Berlin w budowie

Berlin w budowie

Przeniesienie stolicy okazało się dla Niemców problemem znacznie większym, niż się spodziewali
Jeszcze niedawno świat podziwiał rozmach budowlany Berlina, a jego mieszkańcy chwalili się oszałamiającymi planami - w błyskawicznym tempie w centrum stawiane są wysokie biurowce (2 tys.), zaś w północno-wschodniej części miasta zaplanowano wybudowanie największego osiedla (75 tys. mieszkań). Nad projektami pracowało 150 architektów z całego świata, a na realizację ich wizji w ciągu dziesięciolecia przeznaczono 200 mld DM. Dziś okazuje się, że Berlin rzeczywiście stał się rajem dla architektów, ale nie wszyscy berlińczycy są równie zadowoleni jak oni. - Co z tego, że we wschodniej części miasta przywrócono piękne fasady starych kamienic lub powstawiano nowoczesne plomby, jeśli niewielu ludzi stać na opłacenie wysokich czynszów w zmodernizowanych bądź nowych budynkach. Mieszkanie, które chciałam wynająć rok temu, do dziś stoi puste - mówi 28-letnia Katrin. Dziesięć lat temu uciekała z matką z Berlina do RFN, korzystając z pomocy ambasady w Pradze. Dzisiaj obie są bezrobotne.
Gospodarka Niemiec - mimo boomu budowlanego- popadła w stagnację. Niespotykany dotychczas rozmach inwestycyjny, ale równocześnie najwyższe na świecie koszty zatrudnienia oraz rosnące obciążenia socjalne sprawiły, że dług publiczny urósł do bajońskiej sumy 1,5 bln DM. W Berlinie niemieckie kłopoty widać jak pod lupą. W dynamicznie rozwijającej się metropolii, w której wartość samych inwestycji prywatnych wynosi ok. 40 mld DM rocznie, wciąż wielu ludzi nie ma pracy. We wschodniej części miasta stopa bezrobocia sięga 12,1 proc., a w zachodniej - 12,3 proc. - Te dane nie do końca oddają rzeczywistość. Ze względu na różnice w systemie socjalnym bez- robocie w Berlinie wschodnim jest znacznie wyższe - zauważa Thomas Richter, zastępca dyrektora w Europejskiej Akademii Obywatelskiej (ESTA) w Berlinie.
Ostatnio coraz częściej przywoływane są wyniki sondaży wykazujących rozdarcie niemieckiego społeczeństwa; według badań Instytutu Forbesa, co ósmy obywatel zjednoczonych Niemiec chciałby dziś "przywróczenia muru berlińskiego", a tylko co dziesiąty uważa, że Ossis i Wessis "są jednym narodem". Thomas Richter nie może sobie jednak wyobrazić, że dla jego rodaków mur stał się wyrazem tęsknoty za dawnymi strukturami. - Mieszkańcy byłego NRD nie mogą żyć w kombinacji składającej się z dzisiejszych warunków egzystencjalnych i dawnych zabezpieczeń socjalnych. Richter chętnie opowiada o Berlinie aspirującym do miana kulturalnej stolicy Europy, mieście nie ograniczonych możliwości. Przyznaje jednak, że najpierw trzeba przezwyciężyć jego "mentalny" podział. Wydaje się to dziś trudniejsze niż zabudowanie "pasa śmierci", oddzielającego jeszcze dziesięć lat temu dwie części miasta, czy zasypanie przepaści socjalnej. - Sklejanie Berlina wciąż jest problemem, kto wie, czy nie coraz większym - zauważa Richter. - Być może wyrośnie nowe pokolenie, zanim uda się go rozwiązać.


Złoty deszcz
Od zjednoczenia Niemiec 3 października 1990 r. na odbudowę i restrukturyzację nowych landów przeznaczono bajońską sumę 1,2 bln DM (średnio ok. 125 mld DM rocznie). Pieniądze pochodziły głównie z podatków, w tym tzw. solidarnościowego. Roczne transfery netto stanowią prawie jedną trzecią budżetu federalnego (czyli wszystkich ogólnopaństwowych nakładów), tj. 5 proc. PKB na zachodzie Niemiec. Złoty deszcz na konta nowych landów spływa poprzez różne programy. Oprócz tego federacja zapewnia na odbudowę wschodnich Niemiec od 1995 r. do 2005 r. 6,6 mld DM rocznie, na przykład na potrzeby instytucji komunalnych i społecznych. W ciągu pięciu lat od upadku muru berlińskiego z publicznych środków zmodernizowano 3,5 mln mieszkań. Na budowę dróg, trakcji kolejowych i szlaków wodnych federacja wydała w latach 1990-1996 ponad 65 mld DM. Na przełomie wieku z ogólnoniemieckiego budżetu na inwestycje w komunikacji samochodowej przeznaczy się ponad 100 mld DM. Berliński "dworzec rządowy" (Lehrter Bahnhof) stanowi w programie inwestycyjnym zadanie specjalne, które pochłonie aż 20 mld DM. Do zadań już wykonanych można zaliczyć telefonizację wschodnich landów. Wkład finansowy Telekomu (największego inwestora) wyniósł do 1997 r. 50 mld DM, które pozwoliły włączyć do sieci ponad 4 mln abonentów. Strumień pieniędzy dla nowych landów nie ominął także kultury. Na najpilniejsze potrzeby w tej dziedzinie rząd federalny wyłożył w pierwszych trzech latach po zjednoczeniu 3 mld DM. Wykorzystano je między innymi na odbudowę pomników, by zwiększyć atrakcyjność turystyczną wschodnich Niemiec. Ponadto w roku 1994 przelano na te cele ok. 250 mln DM z majątków partii i organizacji byłej NRD. W ramach programu wspierającego przedsięwzięcia kulturalne rząd wyasygnował 1,5 mld DM, przede wszystkim na "imprezy rangi europejskiej". Renowacje zabytków wspiera Federalne Ministerstwo Budownictwa - przez pierwsze trzy lata po zjednoczeniu wydano ponad miliard marek. Urząd Powierniczy zakończył prywatyzację wschodnioniemieckiej gospodarki w 1994 r. Do rąk zagranicznych właścicieli przeszło ok. 900 za- kładów, zainwestowali oni 25 mld DM. Przedsiębiorców cudzoziemców najbardziej zainteresowały branże przemysłu chemicznego, paliwowego, metalowego i maszynowego. W modernizacji nowych krajów związkowych Niemiec uczestniczy też Unia Europejska. W latach 1994-1999 transfer z unijnej kasy na konta nowych landów sięgał 14 mld euro rocznie.


Piotr Cywiński Bonn


Z tym większą nadzieją wszyscy oczekiwali przeprowadzki rządu z Bonn do Berlina. Ma ona pobudzić miasto do rozwoju, nie tylko budowlanego. Biorąc pod uwagę rozmiar przedsięwzięcia (jego koszt przekroczył 8 mld DM), przeprowadzono je dość sprawnie - specjalnym pociągiem z Bonn do Berlina wyekspediowano latem kilkadziesiąt kilometrów akt, kilkadziesiąt tysięcy kartonów, mebli i komputerów.
Wprawdzie wiele udało się zrobić, nie oznacza to jednak końca przeprowadzki stulecia. Wielu budynków nie oddano jeszcze do użytku i urzędnikom przydzielono biura zastępcze. Miejscem pracy kanclerza Schrödera jest na razie budynek byłej Rady Państwa NRD. Rządzący burmistrz Berlina Eberhard Diepgen przyznaje, że biorąc pod uwagę rozmiary zadania, nie stawia się na perfekcjonizm. W efekcie nie można uniknąć rozwiązań prowizorycznych.
Nie tylko ze względu na nie wykończone budynki wielu urzędników (3-4 tys.) wciąż woli do Berlina dojeżdżać niż przenieść się tam na stałe. Zwłaszcza że przez najbliższe dwa lata koszty przejazdów lub przelotów pokrywać będzie państwo. Szacuje się, że w związku z karuzelą etatów miejsce zamieszkania musi zmienić ok. 11 tys. urzędników państwowych. Przewidziano dla nich ulgi finansowe oraz budowę rządowych domów. Przeprowadzka pochłonie mniej więcej 20 mld DM, z czego 2,8 mld DM będą stanowić tzw. świadczenia wyrównawcze. Wielu urzędników przyzwyczajonych do pracy w spokojnym Bonn niechętnie myśli o przenosinach do monumentalnego Berlina. Próbują ten moment odwlec, korzystając z wahadłowych połączeń komunikacyjnych. Zdają sobie jednak sprawę, że jest to nieuniknione, gdyż - jak podkreśla Konrad Biewald z federalnego biura prasy - trzeba być tam, gdzie gra muzyka. Na razie na ulicach Berlina słychać przede wszystkim wycie klaksonów. Miasto opanował chaos komunikacyjny, mimo że planiści opracowali specjalny system zaopatrywania placów budowy. Policjanci skarżą się, że uwięzieni w kilometrowych korkach kierowcy coraz częściej dostają szału, wymuszając na innych pierwszeństwo przejazdu. Chaos rośnie, gdy z oficjalną wizytą przybywa do Berlina ważny polityk. Dziennikarze "Spiegla" przypominają niedawny przyjazd izraelskiego premiera Ehuda Baraka, którego eskorta z trudem przedarła się przez uliczne zatory. W ubiegłym roku na 20 minut utknął w korku Jorge Sampaio, prezydent Portugalii. Służby bezpieczeństwa z trwogą myślą o kolejnych tego typu wizytach. A przecież będzie ich coraz więcej.
Pod koniec września ruch w rządowej dzielnicy Berlina sparaliżowała... japońska parada. Zdenerwowani kierowcy błądzili po okolicznych ulicach, szukając objazdu. Powodów do zadowolenia nie mają też klienci taksówek, płacąc za każdą minutę postoju. Na razie małą pociechą jest to, że na rozbudowę berlińskiej sieci kolejowej przeznaczono już 20 mld DM.
Zachodni Niemcy coraz częściej narzekają na "berlińską rozrzutność". Przypominając, że miliardy marek wpompowano we wschodnią część miasta, zwracają uwagę na znikome efekty, także psychologiczne. Podczas gdy z każdą wydaną na wschodzie marką Wessis oczekiwaliby większej wdzięczności swoich rodaków, Ossis coraz częściej swe sympatie i oczekiwania polityczne kierują w stronę postkomunistów z PDS lub prawicowych partii radykalnych. Na różnice w mentalności między nadreńczykami a berlińczykami zwraca uwagę pochodzący z Kolonii Christoph. Jego początkowy zapał do pracy na wschodzie prysł jak bańka mydlana. Koledzy w firmie nie kryli, że traktują go jako "desant z zachodu". - Ostry ton, niewyparzony język, enerdowskie naleciałości i postawa roszczeniowa sprawiły, że wracam w rodzinne strony - tłumaczy swoją decyzję.
Dużo wielkich niemieckich firm nadal waha się, czy otworzyć biura w Berlinie. Dla banków centrum życia finansowego pozostanie Frankfurt n. Menem. Wiele firm handlowych jest natomiast zorientowanych na kontakty z Unią Europejską, nie zaś ze wschodnimi sąsiadami. Wbrew wcześniejszym prognozom olbrzymie berlińskie biurowce stoją nie wykorzystane. Komentator "Financial Times" zastanawia się więc, czy Niemcy będą rządzeni z miasta znanego wprawdzie ze swoich imponujących budowli, ale w połowie pustych. Przytacza też ironiczną prognozę zakładającą, że w przyszłości Berlin będzie się składał - po połowie - z polityków i obsługujących ich kelnerów. Euforia sprzed dziesięciu lat ustąpiła nad Szprewą miejsca pesymizmowi. Być może - podobnie jak wtedy - i dziś jest to wyolbrzymiona reakcja.

Okładka tygodnika WPROST: 42/1999
Więcej możesz przeczytać w 42/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0