Spalona ziemia

Spalona ziemia

Józef Piłsudski i Roman Dmowski, Charles de Gaulle i Konrad Adenauer - to o nich się mówi "mężowie stanu". Jakie cechy wyróżniają wybijających się polityków? Czy w dzisiejszej Polsce są mężowie stanu? Po Krzysztofie Czabańskim, Stefanie Bratkowskim, Marcinie Królu, Jerzym Surdykowskim, Bronisławie Wildsteinie, Jerzym Sławomirze Macu wypowiada się na ten temat prof. Krystyna Kersten.
Mąż stanu 2000

Panuje dość powszechne przekonanie o słabości, by nie rzecz brutalnie - miernej jakości klasy politycznej III Rzeczy- pospolitej. Wydawać się może, iż wśród polityków nie znajdziemy dziś nikogo na miarę postaci, które kształtowały polską rzeczywistość w przeszłości, zapisując się na kartach historii. Nawet ci wybijający się na scenie politycznej nie są w społecznym oglądzie postrzegani jako autorytety, jako przywódcy. Aleksander Kwaśniewski i Marian Krzaklewski, Tadeusz Mazowiecki i Jerzy Buzek, Leszek Balcerowicz i Leszek Miller zdają się być pozbawieni tych cech, które przypisuje się mężowi stanu. Żaden z działających polityków nie zdominował - i zapewne nie zdominuje w dającym się przewidzieć czasie - życia publicznego. Czy przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać w wyjątkowej posusze (nie tylko zresztą w Polsce) na wybitne osobowości obdarzone zdolnościami przywódczymi? Czy wiążą się one z warunkami okresu transformacji, czy też leżą jeszcze głębiej: w przeobrażeniach, jakie zachodzą w całej naszej strefie cywilizacyjnej? Mówiąc inaczej - czy nastał taki czas, kiedy miejsce gigantów zajmują karły? Miejsce talentów - miernoty?
Możliwe, że obracamy się tu po trosze w kręgu mitów. Od zarania ludzkich dziejów tęsknota do idealizowanej przeszłości szła w parze z niezadowoleniem z aktualnego losu. Roman Dmowski, Władysław Sikorski, Wincenty Witos, Ignacy Daszyński, Gabriel Narutowicz, Władysław Grabski, Ignacy Mościcki, Stanisław Mikołajczyk nie mieli - jak sądzę - przymiotów, których nie dostaje dzisiejszym politykom. Gdyby zajęli ich miejsce, nie pociągnęłoby to zapewne za sobą zasadniczej zmiany poziomu polskiego życia politycznego. Nie wymieniłam tu Józefa Piłsudskiego, który swoim formatem nie mieściłby się w III Rzeczypospolitej, podobnie jak nie było dlań miejsca w Polsce przedmajowej. Trudno sobie wprawdzie wyobrazić pomnik Pawlaka na jednym z warszawskich placów, nie przeczy to jednak mojej tezie, iż rangę męża stanu - wedle słownika języka polskiego: wybitnego polityka lub dyplomaty - przyznają zazwyczaj nie tyle współcześni, ile potomni.


Ciągle silna jest tęsknota za politykiem, któremu można zawierzyć los kraju i własny

Inna sprawa to wyrastanie polityka ponad innych, zajmowanie przezeń przywódczej pozycji, wywieranie decydującego wpływu na rzeczywistość kraju. U progu Polski Odrodzonej - Piłsudski, w Stanach Zjednoczonych - Roosevelt, w Wielkiej Brytanii - Churchill, we Francji - de Gaulle, w Niemczech - Adenauer, we Włoszech - de Gasperi byli, by tak rzec, produktem swojego czasu. Po wielkim kryzysie w Stanach Zjednoczonych, podczas II wojny światowej oraz w dźwigającej się z ruin Europie istniało wielkie zapotrzebowanie na polityków, którzy w rozbitym świecie przywrócą ład. Roosevelt, uważany za twórcę New Dealu, był prezydentem, jakiego wówczas Ameryka potrzebowała. Churchill, wyniesiony na fotel premiera we wrześniu 1939 r., odegrał rolę narzuconą warunkami wojennymi, by opuścić Downing Street 10 dwa miesiące po klęsce Niemiec. Wspomnianych tu mężów stanu w dużej mierze - nie negując ich nieprzeciętnej indywidualności i politycznych talentów - stworzyła określona sytuacja.
Co wszelako przesądza o uznaniu polityka za wybitnego, a takim z definicji jest mąż stanu? Czy dysponujemy jakąś obiektywną miarą (na kształt wzorca metra w Sevres), którą możemy przykładać do określonych osób? Gomułka przez jednych uznany będzie za męża stanu, inni odmówią mu wybitności. Dotyczy to wielu postaci z mniej lub bardziej odległej przeszłości, nie mówiąc o teraźniejszości. Postaci częstokroć niejednoznacznych, jak choćby Lech Wałęsa. Mąż stanu wydaje się kwalifikacją pozytywną, ale iluż to wybitnych polityków w przeszłości prowadziło politykę agresji, ekspansji, represji, dławienia wolności? Wystarczy wymienić Bismarcka, Metternicha, Stołypina. A Stalin? Czy o byciu mężem stanu decyduje skuteczność znajdująca wyraz w owocach prowadzonej polityki? Tu znów wkraczamy na pole wartościowania. Łatwo mnożyć pytania, trudniej o proste odpowiedzi.
Pewien młody człowiek stwierdził, że o żadnym polskim polityku nie można dziś powiedzieć, iż jest mężem stanu, albowiem ani jeden nie ma wielkiej wizji tego, ku czemu zmierza. Nie zastąpią jej hasła: gospodarka rynkowa, demokracja, samorządność, tożsamość narodowa. Albo sprawiedliwość społeczna. Jest w tym niemało racji, tyle że ów stan panuje dziś w znacznej części współczesnego świata, a jest odbiciem rozległego kryzysu idei, wynikającego z przejściowego charakteru naszej epoki, którego jeszcze nie potrafimy ogarnąć intelektem. Poza tym rozwiązywanie bieżących problemów, realizowanie zadań o tak fundamentalnym dla przyszłości znaczeniu, jak reformy systemowe, wejście do NATO, przygotowanie do integracji europejskiej, wiąże się z określoną wizją Polski XXI wieku, jej miejsca w Europie. W kraju przechodzącym głębokie przeobrażenia istnieją - wydawać by się mogło - warunki sprzyjające pojawieniu się w życiu publicznym polityków wybitnych, utalentowanych, mających przywódcze zdolności. I twierdzę - wbrew communis opinio - że tacy w tej naszej pozbawionej estymy i z różnych stron krytykowanej klasie politycznej się znajdują. Prawda, że nie ma ich zbyt wielu.

Jeśli tak jest rzeczywiście, to skąd bierze się przekonanie, iż nie ma obecnie w Polsce (i nie tylko w Polsce) wśród polityków męża stanu? To nieprawda, że demokracja im nie sprzyja, przeciwnie - wielcy mężowie stanu mijającego stulecia działali właśnie w warunkach demokracji; Woodrow Wilson, Lloyd George, wymienieni Roosevelt, Churchill, Adenauer, de Gaulle, a także Margaret Thatcher, Kohl, Brandt, by na nich poprzestać, mogą być uznani za wybitnych mężów stanu. Wahałabym się natomiast określić tak czołowych polityków w systemach totalitarnych. Jeśli mało kto powie dziś o Wałęsie "mąż stanu", to nie dlatego, że nie było dlań - podobnie jak niegdyś dla Piłsudskiego - miejsca w demokratycznym ustroju, ale po części z uwagi na niektóre jego cechy osobowościowe, po części zaś z powodu rozpętanego u progu III Rzeczypospolitej "polskiego piekła", za co zresztą sam Wałęsa ponosi w znacznej mierze odpowiedzialność.
Proces destrukcji autorytetów, trwający zresztą od kilku dziesiątków lat, przybrał w minionym dziesięcioleciu rozmiary zgoła katastrofalne dla społeczeństwa i państwa. Uchroniły się właściwie tylko dwie postacie: Prymas Tysiąclecia oraz polski papież. Od września 1939 r. poczynając kolejne formacje polityczne i czołowe postacie życia politycznego były oskarżane i potępiane za grzechy popełnione i nie popełnione. Na sanację wylewano kubły pomyj, obwiniając ją o klęskę wrześniową, Edwarda Rydza-Śmigłego, Józefa Becka odmalowywano w najczarniejszych barwach. Dla komunistów obóz rządzący Polską w 1939 r. winien był - po pierwsze - faszyzacji kraju, po drugie - zaprzaństwa i zdrady narodowej. Rząd na uchodźstwie, przywódcy podziemnego państwa, Armia Krajowa, a zwłaszcza jej dowódcy obrzucani byli epitetami. Podobnie jak ci socjalistyczni działacze, którzy nie godzili się na kapitulację wobec komunistów i ZSRR. Politycy obozu narodowego - z wyjątkiem takich postaci jak Bolesław Piasecki, który podejmując współpracę o charakterze wykraczającym poza czystą politykę, zrzucił z siebie w oczach nowej władzy odium Falangi - byli nie tylko szczególnie represjonowani przez UB, ale również przedstawiani jako "polscy sojusznicy Hitlera". Politycy, propagandyści, a także niektórzy literaci dokonujący swych własnych obrachunków z przedwojenną Polską, prowadzili dzieło niszczenia w społecznej świadomości prestiżu elit politycznych spod innych niż komunistyczne znaków. Operacja ta miała o tyle szanse na częściowy choćby sukces, że napotykała na autentyczne głębokie rozczarowanie - najpierw wobec tych, którzy nie uchronili kraju przed klęską 1939 r., następnie zaś wobec ich następców na uchodźstwie w Londynie, niezdolnych zapobiec sowieckiej dominacji i ustanowieniu komunistycznej władzy. Zawiedzione nadzieje, przekonanie, iż naród w kraju musi sam sobie radzić z nie chcianą, ale przecież realnie istniejącą sytuacją, zniweczyły w ogromnym stopniu prestiż polityków, których największą winą była nie tyle nieudolność, ile bezradność. Mikołajczyk - wedle mnie zasługujący na miano męża stanu - swoją klęską i ucieczką przekreślił szanse na uznanie go za polityka wybitnego.
W zamyśle komunistów miejsce, z którego usunięto "reakcyjnych prowodyrów", mieli zająć nowi przywódcy narodu, z kolejnym "pierwszym" na czele. Problem polegał na tym, że sukcesom odniesionym w destrukcji nie dorównywało powodzenie w kreowaniu prestiżu nowej elity politycznej. Kult jednostki w jego polskim wydaniu nie prowadził do budowania prawdziwych politycznych autorytetów. Przynajmniej nie w skali ogólnonarodowej. Autorytet - jeśli to tak można określić - postaci na komunistycznym olimpie w Polsce nie tyle odbijał uznanie ich indywidualności, talentów w wymiarze polityki, odwagi w dążeniu do celu, zasług i osiągnięć w działaniu dla Polski, ile mieścił się w kategoriach wyznaczonych koniecznością wynikającą z układu sił, na który Polska nie miała żadnego wpływu. Tym samym pozostało miejsce puste. W tej nie zabudowanej przestrzeni na krótki czas pojawił się Władysław Gomułka, w postaci już nie tylko wielkiego męża stanu, ale niemal męża opatrznościowego. Uznawanym przez większość Polaków mężem stanu, z którym władze musiały się liczyć - czy to izolując go, czy też usiłując traktować jako partnera - był niewątpliwie wspomniany już prymas Wyszyński. Ale i jego autorytet nie był nieprzenikalny, niewrażliwy na ataki ze strony komunistów. Wywierały one pewien skutek, gdy odwoływały się do głęboko w świadomości społecznej zakorzenionych resentymentów i lęków, jak we wściekłej nagonce na Episkopat po wystosowaniu przezeń listu do biskupów niemieckich.


Trwający od kilku dziesiątków lat proces destrukcji autorytetów przybrał w minionym dziesięcioleciu rozmiary zgoła katastrofalne dla społeczeństwa i państwa

Zwycięskie strajki Sierpnia 1980 r., powstanie "Solidarności", w której znalazła wyraz zablokowana energia społeczna i doszły do głosu stłumione nadzieje milionów ludzi, stanowiły glebę, z której wyrastały nowe talenty polityczne. Gdy Wałęsa prowadził rozmowy z przedstawicielami władz państwa-partii, nie był jeszcze może mężem stanu, ale miał chyba wówczas wielkie na to zadatki. Atoli już wtedy w ruchu "Solidarność" uruchomiony został proces wzajemnego podkopywania się wybijających się liderów. Efektem było rujnowanie powstających autorytetów, marnowanie szans na to, że wyłonieni w ruchu solidarnościowym politycy, niekiedy zgoła nieprzeciętni, odegrają rolę, która uczyni z nich mężów stanu w oczach współczesnych i osądzie potomnych. Wraz z "wojną na górze" zjawisko to spotęgowało się. Z niewielką tylko przesadą można stwierdzić, że wszyscy niszczyli wszystkich, pozostawiając za sobą - jak niegdyś komuniści - spaloną ziemię. Wynikało to w dużej mierze z dewastacji kultury politycznej po 1945 r., a przecież nigdy nie stała ona w Polsce (przez 123 lata pozbawionej niepodległości) wysoko. Mentalność ukształtowana w okresie PRL, nawyki nabyte w warunkach systemu totalitarnego, jeśli nawet był to totalitaryzm ? la polonaise, który zanim osiągnął pełnię, znalazł się od 1956 r. w fazie schyłkowej, brak doświadczenia pluralizmu - to wszystko wpływało na treść i formy prowadzonej walki politycznej, już nie tylko z pierwotnym przeciwnikiem, jakim była PZPR i wyrosła z niej po rozwiązaniu formacja, lecz także, a może zwłaszcza, w obozie, którego korzenie tkwiły w demokratycznej opozycji i w ruchu "Solidarność".
Tu właśnie upatruję głównego powodu obecnej mizerii na polu polityki. Mężowie stanu w przeszłości (a i dzisiaj) mieli oczywiście przeciwników, byli obiektem krytyki, ale ich prestiż nie ulegał tak daleko posuniętej dewastacji, jak dzieje się to w III Rzeczypospolitej. Niemałą rolę odgrywają przy tym media, z lubością zajmujące się podkopywaniem autorytetów, ale bardzo wstrzemięźliwe, gdy chodzi o ich kreowanie. Nie mówię tu o sztucznym kreowaniu, ale o budowaniu pozytywnego wizerunku tych, może nielicznych polityków, których talenty, zaangażowanie i zasługi uzasadniają użycie przymiotnika "wybitny" i kwalifikacji męża stanu. Tworzy się klimat społeczny, w którym sami politycy wzbraniają się przed budowaniem własnego autorytetu. Towarzyszy temu zjawisko deprecjacji najwyższych urzędów. Prezydent obrzucany jajami, i to bezkarnie, pomawiany o agenturalne powiązania z SB czy o kontakty z obcym agentem nie może - niezależnie od takich czy innych jego zachowań - godnie reprezentować majestatu Rzeczypospolitej.

Jakie są zatem prognozy na przyszłość? Nie wydaje się, by możliwa była radykalna zmiana kultury politycznej oraz klimatu panującego zarówno wśród elit, jak i ogółu społeczeństwa w kierunku podniesienia prestiżu najwyższych urzędów i tych, którzy je piastują. Przeciwnie, wszystko zmierza ku temu, by pojęcie "mąż stanu" coraz mniej przystawało do polityków kierujących życiem publicznym, niezależnie od ich rzeczywistej jakości. Nie znaczy to, by ten stan rzeczy był aprobowany w społecznym odbiorze. Przeciwnie. Moje pole obserwacji nie jest wprawdzie szerokie, sądzę jednak, że istnieje tęsknota za politykiem, któremu można zaufać, którego można obdarzyć szacunkiem, zawierzyć los kraju i własny. Tęsknota za rzeczywistym autorytetem; za mężem stanu. Niekoniecznie popularnym, ale godnym tego miana. 


Okładka tygodnika WPROST: 42/1998
Więcej możesz przeczytać w 42/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0