VATgate

VATgate

Około stu zakładów pracy chronionej jest kontrolowanych i wykorzystywanych przez gangi
Kilkaset milionów złotych wyłudziła ze skarbu państwa grupa biznesmenów, wykorzystując przywileje podatkowe zakładów pracy chronionej. Miliony złotych, a za nimi wirtualne towary, przechodziły przez dziesiątki fikcyjnych firm. Policja i prokuratura podejrzewają, że firmy te były także wykorzystywane do prania brudnych pieniędzy. Śledztwo prowadzi kilka prokuratur w kraju. Większość podejrzanych nadal cieszy się wolnością - dzięki rekordowej wysokości kaucji. Informacje operacyjne wskazują też na związek "biznesmenów" z politykami
. - To może być największa afera w Polsce - komentuje prokurator prowadzący dochodzenie.
W procederze wyłudzania podatku VAT wykorzystywano przywileje podatkowe zakładów pracy chronionej. - Wiele wskazuje na to, że nad nimi jest jeszcze jakaś "czapa". Na razie dysponujemy tylko wiedzą operacyjną na ten temat. Metody działania są jednak tak podobne, że prawdopodobnie wszystkie firmy działały wedle tego samego patentu. Domyślamy się nawet, kto jest autorem tego patentu i komu go sprze- dał - mówi funkcjonariusz policyjnego wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną. Dotychczas zebrali dowody, że już około stu zakładów pracy chronionej jest kontrolowanych i wykorzystywanych przez gangi. Sprawą zainteresował się też Urząd Ochrony Państwa, a tajny raport na ten temat miał niedawno trafić na biurko wicepremiera Leszka Balcerowicza.
Pod wpływem tych informacji rząd zaproponował zniesienie dotychczasowych przywilejów zakładów pracy chronionej. Policjanci dysponują informacjami, że niektórzy właściciele zakładów zebrali 2 mln zł na lobbing za utrzymaniem status quo. To oni mieli organizować przed Sejmem "spontaniczne" manifestacje niepełnosprawnych, których straszy się wizją likwidacji miejsc pracy.
Pierwszym ujawnionym "przekrętem" były interesy holdingu Kolmer, założonego m.in. przez trzech mieszkańców Pruszkowa, skupiającego około stu spółek z całej Polski. W styczniu 1995 r. w skład holdingu wszedł zakład pracy chronionej. W konkretnym celu: manipulując fakturami i przepuszczając je przez własny zakład pracy chronionej (zwolniony z podatku VAT), zwracano sobie wzajemnie ten podatek, wyłudzając ze skarbu państwa niemal 100 mln zł. Tylko za 100 tys. kupionych za grosze bezużytecznych płyt gramofonowych, które wyeksportowano potem na Ukrainę, by tam je zniszczyć, firma otrzymała w 1996 r. ze skarbu państwa zwrot podatku VAT w wysokości 40 mln zł (na podstawie odprawy celnej SAD). W czasie "wędrówki" towarów przez firmy-córki zawyżano "na papierze" wartość na przykład starych mundurów OHP. Ale najlepszym interesem okazała się sprzedaż starego rumuńskiego samochodu terenowego Aro. Jedna z firm holdingu kupiła go od elektrowni w Połańcu za 3,5 tys. zł. Samochód "krążąc" (jak twierdzą policjanci, jako rzeczywisty wrak nie mógł opuścić miejsca postoju) między firmami, uzyskał wartość 6 mln zł! Ostatni nabywca odebrał za niego z urzędu skarbowego okrągły milion złotych.
Kolmerem po raz pierwszy zainteresowali się prokuratorzy i policjanci z Rzeszowa, gdy firma ta zgłosiła chęć zakupu upadającego i zadłużonego na 30 mln zł Galicyjskiego Trustu Kapitałowo-Inwestycyjnego, który prowadząc przez cztery lata działalność parabankową, oszukał ok. 9 tys. osób. O Kolmerze stało się głośno, gdy firma ta namówiła władze Fundacji Kultury na wspólną inwestycję - eksport wołowiny do Uzbekistanu. Fundacja przeznaczyła na ten cel 2 mln zł, zaś Kolmer 300 tys. zł. W 1991 r. holding przekazał fundacji 1,3 mln zł i na tym się skończyło. Zdaniem prokuratury, najważniejszą postacią VATgate jest Stanisław P., nie ukrywający związków z politykami, których przyjmował w swojej rezydencji w Koszewie koło Stargardu Szczecińskiego. W latach 70. Stanisław P. był taksówkarzem (jeździł starym wartburgiem). Na początku lat 80. wyjechał za granicę: był w USA, robił interesy w Europie Zachodniej, Ameryce Południowej, Afryce. Kiedy wrócił do Polski w 1990 r., był już bogatym człowiekiem. Twierdzi, że odziedziczył majątek po babci. Interesował się nim UOP. Jeden z byłych pracowników UOP ujawnił, że Stanisław P. gościł u siebie w rezydencji wiele osób z byłego Związku Radzieckiego, w tym dyplomatów, o których mówiło się, że działali w służbach specjalnych, a teraz chcieli robić w Polsce interesy. P. nie krył, że zna ludzi ze służb specjalnych i dzięki nim może robić interesy zarówno w Polsce, jak i na Wschodzie. Prezesem jednej z jego firm został Tadeusz C., były szef szczecińskiego oddziału WSI. Firma ta miała kupić dwa kluby sportowe - szczecińską Pogoń i Górnika Zabrze - lecz nie zdążyła.


Posłowie odrzucili rządowy projekt cofnięcia zakładom pracy chronionej ulg w podatku VAT

Dotychczas aresztowano sześć osób, a dwudziestu pięciu przedstawiono zarzuty. Miesiąc temu aresztowano też Stanisława P. W ubiegłym tygodniu wyszedł na wolność po wpłaceniu 16,5 mln zł kaucji (najwyższej w całej powojennej historii). W gotówce wpłacono do sądu tylko pół miliona, resztę przekazano w formie hipotecznego zabezpieczenia nieruchomości Stanisława P. - Jesteśmy bogatą rodziną. Takie pieniądze moje firmy zarabiają w ciągu jednego dnia - powiedział P. dziennikarzom oczekującym na niego przed aresztem w Załężu.
W aferę Kolmeru wplątana jest także firma U. z Krakowa, (zakład pracy chronionej). Jej szefowie wyłudzili od skarbu państwa co najmniej kilkanaście milionów złotych, zawyżając ceny mikroprocesorów i dyskietek oraz fałszując faktury. Zakład produkował też tajemniczą ciecz Bio-magnetic. - Mieszaliśmy z sobą dwa proszki przypominające gips, dodawaliśmy wody i elegancko pakowaliśmy - wspomina jeden z pracowników U. Z tego taniego półproduktu wytwarzano inny, znacznie już "wartościowszy" towar, za który odbierano podatek VAT. Im wyższa była cena finalnego produktu, tym wyższy zwrot podatku VAT.
Inny, wciąż badany wątek sprawy dotyczy prania brudnych pieniędzy. - Przychodzili do nas często dziwni panowie z walizkami wypełnionymi pieniędzmi - wspomina jedna z pracownic spółki U. Firma prowadziła też wydawnictwo zatrudniające osiemnastu niepełnosprawnych. W ciągu roku udało się im wydać jedną pozycję. Głównie zajmowano się taśmowym kopiowaniem dyskietek z grami "udającymi" skomplikowane programy komputerowe. Eksportowano je - za odpowiednio wysoką cenę - za granicę i dzięki temu odbierano zwrot podatku VAT.
Pomysł "na dyskietkę", skopiowany i udoskonalony, realizowali później inni biznesmeni w innej części kraju. Pisano o nich przed kilkoma laty jako o prężnych młodych wilkach biznesu komputerowego. Półtora roku temu wyłudzili od skarbu państwa co najmniej 30 mln zł. Zakład pracy chronionej H. z Warszawy (firma-matka) korzystał z ulg podatkowych, a dodatkowo - jako spółka joint venture - z dwuletnich wakacji podatkowych. Podstawą sukcesu firmy był komputerowy program "Katia dla Windows". Program ten (nazywany także "Polka dla Windows" kupiła za 10 tys. zł firma X. Zdaniem biegłych, program jest wart tyle, ile dyskietki, na których został nagrany. Jednak tydzień po transakcji program ten - po przestawieniu polskich znaków na cyrylicę - był już wart 3 mln zł i za tyle firma X odsprzedała go spółce H., która z kolei przelała 31 mln dolarów z tytułu opłat licencyjnych na konto pewnej austriackiej firmy.
Kontrole wykazały tymczasem, że spółka H. sprzedawała program jeszcze zanim zaczęła go kopiować. Nie sprzedawano go jednak bezpośrednio do odbiorców w krajach b. ZSRR, lecz przez pośredników - duże firmy komputerowe. Jednym z takich pośredników była pewna centrala handlu zagranicznego, spółka skarbu państwa, która niedawno debiutowała na giełdzie. Przedstawiciele H. wskazywali jej konkretnego odbiorcę. Więcej, zobowiązywali się doprowadzić do tego, by do centrali trafiło zamówienie od konkretnego kontrahenta ze Wschodu. Centrala handlu zagranicznego przez rok sprzedała ponad 100 tys. dyskietek na Litwę. Program nigdy jednak tam nie trafił. Znalazł się w składzie celnym w Austrii. Nie litewska firma płaciła też za towar, lecz tajemnicze spółki zarejestrowane na Guernsey i Saint Vincent, czyli w podatkowych rajach. Dopiero po otrzymaniu pieniędzy centrala handlu zagranicznego i inne firmy pośredniczące płaciły spółce H. (oczywiście, po odliczeniu marży), a ta dokonywała przelewów na konta spółek w Wiedniu, Liechtensteinie, na Guernsey i Saint Vincent. Realizując kontrakt na ponad 4 mln dolarów, w ciągu roku centrala handlu zagranicznego uzyskała marżę w wysokości 400 tys. zł.
Jak ustalili kontrolerzy urzędów skarbowych (dokumenty w H. i firmach współpracujących zginęły lub uległy zniszczeniu), przez półtora roku działalności przetransferowano za granicę 67 mln dolarów. Faktury wystawiane przez zagranicznych odbiorców służyły tylko do przedstawienia ich w banku przy zakupie dewiz. Kiedy właścicielem zakładu pracy chronionej została tajemnicza malezyjska firma Nabol Holdings, ostatni prezes H. i zarazem pełnomocnik Malezyjczyków, Konrad G., miał przekazać do Malezji cały zysk firmy za dwa lata - łącznie ponad 21 mln dolarów w gotówce. Aresztowany w lipcu tego roku Konrad G. wpłacił kaucję w wysokości 25 tys. zł, jego wspólnik zapłacił już 300 tys. zł, a dwaj następni - po 500 tys. zł. W ubiegłym tygodniu sejmowa Komisja Finansów Publicznych odrzuciła rządowy projekt cofnięcia zakładom pracy chronionej dotychczasowych ulg w podatku VAT.


Okładka tygodnika WPROST: 42/1999
Więcej możesz przeczytać w 42/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0