Piękni czterdziestoletni

Piękni czterdziestoletni

Mąż stanu 2000
Józef Piłsudski i Roman Dmowski, Charles de Gaulle i Konrad Adenauer - to o nich się mówi "mężowie stanu". Jakie cechy wyróżniają wybijających się polityków? Czy w dzisiejszej Polsce są mężowie stanu? Po Krzysztofie Czabańskim, Stefanie Bratkowskim, Marcinie Królu, Jerzym Surdykowskim i Bronisławie Wildsteinie wypowiada się na ten temat Tomasz Lis.

W samym haśle "Mąż stanu 2000" wpisana jest chęć poszukiwania męża stanu, który byłby objawieniem najpóźniej za dwa lata. W domyśle kogoś, kto mógłby pokonać Aleksandra Kwaśniewskiego. Wbrew wielu opiniom wcale nie uważam, że jest on nie do pokonania. Uważam natomiast, że jego ewentualny pogromca nie będzie mężem stanu. Dlaczego? Bo czas mężów stanu może nie bezpowrotnie, ale minął.
Poszukiwanie "męża stanu 2000" jest bezproduktywne z kilku powodów. Na horyzoncie nikogo takiego nie widać, a czasu zostało niewiele. Po drugie, nie ma na niego zapotrzebowania. Zupełnie nie zgadzam się, że społeczeństwo bardzo pragnie takiego męża stanu znaleźć. Społeczeństwo - jak wynika z sondaży - jest całkowicie zadowolone z tego, co ma. Po trzecie, ewentualne oczekiwanie na męża opatrznościowego mogłoby się pojawić, gdyby nastał poważny kryzys, a na ten się nie zanosi. Po czwarte, mężem stanu zostaje się, sprawując urząd szefa państwa i powoli dojrzewając do przewodzenia państwu i narodowi.
Których polityków kwalifikujemy do tej grupy? Piłsudski, Dmowski, Churchill, Adenauer, de Gaulle. Cóż, spotkania gigantów, takie jak słynne spotkanie Adenauera i de Gaulle?a w domu tego ostatniego w Colombey-les-Deux-Eglises, należą do zamierzchłej przeszłości (1958 r.). Nietrudno zauważyć, że ostatni z tej grupy, Charles de Gaulle, stracił władzę niemal trzydzieści lat temu. Jak na ironię, od tego czasu obok być może Deng Xiaopinga do ideału męża stanu najbardziej zbliżyła się dama stanu - Margaret Thatcher.
Niedawny polityczno-rodzinny obrazek: ośmiu przywódców ośmiu najbardziej uprzemysłowionych państw świata wolnym krokiem przechadza się koło pałacyku w Birmingham, w którym właśnie odbywa się spotkanie przywódców grupy G7 + Rosji. Sylwetką dominował nad wszystkimi jowialny Jelcyn, wzrostem królował premier Kanady Chretien, tuszą - kanclerz Kohl. Ale wystarczyło przyjrzeć się uważnie temu obrazkowi, by stwierdzić, że w tej ósemce dominują dwaj najmłodsi - Bill Clinton i Tony Blair. Tylko oni zdobyli pełną władzę przed pięćdziesiątką. Tylko oni z absolutnym przekonaniem mogą powiedzieć, że należą do młodszego pokolenia polityków. Świat Kohlów i Chiraców powoli będzie odchodził w przeszłość. Teraz idzie młodość: mniej heroiczna, mniej pryncypialna, mniej konserwatywna, bardziej otwarta. Czy lepsza?

Obecny polityczny lider nowego pokolenia ma 40-50 lat, jest przystojny, jest dobrym ojcem, ma pracującą albo przynajmniej kiedyś pracującą żonę (zwykle dość atrakcyjną), jest dobrze wykształcony, ceni życie towarzyskie, uprawia sport, bardzo dużo czyta, jest fotogeniczny, myśli raczej w kategoriach kontynentu i świata niż większych czy mniejszych ojczyzn, ma inne wspomnienia niż lider, z którym wygrał w wyborach. Wychowywał się bowiem na Beatlesach, Marylin Monroe, Warholu, Presleyu i Mohammedzie Alim, a nie na Gregorym Pecku, Glenie Millerze, Emilu Zatopku i Franku Sinatrze. Ale najistotniejsza różnica między dwoma pokoleniami polityków sprowadza się do czegoś innego. Nowi należą do generacji romantyko-pragmatyko-technokratów. Starzy należeli do pokolenia wizjonero-konserwatysto-herosów. Czas politycznych herosów już minął. Minęła epoka już nie tylko Churchillów, de Gaulle?ów i Adenauerów, ale także Bushów, Kohlów i Mitterrandów. Wraz z zakończeniem zimnej wojny nie trzeba już tytanów stających do walki na śmierć i życie o losy ludzkości i świata. Czas wielkich liderów minął, bo minął czas monumentalnych wyzwań. Tony Blair nie musi, jak Winston Churchill, pojedynkować się ze złem, które chce połknąć cały świat. Bill Clinton nie musi, jak choćby Ronald Reagan, rano, wieczór, we dnie, w nocy walczyć z imperium zła. Aleksander Kwaśniewski nie musi łamać sobie głowy tym, jak ocalić słaniającą się niepodległość. Każdy z nich widzi dla siebie wyzwanie w doskonaleniu tego, co jest, w stymulowaniu wzrostu, a nie w walce na śmierć i życie o wolność, równość i inne pryncypia. Ustępujący liderzy - Margaret Thatcher, George Bush czy Robert Dole - schodząc ze sceny, nie potrafią zrozumieć, jak świat może zaakceptować nie dorastających im do pięt, "mydłkowatych" młodzieńców. Ale większość wyborców jest poniżej pięćdziesiątki, a w erze, w której nie obowiązuje już zasada "ojcowie wiedzą lepiej", wyborcy chcą głosować nie na ojców, lecz na rówieśników. Szczególnie w ostatnim dziesięcioleciu nie tylko doszło wśród wyborców do dramatycznej zmiany pokoleniowej. Nastąpiła też poprawa poziomu życia i zmiana społecznych oczekiwań. Wyborcy w coraz większym stopniu potrzebują liderów, których wizerunek potwierdzi, że jest dobrze, a nie takich, których heroiczna życiowa postawa wprawi w kompleksy, lub takich, którzy chcą ich wieść ku nieznanym światom. Poza tym w erze mcdonaldyzacji i zinternetowania ktoś taki jak Churchill byłby za mały i za gruby, ktoś taki jak de Gaulle byłby zbyt sztywny i miałby zbyt wielki podbródek, a ktoś taki jak Adenauer byłby za stary.
Dziś trudno o ojca narodu, bo ojciec powinien być dużo starszy niż większość elektoratu, czyli mieć grubo po sześćdziesiątce. Dziś tacy politycy bardzo rzadko wygrywają wybory. Aby być mężem stanu, trzeba sprostać rządom w warunkach bardzo ostrego kryzysu, a takich kryzysów - i politycznych, i gospodarczych - na taką skalę co kiedyś, właściwie już nie ma. Dziś, jeśli polityk mówi społeczeństwu "nie", nie ma szans na wybór, gdy "nie" mówi społeczeństwu przywódca, zmniejsza swoje szanse na reelekcję - a przecież na to, by zostać mężem stanu, nawet genetyczny lider potrzebuje czasu. Warto zwrócić uwagę, że również wśród czwórki mężów stanu wymienionych przez redakcję "Wprost" we wprowadzeniu do dyskusji aż trzech (Piłsudski, Churchill i de Gaulle) to ludzie, którzy przed objęciem funkcji państwowych robili kariery w wojsku. O ileż trudniej o taki transfer dziś, w erze obsesji (zresztą słusznej) na punkcie cywilnej kontroli nad wojskiem.

Świat Kohlów i Chiraców powoli będzie odchodził w przeszłość. Teraz idzie młodość: mniej heroiczna, mniej pryncypialna, bardziej otwarta. Czy lepsza?


Zbyt proste byłoby jednak podsumowanie wszystkiego stwierdzeniem, że tamta stara polityka była pełna nie tylko zasad, ale i myśli, a obecna jest nasycona wyłącznie wyreżyserowanymi gestami i totalną kalkulacją. Intelektualnie współczesne pokolenie polityków w najmniejszym stopniu nie ustępuje poprzednikom. Clinton czy Blair mogliby często być nawet ich mentorami, gdyby przyszło do dyskusji o bud- żetowych deficytach, reformach ubezpieczeniowych i ustawach stypendialnych. Eisenhower czy de Gaulle nie zawracali sobie nawet głowy gospodarką, podczas gdy traktowany przez wielu jako antymąż stanu Clinton przez całą swoją karierę szukał w tej dziedzinie korepetytorów, gdzie mógł.
W dzisiejszych liderach trudno znaleźć patriarchalnych tytanów, bo współczesne społeczeństwa i rodziny są mniej hierarchiczne niż kiedyś. Pokolenie de Gaulle?a i Churchilla było autentycznie wierzące. Mieli oni na ogół więcej dzieci i mniej kochanek. De Gaulle był wychowywany w duchu surowego katolicyzmu, prawie dorosły Churchill dostawał burę od ojca za brak absolutnej determinacji i brak absolutnych sukcesów. Tymczasem Clinton dorastał w wątpliwym moralnie klimacie skorumpowanego Arkansas, a jego rodzinni zwierzchnicy to zmieniająca mężów matka i ojciec alkoholik. Polityka - tu zgoda - nie była bardziej moralna, ale politycy zwykle tak.
Jeśli jednak tak łatwo uszyć teraz ideologiczny, ale i prawdziwy garnitur, który pasowałby do coraz większej liczby obejmujących władzę polityków, to także dlatego, że prawica coraz bardziej zbliża się dziś do lewicy, zresztą z wzajemnością. Clinton wiedział, że chcąc wygrać wybory, musi skręcić w prawo, stąd sam nazwał się nowym demokratą i ukradł część pomysłów republikanom. Blair, pragnąc odebrać władzę konserwatystom, musiał ostro pogalopować w okolice politycznego środka i całkowicie zmienić oblicze zdominowanej przez dziesięciolecia przez związki zawodowe Partii Pracy. Schröder, chcąc pokonać Kohla, musi być zezującym w prawo socjaldemokratą, który jasno da do zrozumienia wyborcom, że jego rządy nie będą oznaczały wyższych podatków, zwiększonej roli opiekuńczego państwa i zmniejszonej roli liderów gospodarki. I nie jest to tylko sprawa politycznych deklaracji. Nie przez przypadek Bill Clinton zabrał się do reformy systemu pomocy społecznej, na którą nie odważyłby się nawet Ronald Reagan, a Tony Blair demontuje państwo opiekuńcze w sposób, którego nie powstydziłaby się Margaret Thatcher. Ludzie widzą ostry skręt demokratów, socjalistów i socjaldemokratów w prawo i dlatego są głusi na ostrzeżenia Busha, Chiraca, Dole?a czy Majora, że zmiana warty pachnie wojującą lewicowością. Jednocześnie gwałtownie spada cena, a przede wszystkim wartość wojującej prawicowości. Dlatego konserwatyści i republikanie, chcąc zdobyć polityczny środek, muszą - nie tracąc głosów swojego tradycyjnego elektoratu - maszerować w lewo, demonstrując otwartość na nowe, tolerancję na inne i wrażliwość na słabe lub bezsilne.

W efekcie mniej jest w wizerunku polityków nowego pokolenia kantów, mniej ostrych kresek, mniej kategorycznych prawd, a więcej rozmazanych konturów i barw przypominających tęczę. Jasne, że pojawia się przy okazji pytanie, czy nie dorobiliśmy się całej generacji polityków, którzy - jak Clinton, Blair czy Netania- hu - mają wizerunki, ale nie mają twarzy. Z drugiej strony, jeśli nie ma wielkich osobowości, znaczy to może, że skończyły się heroiczne czasy, a jeśli czasy są mniej heroiczne, to najprawdopodobniej jest po prostu normalniej. Poza tym w polityce także obowiązuje prawo popytu i podaży, jeśli więc gwałtownie zwiększy się zapotrzebowanie na herosów, szybko się oni pojawią, czego - nawiasem mówiąc - chyba nie należy sobie życzyć. Brak urodzaju na mężów stanu nie oznacza jednak, że minął czas polityków z charakterem i kręgosłupem, którzy mają wizję i potrafią dać ludziom nie tylko polityczne, ale i moralne przywództwo. Nie jest tak, że w naszych czasach nie ma polityków wielkich. Byli przecież Margaret Thatcher i Icchak Rabin, jest (jeszcze jest) Helmut Kohl. Miarą wielkości Rabina było to, że nie tylko potrafił powiedzieć "tak" pokojowi, ale jednocześnie wypowiadając to, mówił "nie" swojemu życiorysowi. Nie miał jednak szansy, by swoją wizję wprowadzić w życie. Helmut Kohl jest kanclerzem zjednoczenia Niemiec, choć to zjednoczenie dostał trochę w prezencie i nawet Niemcy nie stawiają go na tej samej półce co Adenauera. I lady Thatcher, i Ronald Reagan byli politykami wybitnymi, ale czy można ich określić jako mężów stanu? Prawda, Reagan po degrengoladzie epoki Nixona i miałkości epoki Forda i Cartera przywrócił Amerykanom wiarę w przyszłość, a mocno dzierżąc sztandar konserwatyzmu, do rangi dogmatu podniósł zasadę nieingerencji państwa w życie ludzi, zmniejszania podatków i przekonania o potrzebie pełnej gotowości do odparcia sowieckiego niebezpieczeństwa. Reagan jednak, inaczej niż mąż stanu, raczej czuł to, co robi, niż miał wizję, którą intelektualnie ogarniał. Raczej wzmacniał przekonanie Amerykanów o ich wartości, niż rzucał im wyzwanie. Nie mówił ludziom "nie". Mówił im po stokroć "tak". Nawet jego apologeci zgadzają się z określeniem "prezydentura teflonowa". Margaret Thatcher przywróciła państwu i funtowi siłę, choć do tytułu męża stanu nie pasuje ze względu na stereotyp i semantykę - jej płeć jest po prostu sprzeczna z tkwiącym w naszych głowach stereotypem "ojca narodu", którym jako żywo nie może być kobieta. Jak widać, pojawiają się więc wielcy politycy, tak się jednak składa, że ostatnio schodzą ze sceny .

Poszukując polskiego męża stanu warto się przez chwilę zastanowić, czy w ostatniej dekadzie mieliśmy polityków, którzy mieli choćby odpowiedni do tego określenia wizerunek. Chyba nie, choć wybitności nie można odmówić ani Lechowi Wałęsie, ani Tadeuszowi Mazowieckiemu, ani Leszkowi Balcerowiczowi. Lech Wałęsa, wspaniały w walce o wolność, był bezradny jako przywódca i niezdolny do stworzenia sobie politycznej bazy. Tadeusz Mazowiecki, pełen mądrości, godności i konsekwencji, pozwolił sobie przypiąć łatkę polityka elit (nie miał zresztą chyba żadnych szans w starciu z Lechem Wałęsą). Leszek Balcerowicz będzie miał kiedyś pomnik jako akuszer gospodarczych reform, nigdy jednak nie zrozumiał, że wielki polityk powinien być nie tylko podziwiany i szanowany, ale także lubiany, a nawet kochany (a może jego przypadek po prostu dowodzi, że polityczny make-up ma swoje granice). Czy Aleksander Kwaśniewski jest więc skazany na zwycięstwo, a redakcja "Wprost" na cykl "Mąż stanu 2005"? Niekoniecznie. Szansę w starciu z najbardziej medialnym polskim politykiem mógłby mieć jednak tylko ktoś, kto ma te co on atuty i jeszcze kilka własnych. Jest przystojny (wyższy), zna języki, ma zagraniczne obycie, zna się na polityce zagranicznej, ma administracyjne doświadczenie, lubią go media, potrafi być na luzie, jest u siebie w salonie i na trybunach stadionu, kocha sport, ma fajną rodzinę, jest wierzący (ale nie jest klerykałem), da się lubić. Tylko ktoś taki może być prezydentem 2001. Nie musi być mężem stanu.

Okładka tygodnika WPROST: 36/1998
Więcej możesz przeczytać w 36/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0