Twarzą w twarz

Twarzą w twarz

Rozmowa z ANDRZEJEM SZCZYPIORSKIM
Helena Zaworska: - Był pan zawsze człowiekiem aktywnym, zarówno w pisarstwie, jak i w naszych organizacjach zawodowych: w dawnym Związku Literatów, w Pen Clubie, w ZAiKS-ie. Na ile ta aktywność miała i ma związek z polityką?
Andrzej Szczypiorski: - Żyłkę społecznikowską odziedziczyłem po ojcu. Bardzo często i dosyć wszechstronnie udzielałem się w najrozmaitszych sprawach w życiu publicznym. Nie miało to żadnego związku z zarządzaniem kulturą, tylko polegało na nieustannym użeraniu się z ówczesnymi władzami państwowymi - przede wszystkim o cenzurę, no i o pewne sprawy bytowe. Związek Literatów w PRL to była organizacja o charakterze politycznym. Dzisiaj natomiast SPPP ma zupełnie inne zadania. W państwie demokratycznym ludzie chcący zajmować się polityką wybierają różne partie polityczne, których nam nie brakuje. Ale ja nigdy nie chciałem i nie chcę uprawiać działalności politycznej.
- W jaki sposób zatem kontynuuje pan swoją działalność publiczną?
- W żaden, proszę pani, w ogóle jej nie kontynuuję. Skąd pani wzięła ten pomysł? Ja zajmuję się wyłącznie pisaniem!
- Doprawdy? To pisze pan w samolotach, hotelach, pensjonatach, może w kajutach. Jest pan w nieustannych rozjazdach, trzeba wyjątkowego szczęścia, żeby się z panem skontaktować. Skąd to zamiłowanie do ciągłych podróży?
- Będąc polskim krytykiem literackim, nie musi pani wiedzieć, jaką rolę jako pisarz odgrywam w wielu krajach, i dziwi się pani, po co aż tyle jeżdżę.
- Już w rozmowie z panem przed dziewięciu laty pracowicie wyliczałam przekłady pana książek na wiele języków...
- ... ale wy nie macie zielonego pojęcia o tym, że jestem znany w wielu krajach. Ja ciągle tu słyszę jakieś bajduły, że jestem popularny w Niemczech. Ale nikt nie mówi, że jestem znany w Anglii, Stanach Zjednoczonych, Szwajcarii, we Włoszech, w Portugalii. Więc jeżdżę po Europie jako pisarz, który jest zapraszany na liczne spotkania autorskie, który ma tam wielu czytelników. Jestem zapraszany na różne międzynarodowe konferencje, mam cykle wykładów o swojej pracy pisarskiej i o interesujących mnie szczególnie autorach na różnych europejskich uniwersytetach, na przykład w tym roku prowadziłem takie zajęcia w Tybindze. Już dawno przestałem się zajmować tym, czym się zajmowałem kiedyś, choćby ze względu na to, że po prostu zmieniły się czasy, ale i ja się zmieniłem. Proszę pani, ja jestem coraz starszy - kobiet to oczywiście nie dotyczy i one nie muszą się nad tym zastanawiać - mam coraz mniej czasu, wobec czego poświęcam go niemal wyłącznie na pisanie. Wyrzucam sobie, że za rzadko jestem w Warszawie, ale piszę wszędzie.
- To, że pan jeździ, spotyka się z bardzo różnymi ludźmi, doświadczeniami, daje panu inną, szerszą perspektywę poznawczą, co sprzyja przecież pana pisarstwu. Myślę, że dlatego pan chętnie podróżuje: nie jako uszczęśliwiony sybaryta, ale z potrzeb wewnętrznych, intelektualnych.
- Jest na pewno tak, jak pani mówi. Spotykam się tam z niesłychanie interesującymi ludźmi. Zwłaszcza seminaria, bardziej kameralne niż wykłady, były wspaniałym kontaktem dyskusyjnym. Miałem takie spotkania w Niemczech, Anglii, Holandii, Austrii. Wszystkie te rozmowy i cały krąg moich zainteresowań zamyka się w granicach zawodu pisarskiego. Od czasu do czasu w tych moich zagranicznych wojażach mówię o sprawach politycznych, ale to jest margines. Raz w miesiącu robię polityczne notatki dla "Wprost" i dwa, trzy razy piszę dla "Gazety Wyborczej" jakiś esej, w którym potrącam o problematykę polityczną. Literatura, którą chciałbym uprawiać i która mnie zawsze niesłychanie wciągała, to była taka literatura, która zajmowała się człowiekiem uwikłanym w potworne mechanizmy historii. Ale to, oczywiście, nie jest literatura polityczna. Polityka to jest praktyczna działalność w życiu publicznym, to wykonywanie władzy.
- "Niestety, polityka jest naszym losem" - powiedział w swoim czasie Napoleon do Goethego. Jest ona częścią historii i kolejnych wizji świata w różnych epokach. W tym właśnie sensie pan jako pisarz zajmuje się nią także. O czym będzie książka, którą pan pisze?
- To jest powieść o pamięci. O tym, jak pamięć fałszuje rzeczywistość. Jak człowiek dochodzi do wniosku, że skoro pamięć jest takim fałszem, trzeba jeszcze raz wszystko przeżyć. Powieść o tym, jak się wchodzi w świat umarłych. O utraconych miłościach i wielkich nienawiściach. To, co się kiedyś stało z ludźmi, z nami, wcale się nie skończyło, trwa po dziś dzień. Ta książka jest zupełnie inna od tych, które dotychczas pisałem. Pracuję nad nią ponad trzy lata, jest już skończona, ma tytuł, którego pani nie podam, jeszcze to i owo poprawiam, zmieniam.
- Dobrze, porozmawiamy o niej, kiedy na początku przyszłego roku ukaże się w Polsce. Chciałabym jeszcze powrócić do sprawy pana aktywności publicznej. Został pan wybrany prezydentem CISAC. Cóż to za funkcja i organizacja?


Artysta w świecie wolnym musi mieć ogromną wewnętrzną dyscyplinę i szaloną siłę woli, żeby nie ulec presji rynku

- To międzynarodowa konfederacja stowarzyszeń autorów i kompozytorów, która jednoczy sto kilkadziesiąt stowarzyszeń narodowych i ma mniej więcej milion członków. To taki międzynarodowy ZAiKS, który zajmuje się obroną interesów twórców. Polski ZAiKS nie jest reprezentowany we władzach CISAC, bo w prezydium znajduje się tylko 28 organizacji na sto kilkadziesiąt. Izrael zgłosił moją kandydaturę na prezydenta CISAC i zostałem wybrany jednogłośnie. Początkowo przeraziłem się, że będę musiał poświęcać temu mnóstwo czasu, ale oni mnie przekonali, że to nie będzie aż tak absorbujące. Centrala znajduje się w Paryżu, zatrudnia kilkuset urzędników, czterech czy pięciu dyrektorów, a oprócz tego jest jeszcze sekretarz generalny. Prezydent reprezentuje.
- Jakie sprawy musi załatwiać?
- Otóż okazuje się, że nie cenzura, z którą można było walczyć na wiele sposobów, ale rynek jest najgorszym niebezpieczeństwem dla twórcy. Artysta w świecie wolnym musi mieć ogromną wewnętrzną dyscyplinę i szaloną siłę woli, żeby nie ulec presji rynku. To nie istniało w krajach realnego socjalizmu, tam twórca zawsze odnajdywał sprzymierzeńca w społeczeństwie, ponieważ w jego imieniu prowadził walkę z dyktaturą. W krajach demokratycznych twórca stoi twarzą w twarz ze swoim odbiorcą.
- I często okazuje się, że to wcale nie jest urocze, sielankowe spotkanie.
- No właśnie. Masowy odbiorca cierpi bowiem na wiele różnych chorób, a jedną z nich jest po prostu zły gust. Artystę to odpycha, a jednocześnie artysta chce się podobać, bo to syci jego potrzebę sławy i zarazem zabezpiecza warunki bytu.
- Więc stara się tworzyć tak, by zyskiwać jak najszerszą akceptację? Wobec tego zły gust odbiorców będzie niszczył jego sztukę.
- Rozwój mediów elektronicznych zmienił ramy duchowości współczesnych ludzi. Powoduje on, że jesteśmy zdominowani przez kulturę masową. Jej upodobania i wybory sprawiają, że nie jesteśmy w stanie ochronić pewnych tradycyjnych wartości kultury europejskiej, w których byliśmy wychowani przez całe pokolenia. Nie chodzi tylko o to, że zamiast Bacha jest Jackson, zamiast Mozarta jacyś muzykanci oraz marne seriale zamiast Szekspira. Kultura masowa kształtuje nowy model wrażliwości ludzkiej, odciskający się na hierarchii wartości. Wydaje mi się, że nie ocalimy na przykład takiej wartości, jak tradycyjna rodzina, bo kultura masowa musi doprowadzić do erozji dotychczasowych norm. Dojrzewanie młodzieży staje się niesłychanie przyspieszone, upadają wszelkie autorytety, pojawia się wszędzie brutalizacja obyczajów. I nic na to nie poradzimy.
- To co ma do zrobienia pana światowa organizacja?
- Ona ma bronić materialnych i moralnych praw twórcy. Każda prywatna firma robi wszystko, by jak najwięcej uszczknąć z honorarium artysty, bo to idzie do ich kieszeni. Chodzi więc o to, by obronić prawa twórcy zarówno materialne, jak i merytoryczne. Po to jest CISAC w skali międzynarodowej. Prezydent CISAC musi pójść na przykład do premiera w Polsce, Francji czy w Holandii i przekonywać ich, że należy ratować wartości kultury wysokiej. Pokazać im przygotowaną dokumentację dowodzącą, jak bardzo ta kultura jest zagrożona, jak bardzo wymaga pomocy, sponsorowania ze wszystkich możliwych źródeł. Chodzi nam więc o wielkie i ważne sprawy przy dość ograniczonych możliwościach działania.
- Nie jest pan optymistą...
- Nie jestem. Pieniądze zarabia się na muzyce łatwej, a nie na Janie Sebastianie Bachu. Gusta zbiorowe zaś są takie, że ludzie domagają się popularnej łatwizny, a nie ambitnych, trudnych sztuk. Domagają się przemocy i krwi na ekranach, a potem dziwią się, skąd tyle przestępstw. W innych krajach zachodnich zdążyły się już wykształcić różne mecenaty kultury, instytucje, fundacje itp. My mamy jeszcze dość wątłą grupę kapitalistów z dużymi pieniędzmi. Oni byli odcięci od świata przedmiotów, więc najpierw chcą mieć luksusowe domy, samochody, futra dla żon i dla kochanek. Dopiero ich synowie będą podpisywali czeki na rzecz Filharmonii Narodowej.

Okładka tygodnika WPROST: 43/1998
Więcej możesz przeczytać w 43/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0