Kapitalizm komunalny

Kapitalizm komunalny

Dodano:   /  Zmieniono: 
11 października wyborcy, zapewne jak zwykle gremialnie odmawiając udziału w wyborach samorządowych (tekst oddaję do druku 7 października), powiedzieli politykom, co myślą o nich i co myślą o proponowanej reformie samorządowej. Funkcjonariusze partii (w liczebnej sile dwustu tysięcy kandydatów), zawiedzeni tym, że wywołali mniejsze zainteresowanie niż jeden Gołota i jeden emerytowany bokser amerykański, zapewne już przebąkują, że "społeczeństwo nie dojrzało".
11 października wyborcy, zapewne jak zwykle gremialnie odmawiając udziału w wyborach samorządowych (tekst oddaję do druku 7 października), powiedzieli politykom, co myślą o nich i co myślą o proponowanej reformie samorządowej. Funkcjonariusze partii (w liczebnej sile dwustu tysięcy kandydatów), zawiedzeni tym, że wywołali mniejsze zainteresowanie niż jeden Gołota i jeden emerytowany bokser amerykański, zapewne już przebąkują, że "społeczeństwo nie dojrzało". Nie przeceniając potęgi tzw. zbiorowej mądrości narodu, stwierdzić muszę, iż mimo wszystko jest ona większa niż trust móżdżków klasy politycznej. To bowiem, co ów trust - składający się pospołu z przedstawicieli wszystkich partii - wymyślił, jest ekonomicznym i politycznym nonsensem. A koszta tego nonsensu - zarówno bezpośrednie, jak i ujawniające się później - są ogromne. Zapłacimy je wszyscy poprzez spadek tempa wzrostu gospodarczego.
Idee samorządności pracowniczej i lokalnej wymyślono w Polsce w 1980 r. jako lekarstwo na idiotyzm socjalistycznej gospodarki planowej. Ci, którzy takie poglądy głosili, wyraźnie dzielili się na dwie grupy. Pierwszą stanowili ludzie, którzy - jak niżej podpisany - uważali, że w gospodarce niczego gorszego od socjalizmu wymyślić nie można. A zatem popierać należy wszystko, co socjalizm może rozsadzić. Jest oczywiste, że po 13 grudnia 1981 r. szybko pożegnali się oni z samorządowo-socjalistycznymi mrzonkami.
Gorzej było z grupą drugą. Należeli do niej zwolennicy "trzeciej drogi". Dla owych romantycznych socjalistów rodem z Żeromskiego i chrześcijańskiej nauki społecznej to właśnie miał być idealny ustrój polityczno-gospodarczy. I wyobrażali go sobie jako melanż korporacjonizmu gospodarczego z komunalnym socjalizmem. Niestety - z małymi wyjątkami - członkowie tej grupy są równie niereformowalni jak socjalizm. Co gorsza, w nowej Polsce dołączyła do nich grupa politycznych cwaniaków, którzy w takim systemie komunalistycznego kapitalizmu, ograniczającym działanie rynku i prowadzącym do rozmycia odpowiedzialności za decyzje polityczne, widzą swój interes. Szczęśliwie do tej pory udawało się torpedować (lub przynajmniej rozmywać) ich gospodarcze pomysły dotyczące samorządu, akcjonariatu pracowniczego i powszechnego uwłaszczenia. Niestety, nie udało się zrobić tego samego z pomysłami politycznymi. Samorządowcy pouczają mnie, że mam ich kochać, gdyż:

1. "Samorządy lokalne przyczyniają się do rozwoju demokracji". Brzmi to ładnie, ale jest piramidalną bzdurą. Demokracja nie jest wartością samą w sobie. Jest to jedynie pewien mechanizm podejmowania decyzji i to - jak wiemy od czasów Churchilla - jedynie najlepszy z wielu kiepskich. Bzdurą jest także przypuszczenie, że sejmikowanie lokalne różni się in plus od sejmikowania parlamentarnego. Autentyczne współdecydowanie możliwe jest we wspólnotach liczących kilkanaście, góra kilkadziesiąt osób. W grupach większych (vide: nasze spółdzielnie mieszkaniowe) muszą występować dwa procesy: alienacja kliki rządzącej i jej kryptouwłaszczenie. Owo krypto- uwłaszczenie tworzy najlepszy możliwy układ własnościowy, dając "wybrańcom" prawo zarządzania majątkiem i prawo czerpania korzyści przy jednoczesnym zlikwidowaniu ich jakiejkolwiek odpowiedzialności.

2. "Samorządy podejmują trafniejsze decyzje gospodarcze". Ludzie w terenie lepiej wiedzą, czy budować szkołę czy szpital - zdanie to słyszałem ostatnio tak często, że już mnie od niego mdli. A mdli mnie dlatego, że od czasów Adama Smitha istnieje w ekonomii mocny dowód na to, że optymalne są jedynie takie decyzje, które podejmowane są w głosowaniu rynkowym. A zatem to nie władza centralna czy lokalna ma decydować, ale ludzie. Trawestując Smitha, powiedzieć można, że tego, aby nas leczono czy uczono, oczekujemy nie od życzliwości ministra, burmistrza czy wójta, ale chciwości lekarza i nauczyciela, który zarobi tylko wtedy, gdy zaspokoi nasze potrzeby.

3. "Samorządy bardziej liczą się z publicznym groszem i dlatego wydają go efektywniej". W 1996 r. samorządy wydały na utrzymanie swojej administracji ponad 3 mld zł, co stanowiło 10 proc. budżetów terytorialnych i był to wskaźnik znacznie wyższy niż w administracji centralnej. W sprawie efektywności wydatków publicznych ekonomia wypowiada się jednoznacznie. Zgodnie z prawem Savasa, zaspokajanie potrzeb tą drogą jest znacznie droższe niż wtedy, gdy konsumenci robią to indywidualnie. Szczegółowe badania, także polskie, pokazują, że decentralizacja wydatków publicznych obniża ich efektywność. W Polsce szczególnie widoczne jest to w wypadku tzw. parabudżetów (funduszy celowych i agencji). Badania zachodnie pozwalają tę tezę rozciągnąć również na wydatki budżetów lokalnych. Na marginesie warto wskazać, że wydawany przez gminy grosz staje się coraz bardziej publiczny. Nasze gminy dzielnie naśladują Edwarda Gierka i - biorąc kredyty - są bliskie popadnięcia w pułapkę zadłużenia. Długi 17 największych polskich miast wyniosły w 1996 r. 400 mln zł, w roku ubiegłym wzrosły prawie o połowę, bo do 700 mln zł. W tym roku przekroczą miliard złotych. Oznacza to, że w budżetach gmin rosnącą pozycją jest koszt obsługi długu (w wielu z nich jest to 10 proc. wydatków). Groźba niewypłacalności gmin nie jest zatem czczym wymysłem.


Samorządność lokalna jest tak samo nieefektywna ekonomicznie jak socjalistyczna gospodarka planowa

4. "Samorządy są pod bezpośrednią kontrolą wyborców, dlatego mniej jest w nich wypadków korupcji, protekcji i prywaty". Na temat możliwości bezpośredniej kontroli przez wyborców pisałem już wyżej. Tutaj wypada wskazać tylko na istotne różnice kontroli społecznej w skali makro i mikro. W państwie mamy jasny podział sceny politycznej. Zawsze istnieje opozycja, która chce przejąć władzę i może zrobić to jedynie wytykając błędy i grzechy partii rządzącej. Na ogół przychodzi jej to z łatwością, gdyż dysponuje prawie pełnym dostępem do informacji i sztabem ekspertów zdolnych te informacje analizować. W skali państwa mamy też w miarę niezależne instytucje kontrolne i wolną prasę. Te instytucje tworzą może nie idealny, ale dość sprawny układ kontrolny. W skali lokalnej sytuacja polityczna jest zagmatwana (dowodzą tego najróżniejsze egzotyczne koalicje), media są znacznie słabsze. Oznacza to, że przeciętny mieszkaniec gminy nie ma żadnych instrumentów efektywnej kontroli rządzących. Nawet jeśli uznamy, że przekazywane przez "wieść gminną" informacje o korupcji i "przekrętach" są przesadzone, to trudno zaprzeczyć, że terenowe układy władzy znakomicie wypełniają kryteria systemów korupcjogennych.

5. "Samorządy przyczyniają się do aktywizacji terenu". Kolejna bzdura, będąca reliktem myślenia, wedle którego wzrost gospodarczy zależy od uchwał komitetu centralnego lub gminnego. Aktywność gospodarcza zależy od ludzi i najlepiej im w tym nie przeszkadzać. Po pewnym czasie nawet najbardziej zdemoralizowani i najbardziej leniwi, gdy zobaczą, że nikt niczego nie daje, zabiorą się do roboty.

6. "Wszędzie na świecie mamy do czynienia z dynamicznym rozwojem samorządności lokalnej". Argument "wszędzie na świecie" używany jest powszechnie do obrony tez, za którymi nie przemawiają żadne argumenty merytoryczne. Nikt takiej tezy nie jest w stanie zweryfikować, a zaprzeczanie jej oznacza postawienie się poza szeregami światowców. Podejmę jednak to ryzyko i oświadczę. Prawda to była, ale w XIX wieku, w czasach, gdy infrastruktura miała charakter lokalny, inwestycje były tanie i wykonywało się je za pomocą łopaty i niewykwalifikowanej siły roboczej. W ten sposób można było z kamieni rzecznych zbudować drogę dla dyliżansów. Niestety, nie da się tak samo zbudować autostrady czy lotniska. A ponieważ świat najwyraźniej z omnibusu przeskoczył do samolotu, głównym działaniem burmistrzów staje się antyszambrowanie w ministerialnych poczekalniach, aby wyprosić subwencje na budowę drogi czy lotniska.
Przedstawiłem powyżej sześć rozpowszechnionych mitów (żeby nie powiedzieć: kłamstw) dotyczących funkcjonowania samorządów lokalnych. Są to twierdzenia, które agitatorzy komunalizmu traktują jako oczywiste, podają je bez najmniejszych dowodów i każą nam przyjmować na wiarę. Pomijają w tym wywodzie tylko jeden element. Mają osobisty interes w tym, co upowszechniają. A prawda jest tutaj taka, że już tylko przy istnieniu jednoszczeblowego samorządu terytorialnego powstała armia ludzi, która z niego żyje. W 1996 r. samorządy zatrudniały 108 tys. osób. Przeciętne wynagrodzenie wynosiło w tej grupie 1650 zł i było wyższe nie tylko od średniej krajowej pensji (o 90 proc.), ale i od płac w centralach ministerstw i urzędów centralnych (o 3 proc.).
A jakie były skutki działalności samorządów? Kolosalny rozrost niekompetentnej i nieżyczliwej petentowi biurokracji. Zahamowanie prywatyzacji przedsiębiorstw komunalnych - dotyczy to firm deficytowych (np. komunikacyjnych; nie ma w Polsce miasta, w którym MPK zostałoby sprywatyzowane), albowiem ich istnienie uzasadnia istnienie administracji, która koordynuje, programuje i podejmuje uchwały "o dalszym rozwoju...". Istnienie tych firm uzasadnia także walkę z prywatną konkurencją, którą samorządy najchętniej poddają koncesjonowaniu. Władze komunalne nie spieszą się jednak także z prywatyzacją majątku mogącego przynosić dochód. Są największym kamienicznikiem, największym obszarnikiem (przy kolosalnym głodzie terenów budowlanych), pieką chleb, prowadzą firmy budowlane itd. "Komunaliści" tworzą równocześnie silne lobby współpracujące przy hamowaniu komercjalizacji służby zdrowia i oświaty.
I niech nikt nie wierzy w tłumaczenie, że sprywatyzować nie zdążono lub że "prywatyzacja majątku komunalnego jest obiektywnie trudna". Minęło dziewięć lat i w tym czasie można było zrobić wszystko. Idzie po prostu o to, że samorządy, które wyzbyłyby się swojego majątku i poparłyby rynkową dystrybucję usług publicznych, podcięłyby gałąź, na której siedzą.



Więcej możesz przeczytać w 42/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0