Groźba recydywy

Groźba recydywy

Czy polska prawica skorzysta z ostatniej klęski opozycji?
24 września odbyła się w Warszawie demonstracja mająca zapoczątkować realizację scenariusza powrotu do władzy postkomunistów poprzez destabilizację państwa. Manifestacja okazała się polityczną klęską organizatorów. Wprawdzie notowania rządu są obecnie niskie, nie jest jednak łatwo uruchomić scenariusz destabilizacji. Klęska antyrządowej demonstracji siły, mającej wykazać społeczne zaplecze postkomunistów, była ipso facto sukcesem rządu.
Jest rzeczą interesującą, że dogłębnie kompromitujący piękną nazwę Polskiej Partii Socjalistycznej Piotr Ikonowicz, od dłuższego czasu zarzucający kierownictwu SLD zdradę klasy robotniczej, a więc coś w rodzaju rewizjonizmu, jako przyczynę niepowodzenia manifestacji wymienił brak radykalizmu, unikanie wyraźnego wezwania do obalenia rządu, rozpędzenia parlamentu i przekreślenia rezultatów wyborów z 1997 r. Są to zarzuty niesprawiedliwe, albowiem dokładnie pod takimi hasłami, jakich domagał się Ikonowicz, przeciwnicy rządu byli wzywani do udziału w manifestacji. Ale te skargi wydają się świadczyć o - być może definitywnym - rozejściu się dróg Piotra Ikonowicza i Leszka Millera. Mamy więc w III Rzeczypospolitej farsową, jak pouczał Karol Marks, powtórkę z historii ruchu rewolucyjnego. Nie można wykluczyć, że Ikonowicz napisze tekst pod tytułem "Jak stałem się socjalistą", oraz że nastąpi nowa odsłona starego konfliktu pomiędzy SDKPiL i PPS. Trudno przewidzieć, kto będzie nowym Kazimierzem Kelles-Krauzem, autorem wydanej w 1894 r. broszury "Klasowość naszego programu", w której autor opowiadał się za rewolucją powszechną i strajkami, a także - rzecz jasna - przeciw "oportunizmowi", co wówczas oznaczało uznanie prawa Polski do niepodległości. Kilku szykujących się do wystąpienia z SLD działaczy, zbliżonych do Ikonowicza i Rolickiego, a także innych publicystów "Trybuny", nadaje się do tej roli znakomicie. Do roli Wiery Kostrzewy (współzałożycielki PPS-Lewica i KPP, znanej z radykalnych, wrogich wobec państwa polskiego i Kościoła katolickiego poglądów, zmarłej lub zamordowanej w sowieckim więzieniu) znakomicie pasuje Izabella Sierakowska. Natomiast Jerzy Jaskiernia być może popadnie w prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie i w konsekwencji, idąc za wzorem Władysława Bieńkowskiego (bliskiego współpracownika Władysława Gomułki, a później znanego rewizjonisty), napisze książkę zatytułowaną - tak jak książka Bieńkowskiego - "Motory i hamulce socjalizmu". Wszystko to nie oznacza, że postkomuniści zaprzestaną organizowania działań destabilizujących państwo. Zawsze mogą liczyć na wsparcie ze strony mobilizowanych przez partię różnych grup nacisków. Nieoceniona okazuje się być w takich wypadkach pani Banachowicz, podburzająca pielęgniarki - przy czym jakoś nie przypominam jej sobie z okresu rządów SLD, a przecież pielęgniarki zarabiały wówczas relatywnie znacznie mniej. Ale nie to wydaje mi się decydujące.


Dziś postkomunizm to nie przemoc, ale nihilizm rozumiany jako propagowanie antywartości

Rząd musi wreszcie przystąpić do efektywnego działania, a tworząca jego polityczne zaplecze koalicja powinna przestać zajmować się sama sobą i prowokować bez końca wzajemne konflikty tylko po to, by je z największym wysiłkiem w końcu przezwyciężać. Albowiem zaczyna to przypominać socjalizm, polegający na skutecznym pokonywaniu trudności, które sam stwarzał. Byłoby też wskazane, żeby Unia Wolności przestała robić wrażenie gotowej rządzić razem z SLD. Gdyby rządząca Polską koalicja AWS-UW rozpadła się, a do władzy doszli postkomuniści, byłoby to dowodem na istnienie w polskiej polityce prawicowej jakiegoś genu letalnego. Kolejną listę życzeń i warunków stawianych akcji przez liczącą 62 posłów unię można potraktować jako podbijanie bębenka roszczeń w najmniej odpowiednim momencie i przypomnieć, że Leszek Balcerowicz z całą pewnością jest wybitnym ekonomistą, ale znacznie gorszym politykiem. I bardzo trudno zrozumieć, jak to jest możliwe, aby przewodniczący klubu parlamentarnego UW dawał fałszywe świadectwo o Aleksandrze Kwaśniewskim w przedmiocie urazu jego goleni prawej i wielkiego wzruszenia, owocującego nadmierną wylewnością podczas uroczystości w Charkowie. Co tak przedstawił znakomity prześmiewca elit politycznych III RP Marek Majewski, pisząc:


"... i nikogo nie zdziwi to raczej...
Lecz prezydent ťwzruszonyŤ
i ťniedysponowanyŤ
co najwyżej jest ťtrzeźwy inaczejŤ".
("Wprost", nr 40).


Polsce udało się osiągnąć stabilność polityczną, której mogą nam pozazdrościć kraje o znacznie dłuższej tradycji demokratycznej. Ogromna w tym zasługa Akcji Wyborczej Solidarność. Wielkim kosztem udało się utworzyć koalicję, skupiającą wszystkie poważne prawicowe ugrupowania, dokonać ich koncentracji i wypracować podstawy wspólnych założeń programowych. Utracili możliwości rzeczywistego oddziaływania na politykę ludzie, których dotychczasową działalność najkrócej można chyba określić jako 3 x d: destrukcja, demagogia, doktrynerstwo. Tu można wymienić nazwiska: Kaczyński, Korwin-Mikke, Macierewicz, Moczulski, Słomka, Wałęsa i paru innych.
Podstawowym wyzwaniem dla demokracji w Polsce jest problem obecności na scenie politycznej silnej partii postkomunistycznej, mającej wypróbowanych przyjaciół w środowiskach opiniotwórczych, zwłaszcza w środkach przekazu. Apel Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego skierowany do innych partii, a wzywający do izolacji i marginalizacji SLD jako nurtu zdrady narodowej, tak był uprzejmy z właściwym sobie ironicznym poczuciem humoru skomentować prokomunistyczny publicysta Marek Beylin: "Pojawiają się różne recepty. ZChN ogłosił, że należy izolować SLD jako kontynuatora ťnurtu zdrady narodowejŤ. Jednak nie sądzę, by po tym apelu Leszkowi Millerowi zrobiło się gorzej, zaś komukolwiek w koalicji - lepiej. Inne partie z obozu rządzącego nie ogłosiły jeszcze swoich przemyśleń" ("Gazeta Wyborcza", 23 .09. 1999 r.). Dla Beylina nie jest istotne, czy SLD jest nurtem zdrady narodowej, czy też nie. Nie kwestionuje samego faktu, że partia reprezentująca taki nurt ubiega się o władzę. Liczy się tylko widziana na krótką metę skuteczność; chociaż w tym akurat wypadku mamy do czynienia z motywacją ideową, a mianowicie z próbą realizowania przez Beylina wielkiej idei historycznego kompromisu, oznaczającego rządzenie Polską przez postkomunistów wspólnie z całą, a jeśli się nie uda, to przynajmniej z częścią Unii Wolności. Jeszcze krócej skwitował apel ZChN "mocny" człowiek UW, Mirosław Czech, mówiąc o "fanaberiach ZChN". To także piękny bon mot, przykład zwykłej, a zwłaszcza politycznej kultury. Ta upiorna i szkodliwa dla Polski idea koalicji SLD-UW, oznaczająca zastąpienie obozu posierpniowego obozem polipcowym (od 22 lipca 1944 r. - święta Polski Ludowej), może się opierać najwyżej na renegatach w rodzaju pana Celińskiego.
Mój stosunek do komunistów najlepiej oddają słowa francuskiego marszałka Focha, wypowiedziane 26 marca 1918 r. i odnoszące się do Niemców: "Mój plan jest prosty. Chcę się bić. Będę się bił na północy, będę się bił nad Sommą. Będę się bił zawsze... Nie wolno się cofnąć o krok" (Janusz Pajewski, "Pierwsza wojna światowa 1914-1918", Warszawa, 1998 r.). Zagrożenie ze strony postkomunizmu nie ma wyłącznie politycznego charakteru - utrwalenie się władzy SLD nad Polską oznacza latynizację naszego kraju, uczynienie z demokracji procedury formalnej, skupienie wszystkich realnych mechanizmów władzy (gospodarka, media, armia, policja, wymiar sprawiedliwości) w rękach jednej tylko siły politycznej. Jest także zagrożeniem moralnym. Postkomunizm w chwili obecnej to nie przemoc, ale nihilizm rozumiany jako propagowanie antywartości. Nieprzypadkowo nieoficjalny organ SLD, tygodnik "Nie", używa wyjątkowo brutalnego, często szokująco obscenicznego języka, wprowadzającego elementy pornografii przy identyfikowaniu przeciwników i egzemplifikacji poglądów, co ma służyć zerwaniu z normami kulturowymi i obyczajowymi mającymi swe źródło w tradycji chrześcijańskiej. Marksizm-leninizm komunizmu został zastąpiony nihilizmem postkomunizmu. Brak moralnych zasad stanowi warunek sukcesu polityki, w której liczy się tylko skuteczność, a więc pieniądze, socjotechnika i propaganda. Oznacza to pogardę dla takich wartości, jak patriotyzm, poświęcenie dla innych ludzi w imię Boga, poszanowanie tradycji, wyrzeczenie i dobrowolne ubóstwo. Miejsce wiary w Boga ma zastąpić całkowity relatywizm moralny, w którym wszystkie najbardziej dziwaczne sekty i zboczenia są równoprawnymi propozycjami ideowymi, godnymi życzliwej refleksji. Sprzeciw prawicy wobec recydywy komunizmu prowadzony jest więc także z uwagi na zagrożenie moralne, jakie niesie z sobą ta formacja. I dlatego niemożliwy jest jakikolwiek poważny spór pomiędzy ugrupowaniami wyrosłymi z tradycji patriotycznej a wywodzącymi się z nurtu narodowej zdrady i moralnego nihilizmu, albowiem, jak pisze prof. Jacek Salij: "Sam fakt, że się spieramy, świadczy o tym, że zależy nam bądź na sobie wzajemnie, bądź przynajmniej na wspólnocie, do której obaj należymy. W sytuacji, kiedy zabraknie między nami jakiegoś minimum wartości wspólnych, prowadzenie sporu staje się czynnością bardziej niż jałową: jest bowiem udawadnianiem wspólnoty międzyludzkiej tam, gdzie takiej wspólnoty nie ma" (Jacek Salij, "Nasze czasy są o.k.", 1997 r.).
Próba dojścia do władzy na fali destabilizacji państwa zakończyła się niepowodzeniem. Polska prawica ma szansę na zdyskontowanie tej sytuacji, do czego konieczne jest zaprzestanie wzajemnych sporów, jedność rządzącej koalicji i skuteczne podejmowanie stojących przed Polską wyzwań.



Okładka tygodnika WPROST: 42/1999
Więcej możesz przeczytać w 42/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0