Widzi mi się socjotechnika

Widzi mi się socjotechnika

Koalicje rządzące żrą się tak między sobą, że trudno zrozumieć, dlaczego w ogóle są w koalicji. A jednak są i będą. To oznacza tyle, że ci, którzy są u władzy, znaleźli lepszy sposób niż ci, którzy władzy nie mają
1. Są dwie postawy, obie niebezpieczne. Zgodnie z jedną nic już nie da się zrobić i dlatego nic nie warto robić, a druga polega na wierze, że można zrobić wszystko zgodnie ze swoim widzimisię. Zbliżające się wybory prezydenckie i parlamentarne wyraźnie zdominowały już polskie życie polityczne i wszystko, co się dzieje, jest wyznaczone przez tę perspektywę. Patrząc na wyniki badań opinii publicznej, jedni mówią - TKM, ale tylko teraz, i tak się nic nie da zrobić, przegramy, więc musimy wziąć wszystko, co się da, zanim nas wywalą. Obsadzamy, co się da, forsa taka, jaką się - TKM - da wziąć i do domu, a jeśli komuś się uda i pozostanie tam, gdzie został wystawiony, tym lepiej. Na przykład, gdy się jest dostojnikiem państwowym, trzeba zadbać o dobro firmy, w której ma się udziały, gdy się jest radnym, trzeba wziąć diety nawet za swoją nieobecność. W gardło nasze... Jest i drugie stanowisko, czytałem wypowiedź, nie pamiętam już kogo z koalicji rządzącej, zresztą partia nieważna, kto mówi mniej więcej tak: opinia publiczna swoją drogą, ale na wszystko dzisiaj jest jakaś socjotechnika. Już bym się cieszył, myśląc, że za tym idzie optymizm, wiara w sukces - a nic przecież nie deprawuje bardziej niż poczucie nieuniknionej klęski - ale nagle zapachniało czymś podejrzanym. Na wszystko jest jakaś socjotechnika, czy to ma znaczyć po prostu, że wszystko jakoś da się załatwić?

2. Na wszystko jest jakaś socjotechnika. Jak rozejrzeć się po świecie, wydaje się, że prawda. Aleksander Łukaszenka ustala cenę wódki i kiełbasy, więc naród go kocha i na niego głosuje, bo dobry gospodarz, nawet jeśli się dach wali, stróżującego psa strofuje i nad spoconymi przy przenoszeniu snopków robotnikami się użali, więc nic to, że dziura w dachu się powiększa. Borys Jelcyn rządzi jak satrapa w imię obrony demokracji, Tony Blair trzyma kurs rynkowy jako nowa lewica, a Lionel Jospin z powodzeniem rządzi jako nowa lewica. Liberał Vaclav Klaus wszystko popsuł, choć mówił, że jest coraz lepiej, więc teraz jest w zmowie z rządzącą socjaldemokracją, która psuje gospodarkę dalej. Wszystkie chwyty działają. U nas Andrzej Lepper im więcej krzyczy, tym bardziej po cichu mu słodzą i się z nim zmawiają, na Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza z kolei krzyczą, ale oni się nie dają, podczas gdy na lewicy ledwie się Partia-Spadkobierczyni puści, to już Leszek Miller przedstawia nową pannę do wydania. Wydawałoby się, że cokolwiek zrobisz, i tak ci się uda. Na wszystko jest jakaś socjotechnika.

3. Ale można to samo opowiedzieć inaczej. Każdy może być przy władzy, byle znalazł dobry sposób. Jeden schlebia narodowi, przeganiając kolejno swych ministrów z urzędu i zwalając na nich odpowiedzialność za to, co się dzieje. Inny zamienił etat premiera na marszałka parlamentu. U nas skuteczny program powszechnej metamorfozy. Partia inteligencji jest partią biznesu, a związek zawodowy - partią władzy. Bandyci drogowi zamieniają się w dobrze ubranych salonowców, awangarda proletariatu - w awangardę bankierską. Koalicje rządzące żrą się tak między sobą, że trudno zrozumieć, dlaczego w ogóle są w koalicji. A jednak są i będą. To oznacza mniej więcej tyle, że ci, którzy są u władzy, znaleźli lepszy sposób niż ci, którzy władzy nie mają. Nie jesteśmy z tą wiedzą o wiele mądrzejsi niż przedtem.

4. Socjalizm dawał władzę poprzez udział w partii. Sprzedajesz duszę w zamian za rozdanie kart. Potem trzeba już tylko dobrze grać i nie dać się odsunąć od stolika. W demokracji to nie wystarczy, bo trzeba jeszcze wygrać z publicznością. W tym celu są Sejm, partie i telewizja publiczna, trzy ustrojowe narzędzia demokracji. Z Sejmem jest już prawie załatwione, bo chociaż konstytucja gwarantuje, że nie trzeba słuchać zdania wyborców, wszyscy myślą, że posłowie są po to, żeby ich reprezentować, więc przynajmniej część narodu chodzi na wybory, łudząc się, że wybiera swoich reprezentantów. Problem polega na tym, że trzeba ich jakoś przekonać, żeby głosowali na nas, a nie na sąsiada i że czymś poza nazwiskiem się różnimy. Stąd partie. Partie mają służyć dobru ogólnemu, więc każda stara się o zdobycie jak największej liczby głosów, a że zauważono, iż ludzie lubią głosować na tych, którzy - ich zdaniem - robią im najlepiej, więc trzeba możliwie mętnie obiecać coś jak największej liczbie ludzi, robiąc w ten sposób jak najlepiej dla siebie. Zresztą ze wszystkich zobowiązań można się uwolnić. Jeśli nie dotrzymujemy obietnicy wyborczej, to dlatego, że uniemożliwił nam to stan kasy przejętej po naszych poprzednikach, a w najgorszym razie nasi nieobliczalni koalicjanci. Następnym razem zmienimy koalicjanta i będziemy lepsi albo zostawimy sami sobie kasę i będzie jeszcze lepiej. Gdyby natomiast - nie daj Boże - zmieniono system wyborczy tak, że do parlamentu wchodziłyby tylko dwie partie, to jest jeszcze możliwość koalicji po czesku, ja w rządzie, a ty w opozycji, tak, że wszystkim się sprawiedliwie dzielimy, a tylko przeszkadzamy sobie w zrobieniu tego, co obiecaliśmy wyborcom, bo w końcu w porządnej demokracji musi być jakaś partia rządząca i jakaś opozycja i muszą się czymś różnić. Temu wszystkiemu pomaga telewizja publiczna, gdzie widać, jak bardzo politycy różnią się w pojmowaniu naszego wspólnego interesu, w ich dobrze pojętym interesie własnym jest przecież, żeby różnili się jak najbardziej, bo inaczej można by ich pomylić z sąsiadem. Jeśli politycy się nie różnią, to przynajmniej niech różnią się dziennikarze. Pan Michał Strąk ostatnio tak powiedział, bo on nie wierzy w bezstronnych dziennikarzy, trzeba więc wsadzić do telewizji czy do radia jak najbardziej różniących się dziennikarzy. Miejsce telewizji partyjnej, jak kiedyś, teraz powinna zastąpić telewizja wielopartyjna. A gdyby było za nudno w telewizorze, można jeszcze zrobić spór o samą telewizję, kto powinien mieć nad nią władzę.

5. Pewnie, że na wszystko jest dobra socjotechnika. Wystarczy ludzi przekonać, że będzie im lepiej, kiedy będziemy u władzy, a już władzę mamy w kieszeni.
Okładka tygodnika WPROST: 42/1999
Więcej możesz przeczytać w 42/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0