Moje pieniądze

Moje pieniądze

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zasada równości praw i obowiązków to jeden z filarów konstytucjonalizmu. Jest ona teoretycznie aprobowana przez wszystkich. W praktyce przeciętny Polak pojmuje ją w następujący sposób: "Wszyscy musimy mieć jednakowe prawa i jednakowe obowiązki, ale ja - Jan Kowalski - mam mieć nieco więcej praw i nieco mniej obowiązków".
Zasada równości praw i obowiązków to jeden z filarów konstytucjonalizmu. Jest ona teoretycznie aprobowana przez wszystkich. W praktyce przeciętny Polak pojmuje ją w następujący sposób: "Wszyscy musimy mieć jednakowe prawa i jednakowe obowiązki, ale ja - Jan Kowalski - mam mieć nieco więcej praw i nieco mniej obowiązków". Łamania wspomnianej zasady nie zauważamy zwłaszcza w tej szczególnej dziedzinie życia, jaką jest gospodarka. Ostatnio jesteśmy świadkami akcji protestacyjnych rolników. Dawniej rolnicy domagali się kredytów preferencyjnych, wyższych cen skupu itd. Dzisiaj domagają się, aby "państwo zabezpieczyło wyższą opłacalność produkcji rolniczej". Zdają się jednak nie zauważać drobnego faktu, że owo "zabezpieczenie" musi oznaczać pogorszenie opłacalności produkcji nierolniczej oraz wyższe wydatki konsumentów. Największym zagrożeniem dla gospodarki nie są jednak rolnicy, lecz przedstawiciele sektora państwowego. W tym wypadku bowiem władze państwowe nie mogą się wyzbyć matczynej nadopiekuńczości. Tworzy to paradoksalny związek, w którym państwowe firmy przekonane są, że im się należy, a administracja państwowa przekonana jest, że nieszczęśliwego synka, cierpiącego na poranne pragnienie i nie mającego na piwo, musi wspomagać.

Menedżerom przedsiębiorstw domagających się subwencji czy ulg nie przychodzi przy tym do głowy, że na śmietnik wyrzucają konstytucję RP. Myśl taka nie kala również mózgów i móżdżków posłów, senatorów oraz funkcjonariuszy administracji państwowej. Wszyscy oni są przekonani, iż mają prawo zdecydować, że na przykład Ursus będzie traktowany lepiej. Co więcej, rzecznik praw obywatelskich w działaniach takich nie dostrzega naruszenia praw obywatelskich. Jeżeli komuś pozwala się nie płacić podatków, powstałą w ten sposób wyrwę bud- żetową muszą zapełnić inni. De facto zatem jest to nałożenie dodatkowych przymusowych danin na ludzi i rentowne firmy. Nie jest przesadą nazwanie takiego działania grabieżą maskowaną pozorami praworządności. Mimo dość znacznej oczywistości powyższego stwierdzenia, Trybunał Konstytucyjny wyznaje pogląd, że takie okradanie obywateli przez państwo jest zgodne z prawem, a fakt ten powinien zostać przed obywatelami utajniony. W kuriozalnej decyzji z czerwca 1997 r. TK uznał, że upublicznianie informacji o firmach państwowych nie wywiązujących się z obowiązku podatkowego jest sprzeczne z konstytucją. Nie od rzeczy będzie tutaj przypomnieć, o jakie pieniądze chodzi. W końcu 1997 r. sześć spółek węglowych było winnych skarbowi państwa 220 mln zł. A dodać trzeba, że kopalnie nie płaciły już istotnie obniżonego podatku. Kwota umorzeń podatkowych wobec górnictwa węgla kamiennego wynosiła ponad 450 mln zł (20 zł na każdego płacącego podatki). Było to i tak niewiele w porównaniu z subwencyjnym wsparciem budżetu wynoszącym 1,5 mld zł. W sumie zatem na to, by górnicy mogli fedrować, a prezesi węglowych spółek pobierać należne im apanaże, każdy z nas zrzucił się po stówie. W jeszcze większym stopniu przeciętny pracujący (i uczciwie opłacający składkę na ZUS) obciążony był z tego tytułu, że kopalnie praktycznie zwolniono z wpłat na fundusz emerytalny. Na koniec 1997 r. zadłużenie kopalń wobec ZUS wynosiło 1,75 mld zł. Trudno znaleźć mocne moralne uzasadnienie faktu, że słabo opłacani nauczyciele czy profesorowie uniwersytetów finansują emerytury wysoko wynagradzanych górników deficytowych kopalń. Do tego dochodzą nie zapłacone przez kopalnie kary - w wysokości 160 mln zł - za zanieczyszczanie środowiska.

Jest oczywiste, że można by nie czepiać się kopalń, a identyczne zarzuty postawić hutnictwu, przemysłowi zbrojeniowemu, rolnictwu czy ponad połowie firm będących własnością państwa. Nie chodzi o wyliczankę przedsiębiorstw żyjących na mój - podatnika - koszt. Idzie o sprawę ważniejszą - stosunek do firm państwowych, które po ośmiu latach, czyli dostatecznie długim okresie na dostosowanie się do praw ekonomii, dalej działają jak za czasów Wrzaszczyka, Szałajdy i innych tytanów socjalistycznej niby-gospodarki. Kodeks handlowy daje prawo każdemu wierzycielowi nie mogącemu ściągnąć swoich należności do wystąpienia z wnioskiem o ogłoszenie upadłości zadłużonej firmy. Osobiście uważam, że jest to także obowiązek. Wynikające z lenistwa czy osobistych koneksji zaniechanie tego prawa stwarza bowiem potencjalne zagrożenie ponoszenia dalszych strat. Co więcej, bankructwo przedsiębiorstwa nie powoduje faktycznych strat ani dla gospodarki, ani dla pracowników (ich roszczenia zaspokajane są w pierwszej kolejności). Majątek produkcyjny jeśli ma faktyczną wartość ekonomiczną, dość szybko znajduje efektywnego właściciela. Prywatyzacja poprzez bankructwo nie jest może najelegantszą formą, ale jeżeli skarb państwa nie może się zdecydować na inną, niech będzie i taka.

Udzielenie subwencji, dotacji czy ulgi jednej firmie sprawia, że powstałą w ten sposób wyrwę budżetową muszą zapełnić inni podatnicy


Nie znam wypadku, by tak postąpiono w stosunku do dużej firmy państwowej. A upieram się tutaj przy - pozornie paradoksalnym tylko - twierdzeniu, że władze administracyjne nie mają prawa rezygnować z egzekucji należności i domagania się ogłaszania bankructwa. Przedsiębiorstwa te nie powstały z tego, że urzędnicy państwowi zrezygnowali z premii i złożyli się na przykład na budowę Huty Katowice. Powstały one z pieniędzy wszystkich podatników i podatnicy mają prawo do udziału w zyskach. Niezależnie od formy (dywidenda, wpłaty podatkowe, dochód z prywatyzacji firm itd.) zyski zawsze będą się przekładać na dwie możliwe korzyści: większe świadczenia społeczne lub niższe podatki. W tym kontekście warto także popatrzeć na tak starą jak nasza reforma, ale podniesioną do rangi cudownego remedium przez Grzegorza Kołodkę, metodę postępowania zwaną komercjalizacją. Polega ona na tym, że przedsiębiorstwo państwowe przemianowuje się na jednoosobową spółkę skarbu państwa. Następnie tworzy się zarząd i radę nadzorczą, powołuje się do tych ciał "swoich" ludzi (jedni Gorywodę, a drudzy Tywonka) i już. Jakie efekty daje tworzenie takiego nomenklaturowego kapitalizmu państwowego? Wystarczy popatrzeć na listę najbardziej deficytowych firm w Polsce. Dziewięć pierwszych miejsc zajmują na niej jednoosobowe spółki skarbu państwa. Straty tych przedsiębiorstw w 1997 r. oszacowano na 2 mld zł. Jak zatem łatwo zauważyć, życie dość brutalnie dowiodło, że komercjalizacja jest działaniem pozornym. Tymczasem minister skarbu, który jest właścicielem spółek, nic nie może zrobić, by zmusić je do racjonalnego gospodarowania, musi natomiast finansować straty i stawiać czoło strajkującym. I chociaż na początku każdego strajku w spółkach skarbu państwa rzecznik rządu oświadcza, że "władze państwowe nie są stroną w sporze", po kilku dniach negocjacje przenoszą się do gmachów ministerstw czy URM. Papierowi zarządcy nie są bowiem zainteresowani zajmowaniem twardej postawy w sporze z załogą. Przeciwnie, strajki leżą w interesie "państwowych menedżerów", gdyż stają się wygodną formą nacisku na zwiększenie subsydiowania. Komercjalizacja otworzyła drogę do jeszcze bardziej podejrzanej metody tworzenia "nomenklaturowego" kapitalizmu prywatno-państwowego. Mam tu na myśli tworzenie pochodnych form własności, w których początkowo stuprocentowy udział skarbu państwa zamienia się w udział mniejszościowy. Pora na wnioski. Normalni obywatele, ciężko pracujący na swoje pieniądze, powinni powiedzieć "dość". Mamy pełne prawo do protestu. Mamy prawo do tego, by nas nie okradano. I mamy prawo nie zgadzać się, by ktokolwiek - zwłaszcza bez naszej wiedzy i suwerennej decyzji - żył na nasz koszt. Powinniśmy się domagać powszechnego zakazu stosowania jakichkolwiek dotacji, subwencji czy ulg wprowadzanych decyzjami administracyjnymi. Można zrozumieć, że są w Polsce branże czy rodzaje działalności wymagające wsparcia. W takiej sytuacji mamy jednak prawo się domagać, aby wydatkowanie naszych pieniędzy na dotowanie tych branż nie wynikało z dobrego humoru (lub powiązań) urzędnika, lecz było następstwem ustaw sejmowych.

Przyjęty niedawno program "restrukturyzacji" (jaki ładny eufemistyczny synonim wymyślono ostatnio dla słowa "dotowanie") górnictwa kosztuje majątek. I płacić za niego będziemy wszyscy. Mamy jednak świadomość dwóch spraw. Po pierwsze, to myśmy - poprzez naszych posłów, senatorów i naszego prezyden- ta - go uchwalili. Po drugie, wiemy, ile kosztuje i kto za niego odpowiada. Można zrozumieć - chociaż po dziewięciu latach coraz trudniej - że państwo jest w Polsce właścicielem prawie połowy istniejącego majątku. W takiej sytuacji mamy jednak prawo wymagać, by państwo było właścicielem efektywnym. Komercjalizacja może być traktowana jako wstępny etap prywatyzacji. W każdym jednak wypadku powinien być określony czas, na jaki "uwłaszcza się" zarząd. Nie trzeba dodawać, że takich spółek może być kilkanaście, najwyżej - kilkadziesiąt, jeśli nadzór ma być efektywny. W przeciwnym wypadku nie jest to żadna reforma, a tylko stwarzanie okazji do rozgrabiania albo marnotrawienia majątku powstałego z naszych pieniędzy. Podobne zastrzeżenia można mieć do wszystkich osławionych funduszy celowych i agencji. Naprawdę mamy szansę na dokonanie niesamowitej rewolucji polegającej na odzyskaniu państwa. I tak naprawdę wymaga to od nas jednego. Tego mianowicie, byśmy przestali wierzyć hochsztaplerom mającym cudowne recepty na gospodarczy sukces. Obojętne, czy będzie to pięciokątna "Strategia", powszechna komercjalizacja, powszechne uwłaszczenie, czy powszechne dotowanie wszystkiego przez wszystkich. Cuda zawsze sprowadzają się do tego, że ktoś macha nam przed oczami banknotem dziesięciozłotowym i jednocześnie wyciąga nam z portfela pięćdziesiąt złotych w postaci dodatkowych podatków. Czysty zysk, jaki mamy z takiej operacji, wynosi - w najlepszym wypadku - minus czterdzieści złotych. Częściej jednak tracimy całe pięćdziesiąt.


Więcej możesz przeczytać w 36/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0