Polski ZELIG

Polski ZELIG

Na czym polega fenomen popularności Aleksandra Kwaśniewskiego
Niespełna miesiąc po zaprzysiężeniu, 19 stycznia 1996 r., prezydent Aleksander Kwaśniewski oznajmił, że wniesie projekt ustawy o udostępnieniu wszystkich zasobów archiwalnych MSW i UOP, bo Polacy powinni je poznać. Trzy lata później zawetował ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej, umożliwiającą otwarcie archiwów. Wcześniej, jeszcze jako lider SLD, jednego dnia wygłosił dwa skrajnie różne poglądy na temat kosztów transformacji: francuskiemu "Le Figaro" powiedział, że były konieczne i umiarkowane, rodzimej "Gazecie Pomorskiej", że były ogromne i części z nich dałoby się uniknąć. - Kwaśniewski mówi to, co jego aktualne audytorium chce usłyszeć. Jak Zelig, bohater filmu Woody’ego Allena, upodabnia się do swego otoczenia. Kiedy podczas poprzedniej kampanii jego doradcy kreowali go jako wiotkiego młodzieńca, zrzucił kilkanaście kilogramów. W modzie było disco polo, więc pląsał. Upłynęło pięć lat: teraz nie musi już chudnąć, a śpiewa mu Edyta Górniak - mówi jeden z posłów UW.

- Kwaśniewski jest bliskim ideału produktem na polski rynek. Produkt ten już nosi znamiona luksusu, ale jest jeszcze tani; już zawiera wysoką technologię, ale jeszcze jest prosty w obsłudze; światowy i swojski zarazem; jednocześnie zachodni i wschodni - jak koreański samochód. Każdy inny polityk z polskiego panteonu jest zbyt luksusowy, zachodni lub skomplikowany - jak Olechowski, Balcerowicz czy Geremek - bądź zbyt tandetny, wschodni lub toporny - jak Krzaklewski, Miller czy Wałęsa. Dlatego żaden z nich nie ma szans, by zagrozić popularności Kwaśniewskiego - wywodzi Tony Canfield, kreator wizerunku z firmy CreatPR. 

W katolickim społeczeństwie nie można źle żyć z Kościołem, więc prezydent śpiewa kolędy i dzieli się opłatkiem, wzrusza się podczas spotkań z Janem Pawłem II i - jak większość wierzących - częściej używa określenia "ojciec święty" niż "papież". Ludzie interesują się sportem, spotyka się zatem z Andrzejem Gołotą, przyjmuje działaczy Legii Warszawa, otwiera halę sportową w Węgrowie, pojawia się na kortach tenisowych w Sopocie oraz popiera projekty zimowych igrzysk olimpijskich w Zakopanem i letnich w Warszawie. Polacy szaleją na punkcie Michaela Jacksona, toteż spotyka się z nim, gładko przełykając afront (spore spóźnienie gwiazdora).
Rodacy są przesądni, wierzą we wróżby i horoskopy, więc przyjmuje przedstawicieli kominiarzy polskich. Kobiety czytają "Twój Styl" i oglądają poranny program "Kawa czy herbata", toteż składa wizytę w tych redakcjach. Mieszkańcy ściany wschodniej handlują z Białorusią - Kwaśniewski biesiaduje z Aleksandrem Łukaszenką, a na ambasadora do Mińska wysyła swą protegowaną, Ewę Spychalską. Zachód patrzy na to niechętnie, zatem prezydent odcina się od białoruskiego dyktatora, ale wyrzuconą z placówki Spychalską przygarnia do swojej kancelarii (wraz z całą plejadą funkcjonariuszy ancien régime’u).
Większość rodaków wzdycha za PRL, przeto bierze udział w trącących dawną liturgią dożynkach, jeździ do miast rządzonych przez stary aktyw, wetuje ustawę zabierającą przywileje dawnym ubekom, obsypuje odznaczeniami dziennikarzy "Trybuny". Gdy tylko media zarzucają mu, że przesadza z sympatiami dla lewicy, przyznaje Ordery Orła Białego tym, którzy przyłożyli rękę do zgonu PRL: Jackowi Kuroniowi, Markowi Edelmanowi, Leszkowi Kołakowskiemu, Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu, Jerzemu Giedroyciowi. Przyznaje, że bardziej odpowiadają mu poglądy lansowane na łamach "Gazety Wyborczej" niż "Trybuny", a podczas wizyty w Maisson Lafitte chwali się, że za młodu czytał głównie paryską "Kulturę".
Podczas powitania papieża we Wrocławiu cytuje jego słowa z pierwszej pielgrzymki, dając do zrozumienia, że "odnowa oblicza tej ziemi" to dzieło jego partii. Jako zagorzały niepodległościowiec wspomina datę 17 września jako dzień "sowieckiej agresji na Polskę". Sympatyzuje z socjalistą Leonem Wasilewskim, przyjacielem Piłsudskiego, daleko mu natomiast do jego córki Wandy, komunistki, przyjaciółki Stalina. Przed kamerami spotyka się z prof. Janem Karskim, legendarnym kurierem AK, a nie - jak władze PRL - z kombatantami Gwardii Ludowej. "Wprowadza Polskę do NATO", demonstracyjnie przyjaźni się z Javierem Solaną, poprzednim sekretarzem generalnym NATO. Spaceruje po Gdańsku z Gerhardem Schröderem, kanclerzem Niemiec i chwali się przyjaźnią z Felipem Gonzalezem, byłym socjaldemokratycznym premierem Hiszpanii. Nobla dla Wisławy Szymborskiej dyskontuje nieomal jako swą zasługę, a podczas wręczenia Wiesławowi Myśliwskiemu nagrody Nike chwali się dziennikarzom, że nagrodzony "Widnokrąg" był "jego faworytem". I puchnie, puchnie od tych zasług, jak filmowy Zelig.


Aleksander Kwaśniewski jest nieodrodnym synem nieco schizofrenicznego polskiego społeczeństwa, które chciałoby - jak obecnie - zarabiać wymienialne złotówki, jeździć po świecie i kupować zachodnie produkty, ale mieć zarazem - jak w PRL - zapewnioną bezwysiłkową pracę, darmową naukę, wczasy i kartofle na zimę. W takim społeczeństwie osoby głosujące na "jeźdźca znikąd", Stana Tymińskiego, w następnych wyborach zgrabnie stają się klientelą wyborczą dawnej PZPR. Elektorat PSL oddaje głosy (tak było w poprzednich wyborach prezydenckich) nie na lidera tej partii, Waldemara Pawlaka, lecz właśnie na Kwaśniewskiego. Partie prawicowe w obecnym Sejmie, powołując się na wolę swych wyborców, głosują razem z SLD. Czy na tym tle mogą razić ideowe wolty pierwszej osoby w państwie?
Nie rażą też jej krętactwa. Kiedy ankieterzy CBOS pytali, jak oceniamy oskarżenia wysuwane wobec Kwaśniewskiego w czasie poprzedniej kampanii prezydenckiej (chodziło o kłamstwa w sprawie magisterium i zatajenie w oświadczeniu majątkowym posiadanych przez żonę akcji Polisy) - 53 proc. jego zwolenników uznało te zarzuty za przejaw patologii naszego życia publicznego, a tylko dla 19 proc. było ważne, czy prezydentem zostanie człowiek uczciwy. Przyzwolenie na podwójną moralność jest więc samooceną elektoratu Kwaśniewskiego. 


Toteż od początku prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego jego popularność utrzymuje się na szokująco wysokim poziomie 60-70 proc. W demokratycznym świecie jest to ewenement, bo na przykład George’owi Bushowi udało się to tylko na krótko - po wygranej wojnie w Zatoce. Prawie trzem czwartym Polaków odpowiada sposób, w jaki Kwaśniewski sprawuje urząd. Dwie trzecie deklaruje sympatię do niego i chciałoby jego reelekcji. Kwaśniewskiemu nie szkodzą żenujące wpadki, które - jak to ujął Władysław Frasyniuk - "nie przystoją mężczyźnie po czterdziestce". - Dla większości Polaków jest to po prostu swój chłop. Jak większość wyrósł z PRL; nie potępia w niej wszystkiego, a co więcej - potrafi z nutką nostalgii wspominać dawne czasy. A że ma jakieś słabości? Któż ich nie ma! - próbuje znaleźć wyjaśnienie popularności prezydenta Jan Wyrowiński, poseł UW.
Prof. Andrzej Rychard, socjolog, mówi, że na "gwiazdorską" popularność prezydenta składa się kilka przyczyn. Na początku kadencji dobry punkt startu dało Kwaśniewskiemu działanie "prawa tła". Jego poprzednik - jak ocenia profesor - był często denerwujący. Kwaśniewski wybrał spokój i konsensus, trafnie przewidując oczekiwania społeczne wobec nowego elekta. Znalazł też właściwy dystans między prezydentem a jego elektoratem. - Lech Wałęsa był pozornie bliski szaremu człowiekowi, mówił potocznym, przaśnym językiem, ale tak naprawdę był nieosiągalny, znajdował się na niebotycznych wyżynach - jako noblista i postać już stojąca na pomniku. Kwaśniewski, na pozór reprezentant wyższej sfery, jest bardziej dostępny, ludzki - wywodzi prof. Rychard.
Z rejestru zajęć prezydenta można wywieść złudne wrażenie, że na prywatnej audiencji spotkać się z nim może każdy: prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego i Stowarzyszenia Diabetyków, reżyser Jerzy Antczak i bokser Dariusz Michalczewski, harcerze z ZHP i księża z Caritasu, importerzy gazu i hodowcy koni. - Kwaśniewski mniej dba o dobre sprawowanie władzy, a bardziej o własny wizerunek. To właśnie różni go od Wałęsy - mówi Jacek Rybicki, rzecznik AWS.

Chyba jednak nie tylko "prawo tła" sprawia, że prezydentura Kwaśniewskiego jest oceniana lepiej, niż wynikałoby to z jej szczegółowego bilansu, zapisanego - po stronie polityki wewnętrznej - raczej rejestrem kunktatorskich zaniechań aniżeli konkretnych posunięć. Z dwóch pomysłów na sprawowanie funkcji głowy państwa - być czy działać - Kwaśniewski wybrał ten pierwszy. W niespecjalnie pracowitym społeczeństwie, za jakie uchodzimy w oczach Europejczyków, niezbyt pracowity prezydent może liczyć na sympatię. - Jego prezydentura jest nijaka, zupełnie pozbawiona wyrazu - ocenia Jacek Rybicki. - Nie zauważyłem w czasie kadencji Kwaśniewskiego, że dzięki niemu stało się coś, co bez niego nie mogłoby się zdarzyć - stwierdza Andrzej Olechowski. - Zrobił wszystko, aby nie być wyrazistym prezydentem i aby trudno się było domyślić, z jakiego ugrupowania pochodzi - dodaje Ryszard Bugaj, były lider Unii Pracy. - Swój urząd sprawuje tak, że niby mamy prezydenta, a jakby go nie było. Czy warto w związku z tym ryzykować zmianę? - wtóruje im poseł Jan Wyrowiński.

Ta spokojna i leniwa nijakość zjednała Kwaśniewskiemu nawet jego nieprzejednanych niegdyś oponentów. Niektóre wolty są wręcz szokujące. Wiceprzewodniczący Unii Pracy Tomasz Nałęcz, który teraz wraz ze swoją partią popiera Kwaśniewskiego, pięć lat temu twierdził, że kandydowanie Kwaśniewskiego na urząd prezydenta jest wielkim historycznym błędem.
Znaczna część społeczeństwa jest dziś zbiorowym fanem prezydenta Kwaśniewskiego. - Będę na niego głosował, gdyż popycha mnie do tego przyzwoitość - zapowiada Karol Modzelewski, też niegdyś nieprzejednany przeciwnik opcji politycznej obecnego prezydenta. - Jest to przyzwoitość niewiernego męża, rzucającego żonę i żeniącego się z bogatą kochanką, z którą raz się przespał, by nie żyć z nią w grzechu. Tak oceniam przejście do obozu Kwaśniewskiego kilku naszych kolegów i koleżanek - mówi poseł Unii Wolności. - Poglądy Polaków ostro skręcają pod wpływem bieżących wydarzeń. Rośnie przestępczość - domagamy się zdecydowanych działań policji. Funkcjonariusz zabija chłopca - chcemy ukrócenia policyjnej samowoli. Kwaśniewski tak dryfuje na tej narodowej krze, żeby się nie zamoczyć. Kiedy Leszek Miller w opozycyjnym zapędzie przesadził ze śmietnikami, w których żywią się bezdomni, a matki porzucają niechciane dzieci, Kwaśniewski nie przyszedł na kongres SLD, by nie zamoczyć wyczyszczonych butów - komentuje dr Stefan Laskowski, psycholog społeczny.


Zdaniem 87 proc. Polaków, ich prezydent w wyczyszczonych butach dobrze reprezentuje Polskę na zewnątrz. Na tle jego poprzednika, sama tylko znajomość angielskiego na poziomie matury, brak kompleksów wobec osób z okładek "Newsweeka" i umiejętnie wykreowany wizerunek żony, umiejącej swobodnie rozmawiać z królowymi, uchodzi za wielki walor. - Nie popełnia większych gaf na arenie międzynarodowej, wyjąwszy słynną niedyspozycję goleni, i to głównie przyczynia się do jego popularności oraz satysfakcjonuje wielu Polaków - przyznaje Władysław Frasyniuk. Dla Europy, rządzonej dziś w większości przez lewicę, po części nawet - jak we Francji czy Włoszech - postkomunistyczną, Kwaśniewski jest partnerem nie wzbudzającym niechęci. - Jego wpadki i błędy nie rażą, bo nawet najwięksi tego świata, na przykład Bill Clinton czy Helmut Kohl, nie są bez skazy. Czas wielkich mężów stanu i krystalicznych osobowości w polityce chyba minął. Do tych, którzy zajęli ich miejsce, Kwaśniewski pasuje jak ulał - uważa prof. Rychard.
Pasuje dlatego, że większość dzisiejszych światowych liderów, z prezydentem USA na czele, jest produktem ogólnoświatowej standaryzacji i "mcdonaldyzacji", która nie ominęła klasy politycznej. Pod tym względem Kwaśniewski jest typowym politycznym "hamburgerem", międzynarodowym w formie, lecz z polskiego mięsa, co przydaje mu swojskości. Popularnym, niedrogim, łatwo strawnym i atrakcyjnie podanym - z colą i frytkami. Część Polaków, przyzwyczajonych do porządnego obiadu, nigdy nie przekracza progów McDonalda. Ale większość, głównie młodych, chodzi tam niemal codziennie. Właśnie młody wiek, uprawniający do zachowania wedle taryfy ulgowej, jest dużym atutem Kwaśniewskiego. Według Pentora, aż 73 proc. Polaków uważa, że prezydent RP powinien mieć od 35 do 50 lat - czyli być w gruncie rzeczy politycznym japiszonem. Wprawdzie powinien on nosić dobrze skrojony garnitur, ale uchodzi mu nawet kolczyk w uchu.
Skłonność do podejmowania ryzyka i akceptowania radykalnych zmian nie jest mocną stroną Polaków. Pod tym względem jesteśmy jednym z bardziej konserwatywnych społeczeństw w Europie. Bardziej cenimy małą stabilizację niż odległą w czasie perspektywę odmiany na lepsze. Kwaśniewski, będący swego rodzaju balsamem, łagodzącym trudy i bóle transformacji, sprawia wrażenie ostoi tej stabilizacji. W pewnym sensie pomaga przejść Polakom przez konieczne reformy: paradoksalnie właśnie dlatego, że się w nie nie angażuje, wyciągając kasztany z ognia cudzymi rękami.

Okładka tygodnika WPROST: 35/2000
Więcej możesz przeczytać w 35/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0