Grzech zaniechania

Grzech zaniechania

Konieczna jest społeczna akceptacja kompromisu. Jeśli jej nie ma, reforma pozostaje na papierze
- W krajach o ustabilizowanym systemie od polityków nie wymaga się zbyt wiele. Chodzi głównie o to, żeby nie psuli tego, co działa. Jeśli trafią się ambitni, którzy chcą przewrócić państwo do góry nogami, to bezlitosny - choć demokratyczny - system usuwa nawiedzonych.

W rezultacie z reguły rządzą ci, którzy mieszczą się w najszerzej pojętym centrum. Nawet jeśli czasami są "letni", to zawsze strawni dla głosującej większości. Nas nie stać na luksus powierzenia władzy "letnim" politykom. Budując nasz nowy system polityczny, nie możemy się opierać na żadnych wzorcach, bo takich nie ma. Chcemy czy nie - musimy eksperymentować i wykazywać się odwagą we wprowadzaniu koniecznych rozwiązań, nawet jeśli nie będą one popularne. W ustabilizowanych demokracjach zaniechanie działania przez polityków nie jest największym grzechem. Nas nie stać na jakiekolwiek zaniechania. Ze względu na dziedzictwo poprzedniego systemu najbiedniejsze kraje zachodniej Europy dogonimy za kilkanaście lat - pod warunkiem, że będziemy się przez ten czas rozwijać dwukrotnie szybciej od nich.
W stabilnych systemach polityk, który nie patrzy dalej niż na czubek własnego nosa, może nie wzbudzać emocji. Nas nie stać na takich polityków. Wszyscy wiemy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zasada ta nie dotyczy jednak - a raczej nie powinna dotyczyć - posłów, którzy nie tylko realizują w Sejmie politykę swojej partii, ale przede wszystkim są reprezentantami swoich wyborców. Liczą się więc nie tylko przekonania posła, ale także oczekiwania jego wyborców.
Jako poseł rządzącej koalicji mam prawo być zadowolony z osiągnięć naszego rządu. W krótkim czasie gabinet Jerzego Buzka przygotował cztery przełomowe dla kraju reformy. Jednak jako reprezentant wyborców muszę postawić kilka pytań. Pierwsze dotyczy reformy samorządowej, która powinna - zdaniem specjalistów - zakończyć się powstaniem 12 silnych województw. Pierwsi pomysł "12" zaatakowali posłowie SLD, którzy sami kiedyś taki projekt zgłosili. Zmiana punktu siedzenia zmieniła punkt widzenia. Oliwy do ognia dolał prezydent, który ustami swego doradcy zapowiedział, że poprze każdy wariant między 12 a 17, pod warunkiem jednak, że województw będzie 17. Tak jak Henry Ford, który proponował kupno auta modelu T w dowolnym kolorze - byle to był kolor czarny. W końcu Polska została podzielona na 16 województw i wszyscy autorzy przedstawienia odtrąbili zwycięstwo. Co to oznacza? Jeśli tylko to, że mogło być gorzej, raczej nie ma czego świętować.
Sprawa druga - szum wokół reformy podatkowej. Projekt zgłoszony przez wicepremiera Balcerowicza został skorygowany przez ministrów z AWS w duchu wrażliwości społecznej. Wiemy, że dzięki reformom Leszka Balcerowicza Polska przeżywała już kilkuletni okres dynamicznego rozwoju. Nie jestem specjalistą, ale zdaję sobie sprawę, że obecny system podatkowy jest skomplikowany i zły. Wiem też, że wszyscy chcą jego zmiany. Czytałem również projekt Balcerowicza i starałem się go ocenić zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Wydał mi się jasny i prosty. Może wymaga dopracowania, ale jest dobrym punktem wyjścia do dyskusji. Czy więc w bezpardonowej krytyce chodziło o zasady, czy o utarcie nosa "mądrali", który chce wyjść przed szereg?
Problem reformy podatkowej został częściowo rozwiązany. Wprowadzono drobne poprawki, obiecując wielką reformę za rok. Kompromis w sprawie podatków, który postrzegany jest jako porażka, uważam za rozwiązanie i tak zdrowsze od rozstrzygnięcia kwestii podziału administracyjnego kraju. Kompromis nie musi być bowiem "zgniły", czasami jest wręcz konieczny. Jest wpisany w mechanizmy funkcjonowania demokracji i leży u podstaw rządu koalicyjnego. Kompromisy są zdrowe, kiedy przynoszą dobre efekty i zawierane są w toku merytorycznej dyskusji. Kiedy są czytelne dla opinii publicznej. Konieczna jest społeczna akceptacja kompromisu. Jeśli jej nie ma, reforma pozostaje na papierze. Refleksję tę dedykuję wszystkim "harcownikom" sceny politycznej. Śmieszne byłoby, gdyby po ostatnich "zabawach z mapą" narzekali na niską frekwencję w wyborach samorządowych.
Okładka tygodnika WPROST: 42/1998
Więcej możesz przeczytać w 42/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0