Przekręcony klucz

Przekręcony klucz

Polskie media, które z dość ostrymi objawami przechodzą fazę kapitalizmu manchesterskiego, skutecznie odzwyczajają nas od myśli, że tzw. kultura wyższa może być atrakcyjna na małym ekranie
W czasie wakacji jeździłem trochę po Europie. Odpoczywałem i przyglądałem się, jak żyją inni, z którymi niedługo być może połączy nas gospodarcza wspólnota. Z przyjemnością zauważyłem, że jest coraz więcej podobieństw: sklepy, ubrania, jedzenie. Lepsze i gorsze, zamożniejsze i biedniejsze, ale podobne. Różnice dotyczą szczegółów. Dostrzegłem je na przykład... w sklepach z płytami.

Nie idzie mi jednak o listę bestsellerów; płyty Madonny czy Spice Girls wszędzie sprzedają się jednakowo dobrze i wszędzie pojawiają się w tym samym czasie. Ale u nas sklepy z muzyką właściwie ograniczają się do chodliwych przebojów, tymczasem w Europie te ostatnie stanowią tylko przynętę, która ma nas zwabić głębiej, do obszernych salonów z ofertą bardziej wyrafinowaną. Uderzyło mnie, jak wiele wydaje się płyt z muzyką klasyczną. Jeszcze bardziej - jak wielu odwiedza je kupujących! Wśród półek z symfonicznymi atrakcjami można się pogrążyć na wiele godzin i odbyć niejedną ciekawą rozmowę z przypadkowym klientem, na pierwszy rzut oka wyglądającym raczej na fana Rolling Stonesów.
Tymczasem w polskich sklepach muzyki klasycznej prawie nie ma. Najczęściej reprezentują ją nieliczne, tanie wydania najpopularniejszych kawałków w przypadkowych wykonaniach, umieszczone gdzieś z boku, niczym w komunistycznych restauracjach łyżka surówki wepchnięta między kartofle i kotleta. Nie ma wątpliwości: te płyty są na półkach raczej z obowiązku niż z potrzeby. Trudno też o nich uzyskać informacje od sprzedawców. W największym polskim mieście, Warszawie, znalazłem zaledwie kilka sklepów, gdzie tzw. muzyka poważna ma swoje odrębne, lepiej zaopatrzone stoiska, a sprzedawcy zdradzają symptomy wykształcenia muzycznego i w ogóle znajomości rzeczy. W porównaniu jednak z tym, co widziałem w miastach zachodniej Europy, nasze grzeszą prowincjonalnością: ciasnotą, ograniczeniem oferty i... brakiem klientów.
Dlaczego przestajemy słuchać muzyki klasycznej? Dlaczego coraz mniej młodych ludzi potrafi zdefiniować słowo "filharmonia"? Dlaczego nawet wizyty wielkich gwiazd opery nie robią dziś na nikim wrażenia? Dlaczego na wydarzenia muzyczne coraz częściej chadzają nie melomani, lecz robiący to dla prestiżu biznesmeni? Czyżby prawdą było - co sami zbyt chętnie przyznajemy - że jesteśmy niemuzykalnym narodem?
Jeżdżąc po Europie, przyjrzałem się też telewizji. Jasne, że wszędzie wyświetlają te same filmy, a seriale można oglądać przejeżdżając z kraju do kraju, bez obawy, iż stracimy wątek. Ale co poza tym?! Ano trochę ciekawych rzeczy: fascynujące, budzące emocje programy o... literaturze (Francja), kwizy z muzyki klasycznej, które cieszą się popularnością dobrej telenoweli (Anglia), koncerty symfoniczne w mistrzowskich wykonaniach (Niemcy, Skandynawia), opery w całości transmitowane z najlepszych teatrów (Włochy). Sporo w tej karcie dań, o których my z wolna już zapominamy. Polskie media, przechodzące z dość ostrymi objawami fazę kapitalizmu manchesterskiego (niestety, dotyczy to także telewizji publicznej), skutecznie odzwyczajają nas od myśli, że tzw. kultura wyższa może być atrakcyjna na małym ekranie. Jej popularyzacja wymaga zbyt wielu starań, a przede wszystkim zbyt oczywistego talentu, by mogli ją prowadzić urzędnicy wymachujący wynikami badań marketingowych. "Oglądalność spada - należy zdjąć z anteny" - oto nowa dewiza polskich programistów, którzy nazbyt prymitywnie próbują przenieść na polski grunt amerykańskie reguły gry. A może by tak zmodyfikować tę typową dla leniuchów interpretację i powiedzieć: oglądalność spada - należy popracować nad tym, żeby wzrosła; zrobić coś, żeby widzowie się przekonali i polubili...
Niemożliwe? Ejże! To przypomnijmy sobie fenomen Bogusława Kaczyńskiego, który z elitarnej opery zrobił niemalże disco polo, bo wielkie primadonny dzięki niemu "zabłądziły pod polskie strzechy". Kaczyński nie mówił: ludzie nie lubią opery, bo to dla nich za trudne. On wyznawał zasadę: ludzie nie lubią opery, bo nie wiedzą, jaka jest piękna, ciekawa i łatwa; opowiem im o tym, to zmienią zdanie. I tak się działo. Dzisiaj programy Kaczyńskiego upychane są od czasu do czasu, koło północy, gdy potencjalni melomani już śpią. A pamiętają państwo "Przeboje muzyki poważnej" Marka Sarta i Zygmunta Kałużyńskiego? Albo muzyczne gawędy Jerzego Waldorffa? A "Z batutą i z humorem" Macieja Niesiołowskiego? Gdzie się podziały te programy, przecież wszyscy wymienieni twórcy żyją i działają?! Z punktu widzenia kultury, z punktu widzenia telewizji niewykorzystywanie ich talentów to ciężki grzech zaniedbania.
Telewizja chętnie podejmuje się organizowania festiwali (Opole, Sopot), które nie spełniają już żadnej funkcji kulturotwórczej. Wyraźnie nie zauważa, że klucz wiolinowy do świata muzyki został przez nią przekręcony i bezradnie kręci się teraz w zamku, nie potrafiąc otworzyć żadnych drzwi. Między innymi dlatego właścicielom polskich sklepów muzycznych nie opłaca się organizować działów z muzyką klasyczną. Dlatego w tych, które jednak istnieją, brakuje klientów. Badania marketingowe będą zaś wykazywać rosnącą niechęć Polaków do muzyki poważnej i niepostrzeżenie - zamiast się zbliżać - zaczniemy się kulturowo oddalać od Europy.
Okładka tygodnika WPROST: 36/1998
Więcej możesz przeczytać w 36/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0