Na stronie

Na stronie

TABULA RASA
Stała się rzecz niesłychana - Kazimierz Kapera, pełnomocnik rządu do spraw rodziny, wychwalając "pozytywne społeczne skutki" zażywania osławionej viagry, która właśnie puka do drzwi naszych aptek, bodaj po raz pierwszy zgodził się z seksuologami! Z Kaperą natychmiast nie zgodziła się Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. "To, że resort zdrowia nie dopłaca do środków antykoncepcyjnych - zasadniczych dla zdrowia kobiet - a nie wyklucza dopłat do viagry, świadczy o tym, że inaczej traktuje się potrzeby zdrowotne kobiet, a inaczej przyjemność mężczyzn" - orzekła Wanda Nowicka, dyrektor wykonawczy federacji. Z panią dyrektor nie do końca zgadzam się z kolei ja: twierdzę, że "przyjemność mężczyzn" ma jednak w tym wypadku niejaki związek z przyjemnością kobiet.
Ale przyjemności na bok, Kazimierzowi Kaperze nie chodziło przecież - broń Boże - o podniesienie ogólnego poziomu satysfakcji seksualnej Polaków, lecz o podniesienie przyrostu naturalnego. A tu już wkraczamy na grunt polityki prorodzinnej, czyli jednego z tzw. ważkich tematów coraz bardziej hałaśliwej kampanii przed wyborami samorządowymi (vide: "Wojna na dole"). Część ugrupowań (vide: "Familiada") domaga się, by podatki naliczać według "ilorazu rodzinnego", co w praktyce oznacza realizację zasady: im więcej dzieci, tym niższe podatki. Ta dyskryminująca całkowicie antykoncepcję koncepcja kompletnie mi się nie podoba i to nie dlatego, że mam jedną tylko córkę. Nie podoba mi się, bo przekonuje mnie definicja prorodzinnego systemu podatkowego autorstwa Leszka Balcerowicza: "To taki system, który sprzyja pomyślności rodziny. A dla rodziny istotna jest praca i dochód z tej pracy". Przypomnijmy w tym kontekście, iż miłujący rodzinę - o czym mówi ostatnio przynajmniej kilka razy dziennie - Bill Clinton zniósł niedawno Welfare, czyli system pomocy społecznej dla rodzin, obowiązujący w Ameryce od 60 lat. Pieniądze zostały przekazane samorządom, które zobowiązano do tworzenia nowych miejsc pracy. Koncepcja "ilorazu rodzinnego" nie podoba mi się wreszcie z tego względu, że niemal bliźniaczy pomysł z wielkim rozmachem usiłował realizować niejaki Nicolae Ceausescu. A do dziś nie mogę zapomnieć zdjęć z rumuńskich sierocińców z końca ery "słońca Karpat".
Drugim z tzw. ważkich tematów kampanii wyborczej jest rolnictwo. Zażarcie broniącemu "interesu polskiego chłopa" Jarosławowi Kalinowskiemu, prezesowi PSL, mogę jedynie gorąco polecić tekst Romana Jagielińskiego (vide: "Selekcja naturalna"), a zwłaszcza jego konkluzję: "Państwo powinno wspierać tylko te gospodarstwa rolne, które po przystąpieniu do Unii Europejskiej będą w stanie sprostać konkurencji". Trzecim wreszcie wiodącym tematem przedwyborczych debat są skutki wprowadzenia nowego kodeksu karnego. Ciekawe, że "nadmierny liberalizm i łagodność" nowego prawa najostrzej krytykują ci właśnie, którzy do uchwalenia obowiązującej obecnie kodyfikacji karnej przyczynili się w pierwszej kolejności. Przyznam, że mnie osobiście nie podoba się tylko jedno novum: to, które de facto uniemożliwia dziennikarzom wypowiadanie się o politykach bez eufemizmów. Bo w innej sytuacji chętnie - z imienia i nazwiska - podzieliłbym naszą klasę polityczną na tych, którzy proponują śmiałe, rzetelnie przygotowane, konkretne rozwiązania - nie obliczone na doraźny polityczny zysk - w rodzaju "białej księgi podatkowej", i tych, którzy żerują na naiwności i ignorancji, a oprócz litanii pobożnych życzeń mają do zaoferowania jedynie coś, co John Locke określił w XVII w. mianem tabula rasa ("umysł nietknięty jeszcze przez zewnętrzne doświadczenia").
Na szczęście ludzie, w tym nawet niektórzy politycy, uczą się. Po lekturze "Rozmowy wprost" z Henrykiem Goryszewskim - który stwierdził w swoim czasie, że Polska może być biedna, byle była katolicka - oraz tekstu "Skarb państwa" dochodzę do krzepiącego wniosku, że Polska może być i katolicka, i bogata.


Lech Dorenda
(1942-1998)


Człowiek umiera tyle razy, ile razy traci przyjaciela. W tych dniach słowa te są szczególnie aktualne, gdy pożegnaliśmy naszego przyjaciela Lecha Dorendę, prezesa drukarni. Lech Dorenda, współzałożyciel Polskiej Izby Druku oraz Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga, jest - bo nie sposób o nim pisać w czasie przeszłym - jednym z Wielkich polskiej poligrafii. Z tygodnikiem "Wprost" był związany od niemal szesnastu lat, od chwili ukazania się pierwszego numeru naszego pisma. Wówczas był zastępcą dyrektora do spraw produkcji Prasowych Zakładów Graficznych RSW w Łodzi. To, że w latach 90. nasz tygodnik przeobraził się z siermiężnego PRL-owskiego czasopisma w magazyn wydawany na wysokim europejskim poziomie, było w dużym stopniu jego zasługą.
Od chwili przekształcenia zakładu w Drukarnię Prasową SA, co nastąpiło w maju 1991 r., pełnił funkcję prezesa zarządu spółki. To dzięki Niemu firma o ponad 52-letniej tradycji przeżywała drugą młodość. Lech Dorenda stworzył jedno z najnowocześniejszych przedsiębiorstw poligraficznych w Polsce, podejmując współpracę z takimi potentatami, jak Agfa-Geavert, BASF, Kodak i Du Pont. W łódzkiej drukarni powstawała przez wiele lat "Gazeta Wyborcza" (od siedemnastego numeru), a obecnie drukowanych jest prawie 70 tytułów prasowych, wśród nich - obok "Wprost" - "The Warsaw Voice", "Magazyn Rzeczpospolitej", "Angora", "Motor", "Antena".
Lech Dorenda, inżynier kartograf, absolwent Politechniki Warszawskiej, mieszkający od 1977 r. w Łodzi, przeżył tylko 56 lat. Po ciężkiej operacji na początku tego roku prawie natychmiast powrócił do pracy. Niestety, nieubłagana choroba po pewnym czasie znowu dała znać o sobie, przykuwając go na kilka tygodni do łóżka. Nic nie można było zrobić, choć my ciągle wierzyliśmy, że stanie się cud.
Żegnamy oddanego przyjaciela, łącząc się z pogrążonymi w głębokim bólu Najbliższymi Lecha Dorendy.


Okładka tygodnika WPROST: 38/1998
Więcej możesz przeczytać w 38/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0