Okropne historie

Okropne historie

Wojna pozostawiła po sobie potworne pytania, na które każda odpowiedź może się wydać potworna. Dlatego nie wypada zbyt beztrosko przy nich manipulować
Zdarzają się słowa, które są krzykiem nawet wtedy, kiedy widzimy je tylko spokojnie, cicho i równo ułożone na papierze. Jak w zbiorowej mogile. Claude-Francois Julien publikuje w tygodniku "Le Nouvel Observateur" z 15 października tego roku relację z rozmowy z Gerhartem Riegnerem. Był on w czasie wojny jednym z działaczy Światowego Kongresu Żydów, którzy próbowali skłonić rządy alianckie i Watykan do skutecznej reakcji na napływające wiadomości o ekster- minacji Żydów przez hitlerowców.

"Historycy - czytamy w artykule - zadają sobie dziś pytanie, dlaczego alianci nie zagrozili Niemcom akcjami odwetowymi. Reakcją terrorem na terror. Kiedy w lutym 1945 r. trzeba było skończyć wojnę, nie wahali się przerazić Niemców unicestwieniem Drezna. Czy naloty nie były możliwe w 1942 r.? (...) Gdy w 1944 r. uświadomiliśmy sobie, że zbliżanie się końca wojny może przyspieszyć eksterminację, na próżno prosiliśmy Londyn i Waszyngton o zbombardowanie torów kolejowych wiodących do obozów, komór gazowych i krematoriów. O zniszczenie narzędzi eksterminacji, zwłaszcza w Oświęcimiu, gdzie - czemu nie? - można było wysłać nawet komandosów. Wiedzieliśmy, że kosztowałoby to życie setek ludzi, ale hitlerowcy masakrowali codziennie w Oświęcimiu 6 tysięcy Żydów. Oświadczono nam wtedy, że bombowce nie byłyby w stanie odbyć lotu tam i z powrotem. Tymczasem w tym samym okresie dokonywały one nalotów na obóz odległy o 5 km od Oświęcimia, gdzie zainstalowano zakłady chemiczne IG Farben! Dlaczego nas okłamano? Churchill, który poczuł się w pewnym momencie wstrząśnięty, przekazał naszą prośbę Edenowi, ten przekazał ją dalej do Ministerstwa Lotnictwa, które przesłało ją do najwyższego dowództwa sił zbrojnych... I potem nic. W rzeczywistości los Żydów interesował niewielu ludzi, a Amerykanie i Anglicy troszczyli się tylko o jedno, mieli tylko jeden cel: wygrać wojnę!".
Cóż, można zadać sobie pytanie, czy użycie w tym kontekście słowa "tylko" jest najszczęśliwszym pomysłem i czy przypadkiem bez wygrania wojny przez aliantów los Żydów nie byłby - choć z pewnością trudno to sobie wyobrazić - jeszcze gorszy. Niemniej zadawane przez Gerharta Riegnera pytania są wystarczająco dramatyczne, a udzielane przezeń odpowiedzi wystarczająco ponure, żeby pochylić się nad nimi z wielką uwagą, a płynące z nich wnioski zachować dobrze w pamięci.
W dalszej części artykułu czytamy, że pytanie, jakie zadaje on sobie dzisiaj, brzmi: "Dlaczego nam się nie udało" skłonić aliantów i Watykanu do działania? "Podaje liczne powody - pisze Claude-Francois Julien - ale nie udaje mu się zrozumieć tak do końca i naprawdę. Mówi o ťbraku wyobraźniŤ, o ťmoralnej obojętnościŤ (...). W demokracjach i w kościołach chrześcijańskich występowało też coś w rodzaju niezdolności do przyjęcia do wiadomości czegoś niewyobrażalnego; coś w rodzaju odmowy uznania oczywistości, ponieważ była ona niemożliwa do zniesienia. W grudniu 1944 r. - opowiada Gerhart Riegner - amerykański wiceminister obrony John Mac Cloy rozmawia w cztery oczy z sekretarzem Światowego Kongresu Żydów Leonem Kubowitzkim i zadaje mu pytanie: ťNiech mi Pan powie, czy Pan naprawdę wierzy w te okropne historie, jakie rozpowiadacie?Ť".
Ten wstrząsający, ciekawy i pouczający artykuł ma jedną tragikomiczną wadę. Otóż mniej więcej połowa tekstu jest poświęcona bezczynności rządów alianckich w obliczu wiadomości o zagładzie Żydów. Tymczasem tytuł - wyraźnie oskarżycielski - brzmi: "Kościół wiedział o Holokauście". Nie "Kościół i alianci wiedzieli o Holokauście" - tylko sam Kościół. Mała manipulacyjka, a cieszy. W miarę coraz lepszego poznawania historii wojny systematycznie powiększa się grono osób, o których można powiedzieć, że wiedziały, ale milczały - lub mówiły, ale niczego nie robiły. Okazuje się jednak równocześnie, że wiele z nich mogłoby swoje mówienie lub robienie przypłacić życiem własnym, swoich bliskich albo ludzi oddanych pod ich - choćby pasterską - opiekę, więc trzeba by wielkiego tupetu, by dziś, siedząc bezpiecznie w wygodnym fotelu, ferować moralne wyroki przeciwko nim. Okazuje się też, że wiele z nich nie miało żadnej fizycznej możliwości realnego przeszkodzenia hitlerowcom w zbrodniach. Rządy alianckie miały taką możliwość, ale jej nie wykorzystały. Ich odpowiedzialność wydaje się więc stosunkowo największa, jednakże sprawiedliwe osądzenie jej stopnia też nie jest sprawą prostą. Czy ktoś z nas chciałby być oficerem mającym wybierać, czy wysłać na śmierć setki żołnierzy, czy pozwolić na śmierć tysięcy cywilów? Czy tu w ogóle można rozumować w kategoriach porównań ilościowych? Albo czy ktoś z nas chciałby być politykiem zmuszonym odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ma rozłożyć pozostające w jego dyspozycji siły tak, aby ratować Żydów w Europie, czy tak, aby ratować Europę jako całość? Czy pytania o antysemityzm lub jego brak są w kontekście takich wyborów w ogóle á propos?
Tamte potworne czasy pozostawiły po sobie potworne pytania, na które każda odpowiedź może się wydać potworna. Dlatego nie wypada zbyt beztrosko przy nich manipulować.

Okładka tygodnika WPROST: 44/1998
Więcej możesz przeczytać w 44/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • bez-nazwy   IP
    krew zabije was