Gra w twarde kobiety

Gra w twarde kobiety

"Wszystko o mojej matce" to przede wszystkim film o ludziach, którzy grają. Zawodowo lub swoim życiem
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, dziś nie tylko "Gwiezdne wojny" produkuje się jednak w filmowym świecie. W kinach wciąż można się natknąć na obraz interesujący, oryginalny i zaskakujący. Nagrodzony w Cannes film "Wszystko o mojej matce" hiszpańskiego reżysera Pedro Almodovara należy do tych utworów, które różni widzowie mogą całkiem inaczej zrozumieć - zależnie od swojej wrażliwości i erudycji artystycznej.
Zygmunt Kałużyński: - Rzeczywiście, oryginalność tego filmu zawarta została już w tytule - "Wszystko o mojej matce". Jasne jest jednak, że reżyserowi chodzi w gruncie rzeczy nie tylko o matkę, ale w ogóle o kobiety.
TR: - Jest tu także nawiązanie do filmu "Wszystko o Ewie" z Bette Davis, która stała się niejako patronką tej opowieści.
ZK: - Owszem. Mamy tu wiele odniesień kulturalnych, ale główne dotyczy sztuki Tennessee Williamsa "Tramwaj zwany pożądaniem". Nie bez powodu, bo Blanche, bohaterka tego dramatu, była prześladowana, została zgwałcona i doprowadzona (dosłownie) do choroby umysłowej przez brutalnego mężczyznę, swego szwagra, granego w filmie przez Marlona Brando.
TR: - "Wszystko o mojej matce" to przede wszystkim film o ludziach, którzy grają. Zawodowo lub swoim życiem. Grają kobiety, grają aktorki, grają.
ZK: - Almodovarowi chodzi o kobiety aktorki, bo powiada, że taka kobieta jest niejako podwójnie kobietą. Aktorstwo powiększa kobietę, mężczyznę zaś pomniejsza. Cytuję, co powiedział reżyser w wywiadzie, w którym uzasadniał, dlaczego on, mężczyzna, ma taką obsesję na punkcie spraw kobiecych. Bo to jest w gruncie rzeczy film nieprawdopodobnie damski, dotyczący feminizmu.
TR: - Grają tu prawie same kobiety. Mężczyźni w tym filmie to głównie transwestyci, czyli faceci, którzy zdecydowali się być kobietami.
ZK: - Jedynym "prawdziwym" mężczyzną jest stary, cierpiący na chorobę Alzheimera idiota, ojciec jednej z dziewczyn, który nawet nie rozpoznaje własnej córki. Inny mężczyzna robi sobie operację... TR: - ...polegającą na utworzeniu sztucznych piersi. Ale - co ważne - nie posuwa się do usunięcia męskiego przyrodzenia.
ZK: - Dzięki niemu mógł żyć aż z trzema z naszych bohaterek. Wszystkie je porzucił. W finale filmu przedstawia się jako Lola; widzimy go umalowanego jak kokotę i okazuje się, że jest chory na AIDS. Tak więc we "Wszystko o mojej matce" jeden mężczyzna jest kompletnie nieobecnym duchem starym głupcem, a drugi ucieka od własnej płci i na dodatek przenosi się na tamten świat, czyli rzecz prawie symboliczna.
TR: - W końcu o czym jest ten film, panie Zygmuncie: o aktorkach, o kobietach czy o udawaniu?
ZK: - O solidarności kobiet. Mamy tu losy pięciu kobiet, które są bardzo nie w porządku z powszechnie przyjętymi zasadami moralności, prawa i przyzwoitego życia, co oczywiście ze strony Almodovara jest rozmyślne. Nazwał on swój film "twardym melodramatem". Melodramat dlatego, że pokazuje szczere uczucia, a twardy, bo przedstawia degenerację, odchylenia. Tylko że one są tutaj traktowane jako powszechnie przyjęte. Nie ma tu o nie jakiejkolwiek pretensji. Owe panie zdają sobie sprawę, że jedna jest lesbijką i narkomanką, druga - prostytutką, trzecia - osobą wykolejoną życiowo, która straciła dorosłego syna w wypadku samochodowym. W ten sposób uzasadniono, że najważniejszym mężczyzną w życiu kobiety jest jej syn. Aby spełnić ostatnią wolę nieżyjącego dziecka, które chciało poznać ojca, rusza ona w podróż, po drodze zgarnia pozostałe koleżanki i razem znajdują tatusia transwestytę.
TR: - Nie mogę się oprzeć wrażeniu, panie Zygmuncie, że pan traktuje ten film rodzajowo. Według mnie, jest on jednak znacznie głębszy, bardziej filozoficzny. Uważam, że to jest film o graniu. O tym, że ludzie wciąż grają w życiu różne postaci. W sposób uczciwy, otwarty, zawodowy lub nieświadomie. Mamy tu przedstawioną aktorkę, czyli osobę, która gra, bo taki jest jej zawód. Mamy transwestytów grających kobiety, bo tak postanowili i tak im się podoba. Z tego filmu wyłania się jednak podejrzenie, że my wszyscy gramy. Tylko większość z tych, którzy sądzą, że żyją zgodnie z wszelkimi normami, nie zdaje sobie sprawy albo nie chce się przed sobą przyznać, że też gra wymyślone dla siebie role: w pracy, w domu, wśród kolegów. W życiu społecznym nie ma prawdy, jest wyłącznie gra.
ZK: - To właśnie jest główna idea tego filmu, skłaniająca nas wszystkich, którzy się uważamy za wzorowych, byśmy się zastanowili, czy nie mamy jakiejś skazy, którą tylko my znamy.
TR: - Uważa pan, panie Zygmuncie, aktorstwo za skazę?
ZK: - Jeśli chodzi o kobiety, Almodovar wręcz powiada, że interesuje się nimi dlatego, że są aktorkami. Jedna z nich jest profesjonalną, głośną aktorką. Druga była niegdyś aktorką (owa Manuela), a trzecia występuje amatorsko. Mamy więc trzy kobiety zajmujące się aktorstwem i wszystkie w tej samej symbolicznej sztuce - "Tramwaj zwany pożądaniem".
TR: - Wszystkie trzy z różnych powodów są nieszczęśliwe w prawdziwym życiu. Czy nie należałoby z tego wyciągnąć wniosku, że aktorstwo (czyli udawanie) przynosi nieszczęście?
ZK: - Ależ, panie Tomaszu, ono wszystkie te osoby ratuje. Zresztą one same nie uważają ani swojego aktorstwa, ani swojej podwójności, ani swojej cechy, którą mechanicznie moglibyśmy nazwać degeneracją, za coś złego.
TR: - Dlaczego zaraz degeneracją? Raczej - odmiennością.
ZK: - Wystarczy.
TR: - Nie, bo to znaczy zupełnie co innego. Degeneracja ma w sobie potępienie, tymczasem Almodovar nie potępia.
ZK: - I jest to właśnie cała wartość tego filmu. Bohaterki między sobą też niczego nie potępiają, ale owo powszechne potępienie jest tu zaznaczone, tyle że w sposób szyderczy: rodzina jednej z tych pań, zapłodnionych przez Lolę, jest normalna, wzorowa i zarazem potworna. Mamusia to fałszywa konformistka, do tego stopnia fałszywa, że fałszuje obrazy Chagalla, by je sprzedawać. A tatuś? Nie istnieje umysłowo ani jako charakter, ani jako człowiek, dlatego że jest to strzępek.
TR: - Panie Zygmuncie, dlaczego więc tak bardzo nam się podoba obraz świata przedstawiony w tym filmie Almodovara?
ZK: - Bo on jest optymistyczny, proszę pana. Na końcu przychodzi na świat dzieciątko owego chorego na AIDS transwestyty Loli i jest radość, bo udaje mu się zwalczyć odziedziczonego wirusa, co wygląda na istny piruet scenariuszowy, mający nas podtrzymać na duchu.
Okładka tygodnika WPROST: 43/1999
Więcej możesz przeczytać w 43/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0