatlantyckiego. Wszyscy pamiętamy toczącą się przez lata na łamach prasy dyskusję o polskim samolocie szkoleniowym Iryda. Okazał się on niebezpiecznym niewypałem technologicznym. Polska zbrojeniówka musi się pogodzić z myślą, że zasada "kupuj polski produkt" ziści się dopiero, gdy będzie to produkt dobry, a jeśli i polski, tym lepiej. Najważniejsze jest zrozumienie tego spójnika "i". Odraczanie decyzji czy to w sprawie zakupu zachodnich samolotów szkoleniowych, czy też samolotów bojowych zakończy się utratą najlepszych kadr. Wszyscy, którzy mówią, że na razie nie stać nas na żaden ruch - grzeszą ciężko. Budżet MON to ponad 3 mld USD rocznie. Musi być możliwe wygospodarowanie w nim kilkudziesięciu milionów dolarów choćby na leasing samolotów, które pozwolą nie osłabiać naszych zdolności obronnych. Jakie przedsiębiorstwo z budżetu wpływów nie przeznaczyłoby 2 proc. na najniezbędniejszy rozwój? Od dwóch lat twierdzę, że przełamanie impasu w polityce zakupów i restrukturyzacji sił zbrojnych musi mieć dwa wymiary. Pierwszy - pilotażowy: przez tworzenie niewielkich jednostek, które będą w pełni kompatybilne i interoperacyjne z NATO, tworząc wzorce organizacji, procedur, wyposażenia i doboru kadr. I drugi wymiar - procesów obejmujących całość sił zbrojnych. Horyzontem pełnej interoperacyjności, jaki wyznaczyli nam sojusznicy, jest rok 2012. Nie ma jednak innego uwiarygodnienia dalekosiężnych planów niż przez krótkoterminową agendę, w której zaplanowane są i zbudżetowane pierwsze dokonania, wyznaczające drogę do tego odległego celu. Inaczej przekształcimy każdą szkołę orląt w przedsiębiorstwo podcinania skrzydeł.
Więcej możesz przeczytać w 42/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0