Lewo-prawo

Lewo-prawo

Kto potrafi powiedzieć, do jakiego obozu należą nowi radni? Przypisanie ich hurtem do lewicy lub prawicy grozi sporym uproszczeniem
"Nie jestem z obozu prawicy ani z obozu lewicy.
Jestem z obozu koncentracyjnego"
Władimir Bukowski


Brutalnie wyrażona samoidentyfikacja rosyjskiego dysydenta musiała porazić żądnych sensacji zachodnich dziennikarzy, próbujących go w 1976 r. zakwalifikować do świata mierzonego własną miarą. Na szczęście dziś Bukowski nie uniknąłby tak prosto odpowiedzi na pytanie, które wtedy miało sens jedynie dla części naszego świata, a teraz dotyczy zarówno Francuzów, Niemców, Rosjan, jak i Polaków. No, bo z jakiego obozu są ci, którzy swobodnie korzystają dziś z czynnego i biernego prawa wyborczego? Z jakim obozem związany jest angielski premier lub nowy niemiecki kanclerz, jakiego koloru jest nowy rząd włoski, do jakiego obozu należy Jelcyn i Primakow? A kogo wybrali ostatnio Polacy?
Polityczna automatyka podsuwa proste odpowiedzi. Jak świat światem Labour Party i SPD należą do obozu lewicy, D?Alema jest komunistą (reformowanym), Jelcyna i Primakowa nikt nie podejrzewa o najmniejsze nawet odchylenie prawicowe. W zachodnioeuropejskim krajobrazie po prawej stronie ostały się zaledwie Hiszpania i Irlandia, co naszą miejscową lewicę kusi do wieszczenia kresu prawicy w ogóle.


Na zachodzie Europy po prawej stronie ostały się zaledwie Hiszpania i Irlandia, co naszą lewicę kusi do wieszczenia kresu prawicy

Wciąż jednak poruszamy się w obrębie politycznej automatyki. Wielu niemieckich chadeków twierdzi, że lokator Downing Street mógłby z powodzeniem podpisać deklarację ideową Partii Konserwatywnej, gdyby tylko nawróciła się ona na bardziej proeuropejski kurs. D?Alema nie budzi już takich nadziei, choć wielu uważa, że jest on jedynie chwilowym narzędziem w rękach chadeckiego współkoalicjanta Cossigi. Na bliski już zaprzysiężenia rząd kanclerza Schrödera patrzy się często przez pryzmat szefa partii Lafontaine?a, ale też przypomina się pozytywną laurkę z politycznej poprawności wystawioną kiedyś Joschce Fischerowi przez samego Genschera. Socjalistycznemu rządowi francuskiemu ziarnka pieprzu dodaje kohabitacja ze zgoła nielewicowym prezydentem. W takich okolicznościach znalezienie odpowiedzi na pytanie o obóz, z którego wywodzą się zwycięzcy wyborów, jest trudne. Jeszcze trudniej odpowiedzieć na pytanie, do jakiego obozu należeli wyborcy, tak właśnie konstruujący niemiecki, włoski lub brytyjski parlament. Albo jaki obóz wybierali Rosjanie, dający mandat prezydentowi Jelcynowi i wybierający do Dumy jego przeciwników.
Znamy już wyniki polskich wyborów samorządowych. Euforia ogarnęła SLD, AWS i Przymierze Społeczne. Moja Unia Wolności poczuła się gorzej, przycichły ugrupowania, które Stefan Niesiołowski nazwał kiedyś politycznym planktonem. Ale kto potrafi powiedzieć, do jakiego obozu należą nowi radni? Przypisanie ich hurtem do lewicy lub prawicy grozi sporym uproszczeniem. Jeśli doszłoby do lokalnych koalicji AWS z Przymierzem Społecznym, równocześnie zaś Unii Wolności i SLD - prawicowo-lewicowe zamieszanie byłoby już kompletne. Jeśli uznać za wiążące deklaracje programowe wszystkich czterech ugrupowań - obie takie koalicje stanowiłyby zaprzeczenie deklaracji. To sprawia, że rozumiejąc dobrze argumenty zawarte w głośnym wywiadzie prof. Świdy-Ziemby dla sobotniej "Gazety Wyborczej", widzę w nim równocześnie zasadniczą niespójność. Lektura wywiadu przypominała mi stare powiedzenie Jamesa Freemana Clarke?a sprzed ponad stu lat, należące do kanonu politycznych cytatów: "Polityk myśli o następnych wyborach, mąż stanu - o następnym pokoleniu". Wyobraziłem sobie kiedyś, że można by sformułować bliźniaczą tezę: "Wyborca myśli o własnym interesie, obywatel - o państwie". Ale wtedy obarczenie wszystkimi grzechami wyłącznie Unii Wolności straciłoby swoje uzasadnienie.
Okładka tygodnika WPROST: 44/1998
Więcej możesz przeczytać w 44/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0