Szkoła przetrwania

Szkoła przetrwania

Okrągły stół mediów w Sopocie
Program 2 TVP to program z charakterem, który bardzo łatwo rozpoznać wśród dziesiątków kanałów telewizyjnych - mówił Marek Król, redaktor naczelny "Wprost", wręczając Ninie Terentiew, dyrektor tego programu, nagrodę mediów Niptel ?98.; nasz tygodnik od lat patronuje przedsięwzięciu. Kontynuacją uroczystości były obrady okrągłego stołu mediów, które w dobie "realnego kapitalizmu" żmudnie uczą się, jak rozwiązywać konflikty ze światem polityki i konkurencją. Dwójka zyskała przychylność jurorów zwłaszcza dzięki programom unaoczniającym odmienność polskiej kultury. W cyklu "Małe ojczyzny" sportretowała przeszło 150 lokalnych społeczności prosperujących poza uznanymi centrami kulturalnymi. Program 2 "to przykład, iż tylko telewizja publiczna stara się być ojczyzną ojczyzn, pokazując i chroniąc polskie dziedzictwo kulturowe" - brzmiał werdykt. Konkurowały z nim osobowości, instytucje, a nawet film. Do nagrody nominowano Monikę Olejnik - jak pisali jurorzy - "postrach polityków w Polsce. Strach do niej przyjść, ale jeszcze gorzej odmówić". Duet Jacek Żakowski i Piotr Najsztub doceniono "za wysoki poziom oraz niewątpliwą osobowość telewizyjną". Edward Miszczak został dostrzeżony jako autor cyklu reportaży "Ludzie w drodze", a Bogusław Chrabota jako kierownik działu programowego TV Polsat. Nominacją uhonorowano także multimedialną akcję Programu 1 TVP "Razem przeciwko przemocy - pokonać strach", telewizję TVN "za przełamanie monopolu telewizji publicznej w dziedzinie informacji", a Inforadio za to, że "informuje, nie doktrynuje". Doceniono również sztukę filmową. "Kiler" "stał się cenną wskazówką dla ludzi inwestujących w media i przemysł filmowy w Polsce", a nieżyjący od lat Stanisław Bareja zyskał uznanie jako reżyser filmu "Miś", "dzieła, które dziś modnie nazywa się kultowym". "Najważniejszym zadaniem jest dzisiaj zagwarantowanie pluralizmu mediów, bowiem najskuteczniejszym narzędziem kontroli mediów są inne media" - pisał premier Jerzy Buzek w referacie odczytanym przez ministra Walendziaka. Problem polega na tym, że media zbyt mocno przejęły się rolą czwartej władzy. "Współcześni ludzie mediów właśnie jako ludzie władzy ulegają najbardziej charakterystycznym patologiom wynikającym ze sprawowania władzy" - podkreślał premier. - Wina leży również po stronie polityków, ponieważ mają oni skłonność do oceniania mediów z lat 70.: "w jakiej kolejności, który z polityków jest pokazywany w ťWiadomościachŤ" - zaakcentował marszałek Sejmu RP Maciej Płażyński. Tymczasem media stały się wielką gałęzią gospodarki, na ich przykładzie najlepiej widać skalę rozwoju naszego kraju w ciągu ostatnich lat. - Media to przemysł bardzo skomplikowany i bardzo trudny, wymagający specjalistycznej wiedzy i doświadczenia - przypominał marszałek. W Polsce pokutuje jednak przeświadczenie, że na telewizji zasadniczo zna się każdy, a na pewno z kierowaniem nią poradzi sobie były polityk. Dlatego wciąż żywe jest u nas przeświadczenie, zgodnie z którym o mediach rozmawia się w kategoriach posad do zapełnienia partyjną kadrą, nie zaś jak o nośniku rodzimej kultury i cywilizacji, co cofa nas do lat realnego socjalizmu. - My, politycy, jesteśmy w 99 proc. zależni od mediów - przypomniał Jacek Rybicki, członek sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu. Problem polega na tym, by polityk był w stanie promować w mediach poglądy uważane przez niego za polską rację stanu, a nie tylko własną osobę. Wymaga to na przykład zdystansowania się do fetysza rankingów. Wprawdzie serial "Czterej pancerni i pies" ciągle bije rekordy popularności, co telewizja publiczna wykorzystuje, regularnie go emitując, ale rodzi to pytanie adresowane do jej politycznego kierownictwa, czy akurat ten film winien służyć masowej widowni za fabularyzowaną lekcję historii. Płatnik przymusowego podatku radiowo-telewizyjnego powinien się domagać - zdaniem Michała Jagiełły, przewodniczącego Unii Wydawców Prasy - pełnego przydziału częstotliwości dla II Programu Polskiego Radia, który w zalewie stacji komercyjnych tworzy w eterze sferę kontaktu społeczeństwa z twórcami kultury. W tym samym czasie "częstotliwości, które są rzadkim dobrem" otrzymują stacje radiowe i telewizyjne nie zachowujące minimalnej lojalności wobec państwa, propagując na antenie na przykład pogląd, iż "wkroczenie do NATO jest absurdem narażającym nas na śmieszność" albo że "wejście Polski do Europy zakończy się tym, iż Polacy zostaną wyrzuceni ze swoich mieszkań, będą zmuszani do nauki języków obcych i wykonywania najprostszych posług wobec obcokrajowców". Takie opinie wydają się pozostałością po dwudziestu latach bytowania w "etyce buntu i nieposłuszeństwa obywatelskiego" i nie mają zbyt wiele wspólnego z postawą odpowiedzialności politycznej. - Ile jajek musiałbym rzucić w wybitnego polityka i ile blokad zorganizować w centrum Warszawy, żeby dostać się do "Wiadomości"? - pytał minister Jagiełło. Etatowy problem reform telewizji publicznej prezes jej zarządu Robert Kwiatkowski sprowadził do żenujących realiów prawnych. "Nie mogę pozwolić sobie na zwolnienie pięciu pracowników i zatrudnienie dwóch, którym zapłacę dwa razy więcej" - ubolewał prezes, jemu bowiem nie pozwala na to ustawa zezwalająca na wypłacanie podwyżek średnio na etat. Branża dzieli telewizyjne pieniądze na "okrągłe i kwadratowe". "Okrągłe" można wypłacać fachowcom, a "kwadratowe" stanowią kapitał, który trzeba obrócić na produkcję. W dodatku jeśli telewizja zamawia program u producenta z zewnątrz, całą procedurę reguluje ustawa o zamówieniach publicznych. Pozyskanie programu powinno więc poprzedzać zgłoszenie zlecenia do Urzędu Zamówień Publicznych i wszczęcie procedury przetargowej, co czyni produkcję mozolną i skomplikowaną. - Terror oświeconych elit, jak wskazuje rewolucja jakobińska czy październikowa, bywa równie okrutny jak fundamenty kulturowe czy religijne - ostrzegał Jan Maria Jackowski, przewodniczący sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, widząc antidotum w poszerzeniu zakresu wolności mediów. Paradoks współczesnej polskiej sytuacji politycznej polega na tym, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji stanowi - zdaniem Jackowskiego - w praktyce przedłużenie poprzedniej koalicji, a opanowanie przez polityków lewicowych i liberalnych zarządu radia i telewizji spowodowało, że o strategii mediów publicznych decydują politycy SLD i PSL we współpracy z UW. - Naprawdę widać, o co tutaj chodzi: żeby publiczność identyfikująca się z podstawowymi wartościami duchowego, a nie tylko politycznego oporu nie miała zaspokojonych swoich potrzeb kulturalnych - stwierdził Marek Jurek, członek KRRiTV. Sięgnął po przykład: Jerzy Diatłowicki swoje programy w telewizji tworzył w latach 1994-1995, gdy poddawano ją działaniom reformatorskim ze strony prawicy. Tymczasem Wojciech Cejrowski, usunięty z ekranu za prezesury Miazka, podczas obrad Niptelu był obecny tylko na festynie organizowanym dzięki prywatnym funduszom przy poparciu kilku niewielkich stacji radiowych i całkowitym ignorowaniu go przez telewizję publiczną. Marek Jurek przypomina, że w 1996 r. pytał prezesa Miazka, co zamierza dać publiczności w zamian za zdejmowanego Cejrowskiego, a dzisiaj jest ciekaw, "co poza okienkami religijnymi telewizja ma dla publiczności Radia Maryja - kilkumilionowej, zwartej i wiernej". W tym pytaniu zawiera się również apel o przeprofilowanie kultury masowej (kierowanej przez twórców okrągłego stołu, nowej konstytucji i autorów obecnego porządku medialnego), której nie stać było w ciągu minionych dziesięciu lat na wyprodukowanie ani jednego filmu o powojennym niepodległościowym i antykomunistycznym podziemiu. Szanse na szerokie upublicznienie programu propagującego polską rację stanu tworzy tzw. platforma cyfrowa - nowość technologiczna, pozwalająca za pośrednictwem satelity nadawać jednocześnie kilkadziesiąt programów. - To, czy ta platforma ma charakter narodowy, czy też nie, świadczy zwykle o dojrzałości kulturalnej i gospodarczej danego kraju - oświadczył minister Wiesław Walendziak, deklarując chęć współpracy przy jej tworzeniu ze strony agend rządowych i Telekomunikacji Polskiej SA. Ta deklaracja nie przekonała przewodniczącego KRRiTV Bolesława Sulika, który - jak sam stwierdził - bezskutecznie, choć w sposób "bardzo natarczywy", starał się skontaktować z premierem, by służyć w tej sprawie swoim głosem doradczym. Tymczasem Krajową Radę lekceważy nie tylko premier. W sprawie koncesji dla stacji białoruskiej mającej nadawać z Polski wypowiedziały się wszelkie możliwe instancje, łącznie z Departamentem Stanu USA, lecz nie zrobiła tego KRRiTV, do której należy podejmowanie decyzji w tej sprawie. Tymczasem radę stworzono właśnie po to, by rząd nie był obciążany podobnie niewygodnymi decyzjami politycznymi. Kłótnia wokół wspólnej platformy cyfrowej przeradza się w polityczną przepychankę, jej ostatecznym rezultatem będzie poważne nadwątlenie kultury narodowej. - Współczesna kultura jest tłoczona przez potężne media i przemysły i coraz rzadziej bywa postrzegana jako bliska inteligenckiej tradycji naszego kraju - przypominała minister kultury i sztuki Joanna Wnuk-Nazarowa. Robert Kwiatkowski unaocznił problem w cyfrach. Wizja TV zamierza wyłożyć na uruchomienie takiej platformy 350 mln dolarów. Telewizja Polska, najbogatsze medium na naszym rynku, osiągnęła w ubiegłym roku zysk 30 mln dolarów, z czego jedną czwartą rozdysponowano na wsparcie polskiego filmu i fundacji pomocy Polakom na Wschodzie. Stworzenie takiej platformy bez udziału kapitału zagranicznego nie wydaje się więc możliwe. Zdarzały się również diagnozy pocieszające. Witold Graboś, członek KRRiTV, przypomniał, że rynek medialny w Polsce jest nasycony i dlatego gra interesów tak mocno się na nim brutalizuje. Najbardziej operatywne pozostają media prywatne, którym chodzi głównie o to, by uszczuplić wpływy telewizji publicznej, na ile się da. Mimo to udaje się jednak zachować stan pożytecznej równowagi. W Polsce konkurują z sobą zarówno silna telewizja publiczna, jak i wpływowe stacje prywatne.

Okładka tygodnika WPROST: 35/1998
Więcej możesz przeczytać w 35/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0