Z wizytą u was

Z wizytą u was

Polska upokorzona przez wokalistkę Houston potrzebowała znaku, że jednak należymy i że się z nami liczą. Amerykańska pierwsza dama to oddolne zapotrzebowanie wyczuła i na nie odpowiedziała
Marszałek Alicja Grześkowiak, przez lata walcząca o względy Warszawy, musiała umierać z zazdrości, patrząc, jak podbija stolicę nawet nie marszałek, nawet nie senator i nawet nie kandydat na senatora, ale kandydat na kandydata na senatora, tyle że ze stanu Nowy Jork. Hillary Clinton przybyła i nawet nie zobaczyła, a już zwyciężyła. U stóp miała Warszawę i całą Polskę. Senator Grześkowiak, czując, co się święci, kilka dni przed przyjazdem Hillary Clinton do Warszawy pojechała do Nowego Jorku i w paradzie Pułaskiego maszerowała w pierwszym rzędzie z tym, który za rok może pognębić Hillary - republikańskim burmistrzem miasta Rudolphem Giulianim.
Polska upokorzona przez wokalistkę Houston potrzebowała znaku, że jednak należymy i że się z nami liczą. Amerykańska pierwsza dama to oddolne zapotrzebowanie wyczuła i na nie odpowiedziała. W zamian dostała to, po co przyjechała - zdjęcia z Polski. Czas naszego prezydenta, premiera i ministra spraw zagranicznych jest oczywiście bezcenny, wizyta pani Clinton była jednak wyjątkową okazją, by dość precyzyjnie określić jego wartość. 30 minut z prezydentem, 32 z ministrem Geremkiem i 35 z premierem Buzkiem przeliczyło się na kawałek dobrej prasy na Zachodzie. Słowa Hillary Clinton o trudnych reformach, które jednak przynoszą efekty, poszły w świat. A moment był odpowiedni, bo kilka dni wcześniej w świat poszła korespondencja "New York Timesa" o Lepperze i próbach postawienia pod znakiem zapytania polskiego sukcesu ostatniej dekady. Zupełnie nie zgadzam się z tymi, którzy się oburzają, że Polska została potraktowana jak scenografia do kampanii wyborczej pani Clinton. Została wykorzystana w takim samym stopniu, w jakim został wykorzystany nasz gość. Za 97 minut z najważniejszymi ludźmi w Polsce dostaliśmy najtańszą porcję dobrej publicity od czasu wyrzucenia generała Wileckiego ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego, co w swoim czasie było dowodem, że Rzeczpospolita nie jest republiką bananową, w której generałowie rozstawiają cywili po kątach.
Udana transakcja zdjęcie za zdjęcie nie zmienia oczywiście faktu, że można było boki zrywać, słuchając relacji z wizyty, w których nie zauważono, po co przyjechała pani Clinton. Amerykańscy dziennikarze nie mieli wątpliwości i gdy amerykańska pierwsza dama mówiła o rosnącej liczbie samochodów i restauracji w Warszawie, w Waszyngtonie przypiekali na żywym ogniu rzecznika Białego Domu. Nie, to żadna kampania wyborcza, mówił oczywiście, bo i co miał mówić. Jasne, że nie kampania. Pani Clinton oczywiście przez przypadek odwiedza w Warszawie żydowską szkołę założoną przez Ronalda Laudera, superważną postać w Światowym Kongresie Żydów i jej prawdopodobnego wyborczego sponsora. Przez przypadek odwiedza kraj urodzenia tysięcy Polaków z Nowego Jorku. Przez przypadek na Słowacji, dokąd jedzie z Polski, odwiedza grób słynnego rabina i żydowski dom starców. Przez przypadek ze Słowacji jedzie do Włoch, a już planuje wyjazdy do Irlandii i Izraela (Italia, Izrael, Irlandia - te trzy "I" to w Nowym Jorku największa polityczna potęga). Hillary Clinton kandyduje na senatora z Nowego Jorku i ma rację, że tak robi. Tylko po co jej robić klakę w Warszawie. Przecież nie o Warszawę tu chodzi. A Warszawa w pokłonach, bo oto najsłynniejsza kobieta świata zarzuciła nas garścią złotych myśli o transformacji, globalizacji, kulturowym dziedzictwie, problemach kobiet, sprawach dzieci, sztuce itp., itd. Rozumiem, że jak ktoś robił dobrze Wielkiemu Bratu, to i Wielkiej Siostrze z przyzwyczajenia zrobi dobrze. Tyle że Wielkiej Siostrze niespecjalnie na tym zależy. Włosi, którzy gościli panią Clinton po Polakach i Słowakach, przynajmniej zachowali się racjonalnie. Przyjęli do wiadomości, że to kampania przeciw pochodzącemu z Włoch Giulianiemu i zajmowali się głównie nową fryzurą Hillary. Fryzura jest autorstwa Francuzki, niejakiej pani Goetz, jednej z sześciu osobistych fryzjerek kobiety zainteresowanej wyłącznie losem najbardziej potrzebujących.
Zmartwieniem Amerykanów jest ocena, czy - jak mówi rzecznik Białego Domu - pani Clinton występuje jako ambasador USA i w związku z tym jej podróż ma prawo być opłacana z pieniędzy amerykańskiego podatnika, czy też jako ambasador własny, za co powinna płacić sama, czy ambasador USA i swojej kandydatury, w którym to wypadku koszty należałoby podzielić. My możemy dać sobie spokój z ochami i achami i przyjąć z satysfakcją, że podobnie jak pani Clinton, dostaliśmy, co chcieliśmy, czyli laurkę od kogoś, kogo słowa dziś ważą wiele, a za 13 miesięcy nie będą już pewnie miały najmniejszego znaczenia. Taki wydaje się bowiem nieuchronny koniec zjawiska pod tytułem zmęczenie Amerykanów Clintonami, o którym szczerze mówi sam amerykański prezydent. Hillary Clinton porównała wychodzenie Polski z komunizmu do ucieczki Żydów z Egiptu przez Morze Czerwone. Z tym morzem się zgadza. A stwierdzeniem, że "zawsze są tacy, którzy chcą wrócić do Egiptu", pani Clinton dała dowód znajomości ostatnich sondaży popularności polskich partii. O ile różne mogłyby być te sondaże, gdyby na naszej prawicy był choć jeden polityk wiedzący o polityce tyle, ile kandydat na kandydata na senatora ze stanu Nowy Jork.
Okładka tygodnika WPROST: 42/1999
Więcej możesz przeczytać w 42/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0