Niespecjalni prokuratorzy

Niespecjalni prokuratorzy

Afera z Monicą Lewinsky i wszystko, co się stało po jej ujawnieniu, zmieniły oblicze amerykańskiej prezydentury i skurczyły granice prywatności polityków. Na zawsze zmieniły też tamtejsze dziennikarstwo. A dokładniej - potwierdziły i wzmocniły to, co w nim najgorsze. Specjalny prokurator Starr - Savonarola naszych czasów - zademonstrował, że wśród wartości, którym służy, nie ma poszanowania ludzkiej prywatności.
Afera z Monicą Lewinsky i wszystko, co się stało po jej ujawnieniu, zmieniły oblicze amerykańskiej prezydentury i skurczyły granice prywatności polityków. Na zawsze zmieniły też tamtejsze dziennikarstwo. A dokładniej - potwierdziły i wzmocniły to, co w nim najgorsze. Specjalny prokurator Starr - Savonarola naszych czasów - zademonstrował, że wśród wartości, którym służy, nie ma poszanowania ludzkiej prywatności. Prezydent kłamał pod przysięgą i przed narodem, co niezależnie od ostatecznego werdyktu w jego sprawie zasługuje na potępienie. Media zaś, zamiast robić swoje, zamieniły się w gawiedź skandującą: "Ukrzyżować!". 24 lata temu amerykański prezydent też znalazł się w potrzasku. Richard Nixon dwa lata usiłował umknąć politycznemu przeznaczeniu. Nie udało mu się. Afera Watergate stała się być może największym triumfem amerykańskiego dziennikarstwa. Udowodniła, że w trój- podziale władz, gwarantującym równowagę i wzajemną kontrolę, czwarta władza - media - stoi na straży przestrzegania elementarnych norm przyzwoitości i prawa przez sprawujących władzę. Bob Woodward i Carl Bernstein odkryli wielką aferę, a politycy i specjalni prokuratorzy poszli ich śladem. Cała Ameryka miała moralnego kaca na widok tego, co zrobił i jak upadł narodowy przywódca. Dziennikarze nie musieli jednak mieć kaca. Zrobili, co do nich należało. Dziś prezydent się słania. Niewykluczone, że to dziennikarze wbiją ostatnie gwoździe do trumny. Nawet jeśli Clinton zrezygnuje lub zostanie usunięty z urzędu, nie będzie to dla amerykańskiego dziennikarstwa moment chwały. W jego sprawie media, szczególnie telewizja, są bowiem nie motorem dochodzenia prawdy, ale narzędziem w wielkiej politycznej batalii. Być może najpoważniejszym zarzutem pod adresem środków przekazu jest jednak to, że w całej sprawie próbują grać jednocześnie rolę oskarżyciela i sądu. Ci sami dziennikarze, którzy na łamach flirtowali z kandydatem Clintonem, występują w chórze prokuratorów piętnujących jego niemoralność. Te same zespoły dziennikarskie, które sześć lat temu udzielały mu oficjalnego poparcia w wyborach prezydenckich, teraz - jakby w poczuciu zawiedzionej miłości - domagają się jego dymisji. Minęły już czasy trzech cieszących się respektem sieci telewizyjnych, czyli ABC, CBS, NBC, i dwóch najpoważniejszych dzienników: "The Washington Post" i "The New York Times". Pojawiły się CNN, FOX, MSNBC, CNBC - całodzienne serwisy informacyjne. Te wielkie smoki muszą coś pożerać przez 24 godziny, a nie mają zbyt wyrafinowanego podniebienia. Pokazują więc wszystko - łączą na żywo, bo właśnie przewożą karton ze słynną sukienką z prezydencką plamą, bo dokumenty prokuratora Starra transportowane są w wielkich pudłach do Kongresu. Co jest w tych pudłach? Na razie nie jest to aż tak istotne. Dowodzenie winy jest sprawą drugorzędną. Gdy pudeł jest aż tyle, dowodów musi być aż nadto. Informacja szybko przestaje być surowcem do przetworzenia. Staje się surowcem do przełknięcia, podstawą przemysłu. Warto zwrócić uwagę, że praktycznie przez sekundę nie było wątpliwości, czy gazety opublikują treść raportu Starra. Przecież już to zrobiono w Internecie. Tylko dla pozorów sieci telewizyjne debatowały, czy pokażą nagranie z przesłuchania Clintona. Przecież jak nie przedstawi ich jedna telewizja, to zajmie się tym druga, a jeśli nie zrobi tego żadna, kasety wideo za dwie godziny znajdą się w sprzedaży. Problemem jest więc nie decyzja, czy drukować, ale technologia określająca, za ile minut wszystko będzie wydrukowane.


Media w sprawie prezydenta Clintona próbują grać jednocześnie rolę oskarżyciela i sądu

Czasy się zmieniają. Bill Clinton może co najwyżej pomarzyć, by media dały mu chwilę wytchnienia i potraktowały go jak jego najsłynniejszych demokratycznych poprzedników w Białym Domu - Franklina Delano Roosevelta i Johna Kenne- dy?ego. Za czasów pierwszego z nich obowiązywała na przykład dżentelmeńska umowa, że nikt nie robi i nie publikuje zdjęć chorego na polio prezydenta w wózku inwalidzkim. Przez kilkanaście lat zrobiono tylko dwie takie fotografie. Nie było także gazety, która wspomniałaby o pozamałżeńskich eskapadach Roosevelta i jego żony. Żaden dziennikarz nie poważyłby się wspomnieć o seksualnych wybrykach Kennedy?ego, podobno w nocy po inauguracji mającego - używając słów Clintona - "niewłaściwe stosunki" z czterema kobietami. A dziennikarze doskonale wiedzieli o wszystkim. Rooseveltowi odpuszczali, bo czuli się wobec niego stworzeniami niższego gatunku, w czym ich zresztą utwierdzał. Na poczynania Kennedy?ego przymykali oko, bo - jak wspomina słynny telewizyjny dziennikarz David Brinkley - "Czuliśmy, że łączy nas z nim jakaś więź, której nikt nie odważyłby się zerwać. Choć tyle nas dzieliło, mieliśmy wrażenie, że był jednym z nas". Dziennikarze domagający się teraz politycznej śmierci Clintona w 1992 r. pognębili George?a Busha, ogłaszając nową epokę w amerykańskiej polityce, zanim Clinton wygrał wybory. Ale tak jak w czasach Kennedy?ego milczeli w poczuciu fałszywej lojalności, tak teraz w zupełnie innych okolicznościach zachowali gotowość do rzucenia się wybrańcowi do gardła. Afera z Lewinsky jest więc nie tylko świadectwem moralnego blamażu prezydenta, lecz także porażki amerykańskich mediów. Dlaczego? Bo - po pierwsze - dla większości środków przekazu prokuratorska gorliwość jest formą ekspiacji za lata często bezkrytycznego patrzenia na czyny i zaniechania Billa Clintona. Bo - po drugie - chcąc nie chcąc, dorównały kroku bulwarowemu dziennikarstwu. Bo - po trzecie - gdy były przekonane, że większość publiki podzieli ich głośne oburzenie, pozostała ona obojętna, z większą odrazą patrząc na nie niż na prezydenta.

Clinton miał i ma z dziennikarzami trudniejsze życie niż większość jego poprzedników w Białym Domu, ale pokonywanie kolejnych szczebli kariery i prezydentury nie było drogą przez mękę. Wybaczono mu uchylanie się od służby wojskowej i palenie marihuany, małżeńskie zdrady i złamanie wyborczych obietnic. Większość gazet i dziennikarzy poparła go w wyborach (z sondażu wynikało, że 97 proc. reporterów w Waszyngtonie głosowało przeciwko Bushowi). Zgoda - to wspaniali amerykańscy dziennikarze wykopali aferę Whitewater i niemal wszystkie "gate" - Troopergate, Filegate, Travelgate i Zippergate - ale też szefowie zespołów redakcyjnych z mniejszą determinacją rzucali do boju swoje psy gończe, a wszystkie te sensacje nie były nicowane z pasją, z jaką dwie dekady wcześniej Bernstein i Woodward dobrali się do skóry Nixonowi. To wszystko zmieniło się o 180 stopni w popołudnie 21 stycznia tego roku. Główni anchorzy, czyli prowadzący, a jednocześnie wydawcy największych amerykańskich dzienników - ABC News, CBS News i NBC News - byli na Kubie, gdzie właśnie swoją historyczną wizytę zaczynał Jan Paweł II. Pierwsze obrazki w dziennikach pochodziły z Hawany, ale pierwsze relacje nadano z Waszyngtonu. Pewna stażystka z Białego Domu twierdziła, że miała romans z prezydentem, a ten pod przysięgą zeznał, iż nie utrzymywał z nią stosunków seksualnych. Nie było już papieża i Castro. Następnego dnia cała wielka trójka - Tom Brokaw, Peter Jennings i Dan Rather - prowadziła dzienniki sprzed Białego Domu. Zaczęła się najdłuższa polityczna opera mydlana w amerykańskiej historii, a wraz z nią największy kryzys prezydentury Clintona. Dziś niemal każdy, kto wie o Ameryce trochę więcej, z wyższością mówi o błędnie sądzących, że dotyczy to seksu, gdy tymczasem chodzi o krzywoprzysięstwo i utrudnianie pracy wymiarowi sprawiedliwości. Zgoda. Ale wtedy, 21 stycznia, trzej anchorzy razem z setkami swoich ludzi nie wracali z Hawany, by mówić o krzywoprzysięstwie. Newsem było wówczas co innego. Prezydent miał romans z praktykantką. Może kłamał, ale nie było na to solidniejszych dowodów, poza tym, co - jak się domyślano - znajdowało się na kasetach z wypowiedziami Lewinsky, zarejestrowanymi przez Lindę Tripp. Machina ruszyła. Tylko w pierwszym tygodniu po wybuchu sensacji z Lewinsky poświęcono jej w mediach tyle miejsca, ile przez poprzednie lata wszystkim aferom Clintona łącznie.

Seks w kombinacji z polityką nie pojawił się w amerykańskich mediach wraz z Gennifer Flowers, Paulą Jones i Monicą Lewinsky. Ale wcześniej było to soft porno. Wielka afera wybuchła na przykład, gdy w czasie kampanii prezydenckiej w 1976 r. w wywiadzie dla "Playboya" demokrata Jimmi Carter powiedział, że pożądał kobiet innych niż jego żona. W 1987 r. Gary?emu Hartowi, kreowanemu na człowieka, który Biały Dom przywróci demokratom, podcięto skrzydła, gdy w majowy poranek w "Miami Herald" pojawiły się zdjęcia z weekendu, jaki polityk spędził na jachcie z modelką Donną Rice. Hart był skończony. To była jednak bułka z masłem w porównaniu z tym, co miało nadejść. Wszystko zmieniło się w 1992 r. i to nie za sprawą prestiżowej gazety, ale bulwarowej "The Star", która pierwsza opublikowała informacje o romansie Clintona z Gennifer Flowers. Szanowane pisma opierały się, nie chcąc iść śladem łajna, ale ustąpiły. Gdy jednak wkrótce pojawiły się kasety z rozmowami Clintona z Flowers, nie można było tego przemilczeć. W ten oto sposób seks wszedł na salony, a zalegalizowali to sami Clintonowie, występując przed ponad- stumilionową publicznością w popularnym programie "60 minut". Opowiedzieli w nim bowiem o bólu, jaki wzajemnie zadawali sobie w małżeństwie. Przeciętny Amerykanin był już w pobliżu sypialni kandydatów na pierwszą parę, a kilka lat później znalazł się blisko prezydenckiego rozporka. Oto pojawiła się Paula Jones, oskarżająca prezydenta o zdjęcie w jej towarzystwie spodni i zachęcanie jej do ćwiczeń z seksu oralnego. Prezydent był nagi, a rozebrano go nie tylko z prywatności, lecz także z garderoby. Przy przekraczaniu każdego z tych Rubikonów słychać było ze strony mediów kajanie się, że kierunek, w którym idą, wiedzie wprost na bezdroża. Więcej było jednak szukania alibi dla wchodzenia z piórami i kamerami w rewiry dotychczas zakazane. W wypadku Flowers mówiono, że misją dziennikarstwa jest dostarczenie ludziom wszelkich informacji na temat ludzi mających przewodzić krajowi; w sprawie Jones tłumaczono, że nie chodzi o obnażającego się prezydenta, ale o próbę wyznaczenia granic przysługującego mu immunitetu, w wypadku Lewinsky powiedziano zaś, że nie chodzi o romans, lecz o wiarygodność prezydenta i reputację prezydentury. Jak napisał w magazynie "Nation" Ted Koppel, wydawca świetnego programu publicystycznego "Nightline" i jego prowadzący: "To nie śmierć ani tortury czy uwięzienie dziennikarza zagraża amerykańskiemu dziennikarstwu, ale trywializacja tego zawodu. Wolno nam mówić i pisać o tym, co uznajemy za ważne, lecz jeśli to, co jest istotne, nie odpowiada gustom konsumentów, damy im coś, co ich upodobaniom odpowiada. Nikt nam nie przystawia pistoletu do głowy. Po prostu za wystarczającą wymówkę uznajemy to, że dajemy ludziom, czego chcą".

Prokurator Starr miał wielkie szczęście. Trafił na prezydenta, który się podłożył, i czas, w którym media nie mówią: "Tego nie zrobimy". I jeszcze jedno szczęście. Jego odkrycia znakomicie wpisały się w obsesję mediów na punkcie kombinacji seksu i polityki, ewentualnie splotu seksu, mordu i spraw rasowych. Od ośmiu lat Ameryka niemal bez przerwy żyje wielkim skandalem seksualnym albo na tle seksualnym. Początek lat 90. zdominowała afera sędziego Sądu Najwyższego Clarence?a Thomasa, oskarżonego o seksualne molestowanie Anity Hill. Był seks, były przesłuchania w Kongresie, spór republikanów i demokratów oraz feministek i wszystkich innych. Jak na ironię media nie mogą ze swoją prokuratorską zawziętością trafić do społeczeństwa. Nie odzwierciedlają społecznej opinii ani jej nie kształtują. Dziennikarze sobie, a ludzie sobie. Nieprzypadkowo w sondażu przeprowadzonym dzień przed ogłoszeniem decyzji o opublikowaniu nagrania z przesłuchania Clintona 82 proc. Amerykanów sądziło, że dziennikarze posunęli się za daleko, a tylko 28 proc. popierało upublicznienie nagrań. I to wszystko po ośmiu miesiącach artyleryjskiego ostrzału. Prawdą jest, że popularność Billa Clintona w ankietach po części wynika ze świetnego stanu amerykańskiej gospodarki. Ale nie tylko. Przeciętni ludzie ignorują media prawdopodobnie dlatego, że niewiarygodna jest dla nich sytuacja, w której bardzo często osoby chcące dziś ukrzyżować Clintona jeszcze niedawno miały do niego wręcz bałwochwalczy stosunek. Ludzie doskonale wiedzieli, kogo wybrali w 1992 r. i 1996 r. Głosowali na człowieka z tym samym bagażem osobistych słabostek, jaki dźwiga dzisiaj, i nie widzą powodu, dla którego akurat teraz mieliby mu przetrącić kręgosłup. Jak sarkastycznie napisał w " The New York Times" Russel Baker: "Desperacja w chęci zniszczenia Clintona sprawiła, że media nagle zaczęły romansować z moralnością. Stwierdzenie, że z etycznego punktu widzenia Clinton nie kwalifikuje się na prezydenta, brzmi jak hipokryzja ze strony przedstawicieli medialnych imperiów żyjących z wykorzystywania seksu i przemocy". Z całej tej sprawy niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć pobrudzeni wyjdą i Clinton, i Starr, i dziennikarze. Twarz zachowają tylko zwykli ludzie, którzy w całym tym maglu nie dali się zwariować. Przynajmniej jeszcze nie.

Okładka tygodnika WPROST: 41/1998
Więcej możesz przeczytać w 41/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0